Marek Morawski
Chrześcijański problem z seksualnością.
Nerwowa reakcja części hierarchii Kościoła na pierwszy dokument Synodu Biskupów jest zrozumiała i wcale nie jest dowodem na jakiś przesadny konserwatyzm czy absolutne kołtuństwo. Rysuje się bowiem w nim początek rzeczywiście „rewolucyjnego” – jakże błogosławionego (!) – myślenia o seksualności, z którą od swego zarania Chrześcijaństwo miało poważne trudności. Już samo otwarcie tego tematu jest trudnym do przecenienia wydarzeniem w ramach doktryny chrześcijańskiej. I to bez względu na końcowe ustalenia synodalne.
Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie przeczył, że koincydencja „miłość-stosunek płciowy-prokreacja” nie jest idealnym dla egzystencji ludzkiej związkiem pojęć.
Jednak nikt też zdrów na umyśle nie będzie przeczył, że z praktyki wiadomo, że związek ten nie jest absolutnie do prokreacji potrzebny! Możliwa jest przecież miłość i seks bez prokreacji (vide; małżeństwa bez potomstwa), seks i prokreacja bez miłości (vide; w wyniku gwałtu), a także mało możliwa, choć również dziś już wykonalna jest – prokreacja bez seksu i miłości (vide; in vitro).
Tymczasem chrześcijaństwo jakoby upiera się przy tym, by wyżej wskazaną trójnię traktować jako jedyną dopuszczalną z punktu widzenia etyki, co jest stanowiskiem równym uznaniu za chrześcijanina jedynie człowieka bez grzechu. Tymczasem uznaje także, że grzech jest związany z naturą ludzką, a samo chrześcijaństwo jedną z najpiękniejszych w całej historii myśli ludzkiej drogą do doskonałości, dla wierzącego jedyną drogą do najwyższego dobra, czyli Boga.
Niekonsekwencja nieodparcie widoczna. Skąd to rozdarcie?
Analiza całości problemu to materiał na przysłowiową „książkę”. Toteż tu zarysujemy tylko podstawowe elementy.
Źródło problemu.
Wiele przyczyn wyżej wspomnianej niekonsekwencji odnaleźć można już w rodowodzie Kościoła.
Chrześcijaństwo powstało na terenie religii (niemal tożsamej wówczas z kulturą jej wyznawców), w której prawidłowo rozpoznano podstawowe źródła złych uczynków, niemal tożsamych wówczas z pojęciem grzechu, które wynikały z coraz lepiej poznawanej – nie tylko z Pisma, ale po prostu z obserwacji ludzkiego postępowania – natury motywacji działania ludzkiego. Wskazywano więc na:
- chęć posiadania, nazywaną potocznie chciwością, wiodącą do obżarstwa, pijaństwa i innych możliwości zaspokojenia hedonistycznych instynktów, z czym wiązała się możliwość kradzieży, a nawet braku miłości w rodzinie, której członkowie posiadali pożądane dobra, co prowadziło niejednokrotnie do oszustwa, a nawet do zbrodni,
- pragnienie władzy nad innymi ludźmi, mające na celu nie tylko poczucie bezpieczeństwa wobec nich, ale przede wszystkim możliwość pozyskiwania ich dóbr, a także wymuszania ich szacunku, co zaspokajało ludzką próżność. To z kolei prowadziło do stosowania przemocy i gwałtu, czyli również okrucieństwa i zbrodni.
Ale zauważono też, do czego władza i bogactwo bywają najczęściej używane! – do zaspokojenia popędu seksualnego, wiązanego w pozytywnie rozumianym świecie ludzkim, w „świecie dobra” - z prokreacją.
Mniejsza teraz o spór, co jest motywacją czego. Czy to popęd seksualny motywuje chciwość i pragnienie władzy, czy to te dwa „grzechy” leżą u podstawy jego wynaturzenia w rozwiązłość. Najważniejsze jest bowiem to, że…
…całą seksualność w „świecie dobra” powiązano z prokreacją,
a w „świecie zła” z hedonistyczną przyjemnością.
Ten niemal „matematyczny wzór”, któremu przecież na pierwszy rzut oka trudno odmówić logiki, stał się podstawą obowiązującego prawa, nie tylko przecież obyczajowego, bo odnaleziono go w sformułowaniach Objawienia zanotowanego w Biblii. Wynikało to także z zwykłego instynkt samozachowawczego – bo przecież ileż zbrodni popełniono, by ten instynkt zaspokoić…. w całej historii ludzkości… do dziś!
Jednak w miarę rozwoju samoświadomości człowieka okazało się, że choć i Objawienie i zdrowy rozsądek i praktyka, nie wykazują w takim myśleniu braku sensu, to – nie wyczerpuje ono całego bogactwa natury ludzkiej, w stosunku do której jest przesadnym uproszczeniem! Jest po prostu opisem tylko fragmentu, choć najistotniejszego, ludzkiej egzystencji – jednak zbyt duża jej część pozostaje na boku!
Kontynuacja uproszczenia
Powyższy rodzaj myślenia o seksualności człowieka przeszedł następnie do stanowiska chrześcijańskiego!
Wydaje się jednak, że tak jak z powodów dość zrozumiałych znalazło się ono w kanonie Izraela, tak kultura w której powstał kanon Religii Chrystusowej, zbyt łatwo odcisnęła swe piętno na niej.
Chrystus przecież „wypełniając” Prawo Mojżeszowe, przede wszystkim przywrócił mu wartość rozwodnionego już w nim pojęcia „miłość”! I to nie tylko w odniesieniu do miłości Boga do ludzi, które odtąd miało stać się podstawowym pojęciem w opisie stosunku Bóg-człowiek - co chrześcijaństwo natychmiast przyjęło - ale przecież także w odniesieniu do stosunku człowiek-człowiek. To, w pewnym stopniu uszło uwadze chrześcijaństwa, które zrozumiało je jako miłość w stosunku „człowiek w ogóle - człowiek w ogóle” (bliźni), nie zastanawiając się, czy może ważniejszy nie jest czasami stosunek „poszczególny człowiek – poszczególny człowiek”!
Między tymi dwoma supozycjami jest przecież zasadnicza różnica!
Historyk doktryny dostrzeże bez większych trudności powyższą dychotomię w traktowaniu osoby ludzkiej, gdy zajmie się głębiej śledzeniem rodzącej się w pierwszych wiekach naszej ery „antropologii chrześcijańskiej”! Zauważy, że w centrum zainteresowania kształtującej się doktryny był niemal wyłącznie stosunek Bóg-człowiek-Bóg!
Przyjrzyjmy się jeszcze przez chwilę treści Starego Testamentu i temu, co możemy w nim odnaleźć w odniesieniu do seksualności człowieka. Są to treści bardzo istotne. To one właśnie ukształtowały przecież całą kulturę Izraela, na której pniu wyrosło myślenie chrześcijańskie.
Gdy Bóg określa swoisty „program” życia człowieka na ziemi, mówi w Księdze Rodzaju: - „Mnóżcie się i napełniajcie ziemię..”, a więc dowiadujemy się, że prokreacja jest tu jednym z zasadniczych zadań człowieka. Potwierdza to wielokrotnie historia patrystyczna, akcentując niesamowite wręcz znaczenie posiadania potomstwa. Czytamy też, jak często Bóg pozostawia sobie decyzje w sprawach prokreacji. Wskazuje to, że niejako jej zaistnienie jest „Jego sprawą”. To bardzo ważne wskazanie! Co do tego bowiem nie może być sporu. Natomiast ani sama Księga Rodzaju, ani historia patrystyczna nie daje jednoznacznych podstaw do zadekretowania nierozerwalności pary konkretny mężczyzna-konkretna kobieta, spełniający prokreacyjny obowiązek! To już interpretacja ludzi kodyfikujących na podstawie Objawienia religię, przy czym judaizm w Prawie Mojżeszowym nie jest w tej sprawie do końca restrykcyjny, dając możliwość „listu rozwodowego”. To krytykuje jawnie Chrystus, ale tym zajmiemy się niżej.
W patrystycznej części Biblii zastanawiać może wręcz trudna do odnalezienia nauka - o przecież prowadzącej do prokreacji - miłości między ludźmi!
Antropolog mógłby wywieść z tego zasadny wniosek, że w tej fazie rozwoju człowieczeństwa, a przede wszystkim jego egzystencjalnej świadomości, już z natury nadanej przez Boga wynikała pełna możliwość spełniania aktu miłosno-prokreacyjnego. Objawienie przynosiło więc inne, ważniejsze w procesie rozwoju człowieka, treści.
Te jednak również ulegały rozwojowi.
Już Dekalog odnosi się do współżycia mężczyzny z kobietą dwukrotnie; - „Nie cudzołóż” i „Nie pożądaj żony bliźniego swego”. To kolejne określenie „miejsca” i „procesu” kontaktów seksualnych. O miłości nadal nie ma mowy, ale poznajemy już „sens” pożądania, które nie jest tu już tylko uczuciem w ramach naturalnych zachowań wynikających z seksualności człowieka. Jest już czymś, wynikającym z jego osobowości.
Wreszcie historia Izraela przynosi fascynujące obrazy miłości kobiety i mężczyzny z jednym z najpiękniejszych i najbardziej pełnym erotyzmu w historii literatury poematem, Pieśnią nad Pieśniami.
Oczywiście w treści tego poematu widzi się sens o wiele szerszy niż człowiecza historia miłosna, jednak znamienne pozostaje też i to, że trudno odnaleźć jakiekolwiek wskazanie na to, że jest to apologia miłości męża do żony! Raczej wiele wskazuje na to, że natchniony autor ukazuje nam jak piękna, bogata, czuła, potężna… może być miłość między mężczyzną i kobietą w ogóle i… jej akceptację przez Boga.
Jednak większość namiętności miłosnych człowieka w Biblii przynosi złe owoce! Nawet król Dawid przywiedziony pożądaniem wysyła swego dowódcę Uriasza na śmierć, by zawładnąć jego żoną.
I co ciekawe! Ta mroczna strona namiętności ma o wiele silniejszy wpływ na ukształtowanie się kultury, w której wyrasta chrześcijaństwo (przypomnijmy – kultury niemal tożsamej z religią).
Gdy na świat przychodzi Bóg, Jezus Chrystus, w kulturze Izraela nadal miłość i jej fizyczna realizacja służy przede wszystkim prokreacji, a ta każda „inna” pozostaje w „świecie zła”.
Miłość powraca.
Dopiero Jezus niejako przywraca znaczenie Poematu, choć nigdy wprost tego nie czyni. A jednak mamy w Ewangeliach wystarczająco sporo supozycji by tak myśleć. Pojęcie miłości jest w Jego nauczaniu i postępowaniu tak szerokie, że może dla nas obejmować wszystko, co człowiek jest w stanie na ten temat wymyślić i oczywiście wiele więcej. Nie jest więc niczym zdrożnym poszukiwanie w Objawieniu Jezusa również i tego, co chcielibyśmy odnaleźć.
Współczesnych nam „konserwatystów” w Kościele denerwuje najbardziej przypomnienie słów Chrystusa, że Sydonowi i Tyrowi (miastom stanowiącym wówczas przykład zepsucia) „łatwiej będzie w dzień Sądu niż Jerozolimie”. Oczywiście, jeśli znaczy to tyle, że miastu odrzucającemu Boga Prawdziwego, wprowadzającego właśnie do swej Owczarni nowe Wypełnienie starego Prawa, gorzej będzie niż miastom rozpusty. A tyle to właśnie znaczy!
Znaczy to, że Jego wyznawcy muszą być zawsze otwarci na Jego głos, na to, co w miarę rozwoju rodzaju ludzkiego ma Bóg człowiekowi do powiedzenia. Dziś niekiedy nazywamy to „znakami czasu”.
Bo to, że rodzaj ludzki się rozwija, a co za tym idzie powinien mieć i nowe pytania na swój temat do Boga, będącego „z Nim po wsze czasy” – wydaje się oczywiste. Cała Historia Zbawienia opiera się na stopniowym Objawianiu się Boga i jego wymagań! Tu ta Historia nigdy nie stała w miejscu, a więc i jej rozumienie przez człowieka czy Kościół w miejscu stać nie może.
Chrystus wprowadza też nową wartość miłości w ówczesne pojęcie grzechu. Do tej pory np. grzech cudzołóstwa pociągał za sobą śmierć. W religii Izraela znaczyło to odrzucenie także przez Boga. Ale od Boga Jezusa przyłapana właśnie na cudzołóstwie kobieta słyszy, że „i On jej nie potępia.” – wszakże gdy nie wróci na drogę swego grzechu. A więc błąd, grzech człowieka nie znaczy końca jego drogi ku dobru i pełnej obecności „przy Bogu”.
Ta właśnie sytuacja otwiera wręcz nieogarnione pole do interpretacji. Bo przecież samo porzucenie zawodu nierządnicy nie może być wystarczającą jej odpowiedzią na boskie miłosierdzie! Cóż jest tą drogą powrotną ku dobru? Może np. jest nim ponowne rozpoczęcie drogi, która poprzednio wiodła na rozdroża ludzkiej egzystencji?
Pytań mnoży się bez liku i w różnych okresach czasu Kościół odpowiadał na nie różnie, raz żądając ciężkiej pokuty, innym razem niemal samego aktu skruchy itd.
Chrystus bowiem otworzył też kwestię grzechu i zadośćuczynienia zań!
Czy jest to czyn w sferze kontaktu Bóg-poszczególny człowiek, czy też ten czyn, który ludzie uważają za grzech? Czy grzech wynika ze złamania uznawanego przez ludzi, takiego czy innego prawa (nawet religijnego!), czy też jest - sprzeniewierzeniem się konkretnego człowieka wobec znanego tylko jemu oczekiwaniu ze strony Boga. Oczekiwania właśnie od tego, konkretnego człowieka, który po odrzuceniu go, jest Bogu, a nikomu innemu, winien swe zadośćuczynienie!
Na poparcie takiego mniemania mamy aż nadto materiału, pamiętając jaki był stosunek Chrystusa do prawa religii, które przecież „wypełniał”! Uważał je raczej za rodzaj opresji, która człowiekowi kontakt z Bogiem utrudnia. Jeżeli je „wypełniał”, to przede wszystkim wprowadzając doń zwierzchnie ponad wszelką jego literę – kryterium miłości!
Można zasadnie domniemywać, że dając Kościołowi prawo „odpuszczania i zatrzymywania win”, cedował nań raczej cząstkę swego miłosierdzia, a nie swego prawa do osądu!! „Zatrzymanie winy” miało odnosić się przede wszystkim do czynów przeciwko bliźnim i Bogu, których zła człowiek je czyniący nie chciałby uznać i go naprawiać.
Nie implikuje to w żaden konieczny sposób oceny (osądu) przez Kościół - czynu w dokonanego w sferze stosunku konkretny człowiek-Bóg!
Bóg Orędzia Chrystusowego jest niewątpliwie bardziej Ojcem niż Sędzią, jednak tak jak przekazanie Kościołowi części swego miłosierdzia wydaje się temu Orędziu bliskie, tak trudno w nim znaleźć scedowanie władzy sędziowskiej czy prerogatyw bożego ojcostwa!
Zasadniczym novum w stosunku do Starego Testamentu jest w Orędziu Chrystusowym z pewnością - traktowanie każdego człowieka z osobna, a nie ludzi en masse! Toteż wydaje się oczywiste, że żaden przypadek losu ludzkiego nie powinien (nie może) przez Kościół być z innym porównany, nie powinno zatem w nim obowiązywać prawo, które unifikuje jakieś przypadki postępowania, a już z pewnością nie powinno się ono odnosić do… poszczególnych ludzkich dramatów !! – które mogą utrudniać człowiekowi drogę ku realizacji boskich oczekiwań! W stosunku do nich jedyną zasadą postępowania może być tylko miłosierdzie jak najdalej idące.
Można by strawestować wielkie – „Szabat dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu”, mówiąc – prawo powinno służyć człowiekowi, a nie go osaczać!
Poszukiwanie w Ewangeliach supozycji dotyczących miłości konkretnych ludzi między sobą w tym także dotyczących stosunku mężczyzna-kobieta, może być owocne, choć z racji przyzwyczajeń interpretacyjnych dość żmudne. Wskazuje na to chociażby konstatacja, że poza Kazaniem na Górze wszystkie inne podstawowe wskazania Chrystusa padały w bezpośrednim kontakcie „On-konkretny człowiek”. Wymagałoby to szerszego opracowania, jednak tu można odpowiedzialnie powiedzieć, że w kontekście absolutnie zwierzchniej roli miłości i w stosunkach konkretny człowiek-konkretny człowiek, to ona winna właśnie odgrywać rolę zasadniczą. Wrócimy do tego.
Powtórny błąd.
Jak wiemy, pierwszym interpretatorem Ewangelii i kodyfikatorem chrześcijańskich społeczności był św. Paweł. Jego wstrząsający Hymn do Miłości wskazuje na to, że i on rozumiał jej nadprzyrodzone pochodzenie i rolę. Jednak w sferze wynikających z niej stosunków na poziomie człowiek-człowiek niewiele wykroczył poza swą macierzystą kulturę. Stosunek Bóg-człowiek-Bóg i w jego myśleniu zdominował. Św. Paweł nawet nie odnosi się do sprawy prokreacji! Jedynym tematem, z dziedziny nas tu interesującej jest powtórzenie, za tradycją judaistyczną, sprawy grzesznego znaczenia dewiacji we współżyciu seksualnym.
Podobną rolę kształtującą Kościół mają także Listy innych apostołów.
I trudno się temu dziwić, gdyż powstawał on jako wspólnota wyznawców i o ten kształt w pierwszym rzędzie chodziło, a stosunki miłości wiodącej do prokreacji wydawały się z dawna unormowane, z wyjątkiem chrystusowo pojmowanej „miłości bliźniego” w znaczeniu wspólnotowym i w stosunkach z osobami z zewnątrz Kościoła.
Na pierwsze sformułowania w dokumentach Kościoła w sprawie „miłości między kobietą i mężczyzną” czekać trzeba było… wieki, a ich zawartość, właściwie do Soboru Watykańskiego II nawet w warstwie słownej nie odbiegała daleko od… sformułowań zawartych w Biblii Izraela.
I działo się tak i dzieje pomimo, że w samym Kościele, a przede wszystkim wokół niego, ta sfera życia ludzkiego przybierała różne, często drastyczne formy i przewartościowania! Zajmowała się nim także i chrześcijańska refleksja intelektualna, ale jakby na marginesie życia Kościoła. Wiele wskazuje to na to, że dla Mater et Magistra temat albo nie istniał, jako temat związany z religią, albo że uważano, iż nie pojawiają się w nim od czasów Pisma i Proroków elementy na tyle istotne i nowe, by powinny być tematem zasadniczej refleksji. Temat seksualności, miłości i prokreacji w równie tradycyjnym ujęciu występuje nadal w najnowszym Katechizmie Kościoła Katolickiego, jak i w zalecanych metodach katechizacji.
Niestety! Błąd wydaje się aż nadto rzucający się w oczy!
Tym bardziej, że miłością między mężczyzną i kobietą zajmowała się przez wieki i na swym najwyższym poziomie cała kultura światowa. Jej dorobek w sprawie instynktu seksualnego i wszystkiego co się z nim wiąże, jest ogromny. W tym czasie w ramach doktryny wszelkie zwracanie uwagi na temat przewartościowań w dziedzinie stosunków seksualnych między ludźmi było problemem niechcianym, nawet pomimo tego, że Reformacja dokonała w tym temacie istotnych przewartościowań.
Oczywiście temat tu poruszony jest tematem wielkim w całym tego słowa znaczeniu i ma też prawdziwie wielkie implikacje. Nie da się go szczegółowo wyczerpać nawet w jednej obszerniejszej refleksji. Wymaga wzięcia pod uwagę wielu więcej ważnych elementów, niż tu sygnalizujemy. Wymaga – powiedzmy to jasno – dzieła Kościoła, na które patrzeć trzeba z uwagą i bez emocji negatywnych. Dzieła, które potrzebuje modlitwy o jego powodzenie, a nie sprzeciwu.
Synodalny powrót do Jezusa.
Sformułowania wstępnego dokumentu bieżącego Synodu budzą sprzeciw części kleru nie dlatego, że otwiera się w nim kwestie będące stosunkowo drastyczne, jak np. stosunek Kościoła do homoseksualizmu. Bo rozumie się właśnie, że otwiera się kwestię bardziej fundamentalną – a mianowicie kwestię miłości, chrześcijańsko pojmowanej właśnie. Przedmiotem refleksji staje się więc jeden z zasadniczych fundamentów Chrystusowego Orędzia, wiary i Kościoła!
Synod zastanawia się nad tym, bo rozumie, że kwestii seksualności nie można odrywać od miłości ludzi między sobą! Że właśnie miłość między ludźmi rodzi seksualność! Że istnieje rodzaj prawdziwej ludzkiej miłości, która nie może seksualności nie zrodzić! I że ten rodzaj miłości jest (a przynajmniej może być, a to już bardzo wiele) darem Boga! – Choć nie zawsze występuje w formach przez Kościół – rozumianych!
