3 obserwujących
556 notek
227k odsłon
  120   0

Piąta Pogoria: Kult / Kruk - Relacja

Dziwna/niedziwna prawidłowość im bliżej wyborów tym miasta i miasteczka bogatsze igrzyska dla gawiedzi organizują. Gardzić nie gardzę i wypatruję tego typu spędów, jeżeli coś gra co jestem w stanie zdzierżyć to się potrafię skusić na taki niebiletowany gig - nie mylić z bezpłatnym, bo każdy podatnik się na taką imprezę składa, niezależnie od tego czy w nim uczestniczy czy nie. Niby oczywiste a wielu żyje sobie w takim mylnym  przeświadczeniu. 

Pomijając intencje organizatorów skupmy się na istocie. 3.09 na parkingu nieopodal akwenu Pogoria III odbył się koncert, który ma szansę stać się cykliczną imprezą. Główną gwiazdą wieczoru był zespół Kult, wspierany przez młodsze zespoły: Puppet Queen oraz Kruk. 

Kruk

Zwabiony występem dąbrowskiego Kruka przybyłem na parking przy plaży Pogorii III głównie po to aby posłuchać kunsztu gitarzysty Piotra Brzychcy, współczesnego instrumentalisty urodzonego pod koniec lat 70., którego styl gry głęboko zanurzony jest w latach 70 ubiegłego wieku. Nawet postronnemu słuchaczowi musiało się rzucić w uszy, że nagłośnienie faworyzowało gitarzystę Kruka. Był na mój gust nieco zbyt wysunięty względem reszty równie świetnych instrumentalistów. Najbardziej ucierpiał na tym klawiszowiec Michał Kuryś, którego bezecnie wykastrowano - a wielka to zbrodnia i szkoda, bo w twórczości Kruka klawisze grają bardzo istotną rolę. Przez większość czasu trwania koncertu wytężałem słuch aby choć trochę uszczknąć z tych znamienitych pasaży. 

Zacząłem trochę na opak o nie wspomniałem o tym,  że Kruk wspierany jest przez Wojciecha Cugowskiego z którym to popełnili album Be There (2021) i zespół naturalnie jest na etapie promocji owego krążka.  

Początek koncertu był nieco niemrawy, tak jakby zespół był nieco spięty (czyżby dlatego, że grali w swym mateczniku?) - zwłaszcza Piotr Brzychcy sprawiał wrażenie nieco stremowanego, solówki mistrza były zbyt mechaniczne, odarte z duszy. Swobodniej zrobiło się gdy zagrali pierwszy tego popołudnia utwór z repertuaru Deep Purple - „Gypsy”. Wszystko jakby za dotykiem czarodziejskiej kostki się poprawiło - słychać i widać było, że zespół grający standardy niezliczone razy czuł się najbardziej naturalnie grając dźwięki, które trwale zespoiły się z ich muzycznym kodem genetycznym. Najbardziej odczuwalne było to w przypadku głównego bohatera - Piotr przez to, że zaczął grać swobodniej, poddał się sile dźwięku i płynął z głównym nurtem, którego był inicjatorem.

Przejście z coveru do autorskiego materiału na szczęście nie sprawiło, że czar prysł czego najlepszym przykładem była tytułowa, rzewna balladka zamykająca ostatni krążek Kruka - młody Cugowski z pudłem akompaniował subtelnej grze Piotra. 

Po słodkim plumkaniu dla kontrastu przygrzali kawałkiem „To Those Power”, progresywnym łamańcem rytmicznym generowanym przez Dariusza Nawarę. Brylowałby w tym kawałku klawiszowiec swym soczystym hammondowym solem ale został niestety, skutecznie zagłuszony przez absurdalnie wysuniętą stopę. Obłędnie długie, piorunujące solo gitarzysty Kruka stanowiło bezsprzecznie kulminacyjny punkt programu. Atak podwójnej stopy wznieca rasowe metalowe tornado - niestety były momenty, że przebasowana podwójna stopa potrafiła zrujnować obiecujące momenty koncertu. Pal licho nagłośnieniową  nieudolność, skupmy się lepiej na ewidentnych pozytywach i wyżynach na których się Kruk unosił. Mowa tu o przejmującej sucie „Prayer Of The Unbeliever (Mother Mary)” - kompozycja szczególna bowiem, było to pierwsze dzieło zarejestrowane z starszym z braci Cugowskich. Szczęśliwie w drugiej połowie słyszalne były oszałamiające popisy klawiszowca, pod koniec perkusista nie chciał pozostać w cieniu i również pokazał co potrafi. 

Kruk się zlitował i w końcu zagrał długo wyczekiwany i wywoływany przez fanów singiel promujący „Rat Race” poprzedzony anegdotą i wspomnieniami związanymi z kulisami nagrywania klipu. Wojciech troszkę popłynął tekstami sprowadzającymi Dąbrowę Górniczą do głębokiej prowincji (którą może i jest ale przyznacie, że to niezbyt taktowne aby tak to podkreślać) pytając publiczność czy kuma język Szekspira, był też ogromnie zadziwiony, że w Dąbrowie Górniczej coś się w ogóle dzieje, są takie piękne akweny, zawiedziony byłem, że nie zająknął się o Dawidzie Podsiadło...

Niemniej była to solidna dawka energetycznego, szybkiego, gitarowego czadu wieńcząca występ dąbrowskich rockowych nostalgików. 

Pierwotnie nieprzewidziany bis jednak miał miejsce - udało się wygospodarować kilka minut na wspaniały „Highway Star”. Co prawda w konkurencji coverów daleko Krukowi do wersji Acid Drinkers ale i tak było przepysznie. Jak już wyżej wspomniałem Kruk w swym żywiole jest nie do pobicia. A i Wojciech ewidentnie świetnie się bawił śpiewając purplowski przebój, choć mam malutkie zastrzeżenie, nie do końca wychodziły mu majestatyczne gillanowskie górki. Mimo to i tak było piorunujące wykonanie na miarę Deep Purple dwadzieścia lat temu. Pewnie przesadziłem ale nie znowuż tak bardzo, biorąc pod uwagę kondycję (a raczej jej brak) wokalną Iana Gillana w ostatnich latach. 

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura