Tyle flag nie widziałem z okazji żadnego święta. 3 maja czy 11 listopada nie dorównują w niczym Euro 2012. Łukasz Warzecha* jakiś czas temu skwitował to określeniem „grillowy patriotyzm”. Czy słusznie?
W II RP każde święto było festiwalem. Oczywiście, na miarę tamtych czasów. Pogadanki, odczyty, przedstawienia, zabawy i rauty były stałym dodatkiem do oficjalnych uroczystości państwowych. Polakom towarzyszyła nie tylko atmosfera fiesty, ale przede wszystkim radosny patriotyzm, pełen dumy z odzyskanej niedawno niepodległości. PRL oczywiście wszystko popsuł. Wprowadził nowy model uroczystości patriotycznych, które kojarzyły się raczej ze sztucznym zjazdem KC czy pochodem pierwszomajowym. I tak nam zostało do dziś. Większość uroczystości jest zmilitaryzowana. Wszyscy stoimy cicho i spokojnie, sztywno, jak zuniformizowane pionki, i słuchamy tych samych od lat, patetycznych, upstrzonych dobrze znanymi frazesami przemówień. I to ma przyciągać Polaków? A jednak. Nie jestem w stanie w to uwierzyć, ale pomimo oczywistej nudy, która wieje z naszych patriotycznych obchodów rodacy wciąż je nawiedzają, choć frekwencja raczej nie poraża. Na szczęście ta koniunktura powoli się zmienia. Zdarzają się przecież parady czy imprezy kulturalne, choć, niestety, nie jest to norma.
I zestawmy ten smutny obraz z tym, co dzieje się dookoła nas. Czy to nie jest cudowne? Od kilku dni widzę biało-czerwone miasto i biało-czerwonych ludzi. Widzę Polaków, którzy noszą na sobie narodowe barwy z nieskrywaną dumą i radością. Ba, nawet ci, którzy do niedawna wmawiali nam jacy to jesteśmy beznadziejni przyłączyli się do świętowania w naprawdę patriotycznym tonie. W „Dzień Dobry TVN” prezenterzy nie pokazują się w innych kolorach jak biały i czerwony. Ostatni „Newsweek” był o wiele bardziej bogoojczyźniany niż „Uważam Rze”. Nawet na stronie Wyborczej dominują barwy narodowe, co normalnie to środowisko skwitowałoby jako nacjonalizm i faszyzm. Po części można to tłumaczyć syndromem postkolonialnym. Przecież nazwą jest „Euro”, a wszystko co europejskie jest dla naszych salonów ideowym fetyszem, prawdziwym El Dorado. Ale jakieś dziwne to Euro. Bo biało-czerwone.
Części prawicy to oczywiście nie w smak.** (Na szczęście nie wszystkim.) Dlaczego? Z kilku powodów. Przede wszystkim działa tu dobrze znany mechanizm „wszystko, byle odwrotnie do tego, co TVN”. Przecież trwa plemienna wojna polsko-polska, i nie zmieni tego jakieś tam trywialne Euro. Ponadto igrzyska na miarę XXI wieku są dziełem Platformy. A ta to przecież armia szkodników, którą za wszelką cenę trzeba odsunąć do władzy, zanim do reszty sprzeda nas zagranicy. I nie jest ważne, że Polacy czują się wreszcie dumni z cieknącego stadionu, skoro może to zostać wykorzystane przez Partię Miłości w celu odbicia się od PR-owskiego dna.
Można też na to patrzeć przez pryzmat katastrofy smoleńskiej. Przez ostatnie miesiące retoryka naszej prawicy była zdominowana przez Biniendę i „walkę o Prawdę”. I słusznie. Tylko, że teraz z niewiadomych powodów o katastrofie wszyscy zapomnieli i zajmują się czymś pomiędzy patriotyzmem a zabawą. Dla przytłoczonych brzemieniem rozwiewania smoleńskiej mgły (i piszę te słowa bez ironii, naprawdę tych ludzi podziwiam) musi to być niedopuszczalne. Dawniej pytano jak się śmiać po Holocauście. Mam wrażenie, że po 10 kwietnia nasza prawica też nie potrafi się śmiać. A prawda jest niestety taka, że katastrofę smoleńską Polacy dawno olali i traktują ją jako sprawę „ich”, polityków, stojącą w opozycji do spraw „nas”, czyli zwykłych ludzi. Teraz nie ma czasu na politykę. To okres narodowej dumy w „apolitycznym” wydaniu. Jeśli chcemy naprawdę pokazać rodakom, że to, co stało się pod Smoleńskiem to nasza wspólna sprawa, to bez wątpienia nie jest to najlepszy czas. Już nie wspominając o tym, że dotychczasowe metody też nie były dobre… Dorzucić też do tego można tendencję, którą w ostatnich dniach można jednak określić jako rusofobię. Po Smoleńsku prawica spodziewa się po Rosjanach wyłącznie prowokacji.
Marudzi także i lewica. Zdumiewające, jak jedna rzecz niespodziewanie godzi tych, którzy uważają się za zajadłych wrogów. Lewica przecież nie byłaby sobą, gdyby nie przeciwstawiała Biało-Czerwonej internacjonalizmu (co Warzecha słusznie nazywa oikofobią) i nie stwierdzała, że są ważniejsze sprawy: biedni (o, nareszcie sobie o nich przypomnieli!), walka z faszyzmem… Typowe. I dużo jest w tym wyintelektualizowanego, pseudonietzscheańskiego buntu elit. Takiego wstrętu do rozbawionego plebsu. Oni się bawią, a my tu dumamy nad Dobrem Tego Świata i Bardzo Ważnymi Rzeczami! Euro, też coś…
Euro 2012 pokazuje jaką drogą powinni pójść ci, którym naprawdę na sercu leży rozbudzanie narodowej dumy. Zawody to Święto Morza naszych czasów. Dziś wszyscy widzimy dookoła dumną „Polskę Mocarstwową” i możemy się z tego z czystym sumieniem cieszyć. To dobry kierunek. A na pewno lepszy niż dobrze znani quasipatriotyczni gardłacze, którzy dużo mówią i mało robią. Zdaniem Warzechy flagi na samochodach to chwilowy wybuch emocji. Więc nasza w tym głowa, żeby chwilowy wybuch stał się serią eksplozji. Że niby „stadionowy patriotyzm” w masowym wydaniu jest sztuczny? A niby kiedy wszyscy zebraliśmy się w ogólnonarodowym czynie społecznym? Sorry, Panie Warzecha, stare metody się nie sprawdziły, skoro większość Polaków nie wie kto mordował polskich oficerów w Katyniu. Potrzeba nam nowoczesnych metod prezentacji wartości patriotycznych, a radosny patriotyzm to doskonała alternatywa dla kucia kos na sztorc. Straszeniem przed bardziej lub mniej realną utratą niepodległości nikt jeszcze nie wychował patriotów.
„Myśmy się policzyli.” – powiedział jeden ze zgromadzonych na Krakowskim Przedmieściu. Dziś mam wrażenie, że też się policzyliśmy. Tyle tylko, że na stadionach, krzycząc co sił „Polska. Polska”. Trochę to inaczej, ale jakby tak samo.
______________________
** Biję się w piersi, sam ostatnio pisałem w podobnym tonie. Ale bynajmniej nie mam zamiaru niczego odwoływać.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)