Synod po raz pierwszy w historii stara się odnieść do związku pojęciowego miłość-seksualność, a nie tylko związku pojęciowego seksualność-prokreacja. To rzeczywiście rodzaj rewolucji, jak wykazaliśmy. Gdy w tym związku pojęciowym za pojęcie podstawowe uznamy miłość, to otwiera się nam zupełnie nowa perspektywa. Pojawia się swoista suwerenność miłości takiej, jaka jest codziennością człowieka! Na tym polega wielkość podjętej refleksji.
Oczywiście chodzi o miłość, a nie o to, co ludzie niekiedy nią nazywają, chcąc uzasadnić swe hedonistyczne instynkty! Bo dotąd wszelką miłość nie prowadzącą do prokreacji traktowano negatywnie. I czy nie to właśnie stało się częstą przyczyną wynaturzeń tego pojęcia?
Pora na konkluzję!
Jeżeli uznamy miłość między konkretnym człowiekiem a konkretnym człowiekiem za kryterium podstawowe sensu ich wspólnego życia, wspólnej drogi do Boga, to jej ewidentnie stwierdzony brak likwiduje a priori ten sens!! - a więc skuteczność wszelkiego prawa stosującego się do takiej wspólnoty, a obowiązujący nadal sakrament czyni jego przeciwieństwem.
Co ma wspólnego z miłością np. egzystencja sakramentalnej rodziny w kompletnym rozpadzie, gdzie zastępuje ją przemoc, alkoholizm, brutalność wobec dzieci i pełnia innych znanych wynaturzeń?
Jak może o dalszej sakramentalności decydować normalny początek takiej rodziny, który dawno został wynaturzony?
Trwanie w niej może prowadzić tylko do napiętrzania się zła w każdych, również religijnych kategoriach!
Czy powstały po jej rozpadzie, nowy, pełen prawdziwej miłości związek ma prowadzić do oddzielenia od sakramentów ludzi, którzy przedtem popełniwszy błąd – przecież zwykle trudno rozpoznawalny – a teraz mają przynajmniej szansę na kroczenie drogą dobra i miłości? Czy tak rozumiane sakramenty mają jakikolwiek związek z rzeczywistą miłością, czy są tylko zatrzaśnięciem drzwi, prowadzących do jej odzyskania przez tych, którym poprzednia, nawet najszczersza próbach kroczenia po drogach dobra się drastycznie nieudała i doprowadziła ich na skraj totalnego upadku – duchowego, fizycznego, moralnego…?
W ogóle:
Czy można miłość w jakikolwiek sposób dekretować, skoro to ona właśnie ma dekretować wszelkie jej następstwa?
Czy bez znaczenia jest prawdziwa, przynajmniej w ramach wszelkich kryteriów rozumianych przez ludzi – miłość homoseksualna, która wprawdzie do prokreacji prowadzić nie może, ale… może być dla innych ludzi przykładem wielu jej składników, jak czułość, poświęcenie, wierność, oddanie, uczciwość wzajemna itd. itp. Czyż wynikająca z niej bliskość fizyczna, kończąca się nawet mimowolnym niekiedy spełnieniem seksualnym nie jest jej naturalnym dopełnieniem?
Słowem; - spytajmy:
CZY MIŁOŚĆ PRAWDZIWA MOŻE BYĆ GRZECHEM??
Któż i na jakiej podstawie może oceniać co nią jest, a co nią nie jest, jaka jest?
Kto może ocenić, czy to co wiąże prawdziwie dwoje ludzi jest ich samooszustwem, czy rzeczywistym darem Boga z wszystkimi tego konsekwencjami?
Ocenić to właściwie może tylko Bóg – jej dawca!
Przyznawanie sobie tego prawa, nawet przez Kościół, wydaje się uzurpacją, bo to wprawdzie obdarzeni sukcesją apostolską ludzie uznali dla Kościoła to prawo, ale wszakże nawet sukcesja apostolska nie chroni przed możliwością popełniania błędów i nie zwalnia z obowiązku ich naprawiania!
Ale przede wszystkim nie uwalnia bynajmniej od stałej i głębokiej refleksji!
Ta właśnie refleksja Synodu jest rzeczywistym powrotem na drogę poszukiwania treści Przesłania Chrystusowego na dziś!
Inne tematy w dziale Społeczeństwo