4 obserwujących
45 notek
31k odsłon
  774   0

Szwecja - Polska. Wracamy na tarczy

    Po meczu ze Słowacją komentarze były jednoznaczne - "najgorszy zespół mistrzostw, nawet Macedonię przyjemniej się oglądało", "dziady", "to nie był mecz otwarcia, to był mecz o wszystko", "Boniek, kiedy zwolnisz Sousę" itp. opinie zapanowały wśród kibicowskiej braci. Przed meczem z Hiszpanią raczej liczyliśmy się z łatwym 4:0 dla Hiszpanów niż z remisem. Sam tak myślałem, a nadzieje na ciężko wywalczony remis tliły się nieśmiało gdzieś w głębi mojej duszy. O zwycięstwie to chyba mało kto myślał. Dziś, patrząc z perspektywy paru dni, wcale nie było to takie nierealne. Przed meczem ze Szwedami nastroje zgoła odmienne. Pełen optymizm, w Lewandowskim widzieliśmy Kmicica, który wraz ze swymi wiernymi druhami posieka Szweda na talarki. I tak w rolę wiernych synów Rzeczypospolitej wcielili się dziś:

Szczęsny - Bereszyński, Glik, Bednarek - Jóźwiak, Krychowiak, Zieliński, Klich, Puchacz - Świderski, Lewandowski

   Do drużyny wrócił Krychowiak, a reszta rycerzy z nierozstrzygniętej potyczki z Kastylijczykami zameldowała się na placu boju w tej samej formacji. Nie zdążyliśmy jeszcze wyjąć szabel z pochew, a szwedzki rapier już ugodził nas w pierś. Myśmy myśleli, że trzeba na spokojnie, klasycznie. Najpierw poobserwować przedpole, przyjrzeć się przeciwnikowi, potem uformować szyk i dopiero ewentualnie do ataku. Tymczasem Szwedzi nie oglądając się na nic, od razu na nas napadli. Rozjemca dzisiejszej batalii sir Oliver nie interweniował, więc najwyraźniej tak można. A może nawet i trzeba. Warto o tym pamiętać na przyszłość. Ileż to już takich nauczek dostaliśmy w historii. Pora wyciągać wnioski. Tego co wydarzyło się w 17 minucie próżno szukać w najstarszych kronikach. Nasz Kmicic miał już Szweda na łopatkach, wystarczyło go dobić, a ten walił głową w mur raz za razem, aż się farba z aluminium odklejała, ale do celu nie trafił. Po chwili Szweda opatrzył znachor, wstał, otrzepał się i nadal nas nękał. Z każdą kolejną minutą nasza przewaga rosła, naciskaliśmy na Szwedów coraz mocniej, tyle że nasza gra była przewidywalna. Do boku i wrzutka, rożny i wrzutka. Chyba przyszło naszym zawodnikom do głowy, że skoro z Hiszpanią Lewandowski zdobył gola głową, dziś dwa razy obił poprzeczkę tą samą częścią ciała, więc to jest najlepszy sposób do strzelnie gola. Okazało się, że nie. To było zbyt schematyczne i czytelne. Zwarte szwedzkie szeregi obronne uodporniły się na ten rodzaj ataków. Wreszcie w ostatniej minucie złamaliśmy ten schemat, Zieliński ładnie uderzył zza pola karnego, ale Olsen efektownie obronił.

    Na drugą połowę wyszliśmy z jedną zmianą. Puchacza zmienił Frankowski, w którego wierzy już chyba tylko jego najbliższa rodzina i oczywiście Paulo Sousa. Może chodzi o zasadę "do trzech razy sztuka". Skoro słabo zagrał ze Słowacją i Hiszpanią, to dziś zagra dobrze. Zielińskiemu z kolei spodobał się pomysł z pierwszej połowy o strzale zza szesnastki, bo drugą zaczął podobnie, od dwóch strzałów z dystansu. Jednak bez powodzenia. Próbowaliśmy ambitnie napocząć naszego rywala, jeśli jednak ktoś myślał, że po przerwie wyrosną nam husarskie skrzydła i niesieni euforią zdmuchniemy wnet Szwedów, no to... nie wyrosły nam. Za to wyrósł nie wiadomo skąd młody Kulusevski, minął naszych jak tyczki i wystawił ciasteczko Forsbergowi, który nie zmarnował takiej okazji. Nie minęła chwila i obudziła się niepokorna kmicicowa dusza. Lewandowski dostał piłkę od Zielińskiego na skraj pola karnego, wcale niełatwą i (uwaga, będzie grubo) niczym Piątek z początków swoich występów w Milanie przymierzył nie do obrony. Wlał nadzieję w nasze serca pierwszy strzelec Rzeczypospolitej, że nie wszystko jeszcze stracone. Nadal atakowaliśmy. ale z każdą kolejna minutą z coraz mniejszym animuszem, z coraz mniejszą wiarą. Czas płynął nieubłaganie, a wraz z nim topniały nasze siły i pomysły na zmianę losów dzisiejszej potyczki. Mnożyły się kolejne nic nie dające wrzutki. Siedem minut przed końcem lewym skrzydłem pomknął Frankowski (czyli wyszło na Sousy - warto było na niego stawiać) i precyzyjnie dograł do Lewandowskiego, który takie akcje finalizuje z zamkniętymi powiekami. Było 2:2 i cholernie mało czasu. Czy zdążymy zadać decydujący sztych naszym rywalom? Niestety, nie zdążyliśmy. W dodatku Szwedzi wykorzystali to, że myśmy się odkryli i definitywnie zakończyli nasze nadzieje strzelając trzeciego gola.

    Nie powiem, że to co dziś zaprezentowała polska drużyna to paździerz, którego nie dało się oglądać. Nie, nie było tak źle. Była odważna gra, dwa gole i poprzeczki Lewandowskiego, minimalny spalony Świerczoka, ale do zwycięstwa to nie wystarczyło. Znowu. Za to Szwedzi byli do bólu skuteczni, sprawiali wrażenie wyrachowanej, pewnej siebie drużyny, która ma kontrolę tego co dzieje się na boisku.

    Widzę postęp w naszej drużynie. Ze Słowacją było źle, z Hiszpanią było lepiej, a ze Szwecja jeszcze lepiej. Ja bym zostawił Sousę i dał mu popracować dalej z naszą reprezentacją. Może husarskie skrzydła wyrosną im za rok w Katarze.


Lubię to! Skomentuj20 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport