3 obserwujących
522 notki
198k odsłon
98 odsłon

Wiara, że wszystko jest w porządku: DAF / Nitzer Ebb - Relacja

Wykop Skomentuj1

25.10 w łódzkim Studio w ramach tegorocznej edycji międzynarodowego festiwalu Soundedit odbyło się jedno z najważniejszych wydarzeń koncertowych bieżącego roku - jeżeli nie ostatnich lat. Nie spodziewałem się, że będzie mi dane zobaczyć na żywo, za jednym zamachem takich tuzów muzyki elektronicznej jak DAF i Nitzer Ebb. Mistrzów i wiernych uczniów, ojców założycieli i godnie rozwijających sukcesorów stylu zwanego EBM - utanecznionego industrialu. Oczywiście obie załogi nie wyczerpują listy pionierów ale są to bez wątpienia kluczowi gracze (a raczej byli bo czasy swojej świetności mają już przecież dawno za sobą). Warto podkreślić, że obie grupy wystąpiły w oryginalnym składzie. 

Zaczęli Panowie z Nitzer Ebb, czyli Douglas McCarthy, Bon Harris, David Gooday, Simon Granger. Obecność dwóch ostatnich sprawiła, że kolektyw Nitzer Ebb Produkt funkcjonuje w historycznie pierwszej odsłonie jaka do życia została powołana w hrabstwie Essex w 1982 roku. Wszystko dzięki reaktywacji jaka miejsce miała w 2018 roku. Zbiegło się to idealnie z wznowieniem dyskografii.

Zastanawiałem się do ostatniej chwili co zaprezentują brytyjscy pionierzy Electro Body Music. Marzyłem i chyba nie tylko ja o wiernym odtworzeniu brzmienia z czasów świetności czyli przełomu lat 80./90. Dziwnie elegancko odziani w czerń Brytyjczycy przelecieli się co prawda po najważniejszych płytach ale jednak w uwspółcześnionym wydaniu. Nie twierdzę, że było coś w tym złego ale przez to występ miał na mój gust zbyt ujednolicone brzmienie. Co na swój sposób odwołuje się do przemysłowego potraktowania własnej twórczości - przez samych twórców przekornie sprowadzonej nie do dzieła sztuki a konsumpcyjnego produktu. Jednak to już nie było militarystyczne, surowe show przesiąknięte zimnowojennym klimatem… Mimo wszystko ekspresji i wszechobecnej zajadłej ironii odmówić nie sposób. Wszystko za sprawą frontmana i wokalisty w osobie Douglasa McCarthiego, który co prawda nie reprezentował sobą takiego dynamizmu scenicznego jak to miało miejsce trzy dekady temu. Jednak żywiołowości z jaką klepał monotonne frazy oraz to jak wzmacniał przekaz mową ciała rekompensowało z nawiązką.

W tej materii McCarthiemu nie ustępował Bon Harris, który komicznie pląsał przy elektronicznej perkusji, wywijał, machał, raz na jakiś czas wygenerował jakiś dźwięk. Był bardzo pocieszny w przeciwieństwie do dwóch, statecznych skrzydłowych obsługujących „laptopy”. Cóż taki urok elektronicznej muzyki, rewolucja technologiczna wszak nie ominęła nawet Kraftwerk...

O ile do brzmienia można było mieć pewne „ale”, to już w kwestii repertuaru wybrzydzał nie będę. Silna reprezentacja pierwszych dwóch albumów tj. That Total Age (1987) i Belief (1989) euforycznie nakręcało publiczność, która z przyjemnością oddawała się rytmowi mechanicznej muzyki. Z utworu na utwór fani reagowali co raz bardziej żywiołowo. Trudno się dziwić, skoro od samego początku bombardowano „Blood Money”, „For Fun”, „Captivate”, „Hearts and Minds” – wiązankę z Belief (1989) przerwały dopiero dwa mocarne numery z Showtime (1990) – „Getting Closer” i „Lightning Man”. Środek setu wypełniły rodzynki o wspólnym depechowym mianowniku: najświeższy w zestawieniu „Once You Say” z ostatniego albumu (na którym właśnie w tym utworze gościnnie głosu użyczył Martin Gore), zaakcentowano również okres współpracy z Alanem Wilderem za sprawą „Come Alive” z EPki As Is (1991) i „Ascend” z Ebbhead (1991). Drugą część koncertu wypełniły głównie miazgatorskie hiciory z debiutu z „Join in the Chant” i „Murderous” na czele.

Fakt zagrania 2/3 materiału z drugiego albumu nie powinien dziwić wszak płyta ta w tym roku skończyła trzydzieści lat. Co dodatkowo podkreślono wyświetleniem motywu z jej okładki zestawionej z symboliką szaty zdobiącej poprzedniczkę.

Nitzer Ebb dwukrotnie bisował najpierw najbardziej ekspresyjnym i bezkompromisowym utworem „Alarm”. Gdzie mikrofon został przejęty przez drącego się wniebogłosy Davida Goodeya – po „przestaniu” całego koncertu, na koniec w końcu się wyżył. Był to jeden z ciekawszych momentów, przerywający dotychczasową monotonię – szkoda, że takich atrakcji nie było więcej, bo jak widać i słychać było potencjał drzemie nie tylko w wokaliście.

Na drugi i ostatni bis Nitzer Ebb przygotował coś specjalnego. Utwór jeszcze z okresu singlowego, poprzedzającego długogrający debiut. Mowa o „Warsaw Ghetto” i sądzę że nie był to zbieg okoliczności, że akurat tym utworem kończyli swój występ w Polsce.


DAF 

Czy to holenderska marka ciężarówek? Nie! to Deutsch Amerikanische Freundschaft - kamień węgielny, pod tym szyldem kryje się jedna z pierwszych grup, które odważyły się połączyć elektronikę, synthpop z (post)punkiem, tworząc znaczący odprysk w historii muzyki industrialnej.

Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura