intuicja
"B" "Trzeba raczej umieć rozpoznać pszenicę rosnącą wśród kąkolu (...)" papież Franciszek w Adhortacji "Querida Amazonia"
139 obserwujących
470 notek
816k odsłon
  347   1

To ona jest przyczyną (dla Wawela)

Dedykowana @Wawelowi w odpowiedzi na tę notkę:

https://www.salon24.pl/u/wawel24/1218093,posrednicy-i-tymczasowa-planeta



Opowiastka będzie…

Dawno, dawno temu, w końcówce zamierzchłych lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku (!!!::D) żyłam sobie w niewielkim aczkolwiek wojewódzkim mieście, co nie było szczególnie trudne, bo województw wówczas było aż czterdzieści dziewięć:))

Miałam w tym mieście całkiem pokaźne grono koleżanek,  a wśród nich - Beatę…

Beata była moją przyjaciółką. Widywałyśmy się codziennie, wydzwaniałyśmy do siebie codziennie, czytałyśmy te same książki, wymyślałyśmy szyfry, którymi posługiwałyśmy się dość biegle (w mowie, w piśmie, na wszelkie możliwe sposoby ;) )

W pięknym, beztroskim i pełnym przygód świecie upływało moje życie…

Aż w końcu nastał ten okrutny dzień, kiedy to mój Tata awansował (bo tak się działo w latach siedemdziesiątych, kto oglądał „Gierka”, ten wie ;)) ) i wraz całą rodziną przeprowadziliśmy się do trochę większego miasta wojewódzkiego…

Bardzo, bardzo ten wyjazd, to rozstanie przeżyłam…

Gdy małym fiatem 126 p wyjeżdżaliśmy z miasta wojewódzkiego X , jakiś chochlik - znając moją słabość do dram - podkusił mnie, aby odegrać żonę Lota i spojrzeć do tyłu... Potem już tylko  dłuuuugo patrzyłam na tablicę pożegnalną „X żegna”:)  i ta tablica tak się ode mnie oddalała, oddalała, oddalała, a ja chciałam ją zapamiętać. Dobrze wiedziałam, że coś bezpowrotnie tracę i łezki spływały po dziecięcej buzi… (mniej więcej w takiej kolejności, o ile mnie pamięć nie myli)

Wiesz, Wawelu, jak to wtedy było… Internetu brak, komórek brak, co najwyżej stacjonarny telefon w mieszkaniu. Właściwie pozostawały tylko listy…

Pisałyśmy więc z Beatą dość systematycznie (ach! jak ja na te listy czekałam),  a rozmazane litery skreślone atramentem Pelikan jednoznacznie potwierdzały naszą rozpacz:) Z czasem jednak, niestety, pisałyśmy coraz rzadziej…

Potem przyszedł okres liceum: nowi znajomi, nowe koleżanki, nowe przyjaźnie. Ba, nawet i nowe miłości! Jedne spełnione, inne nie:) No i polityka!

Kontakt z Beatą był już sporadyczny.

A na studiach – żaden...

Ale listy zatrzymałam i każdorazowo, podczas porządkowania szpargałów, do nich wracałam… Z uśmiechem i ze wzruszeniem. Były dowodem na przyjaźń idealną:) i każdą porażkę, która gdzieś po drodze mnie spotykała, ścierały w drobny pył. Taką miały moc!

No i tak sobie żyłam, żyłam, stałam się dorosła, założyłam własną rodzinę, a te listy wciąż ze mną były. Moja ucieczka przed rozczarowaniami życia, które są udziałem każdego z nas. 

Aż któregoś dnia przyszła myśl, aby spróbować nawiązać kontakt z moją przyjaciółką ze szkolnej ławy. Przyszła i już nie za bardzo chciała odejść. Trochę się broniłam, bo idealny obraz, który sobie przez te wszystkie lata namalowałam mógł przecież prysnąć i zostałabym z niczym… Wahałam się więc i wahałam, aż górę wziął mój charakterek niezbyt chętny, aby żyć li tylko iluzją:)

Nie była to łatwa decyzja.

Brzmi dość poważnie, ale tak! W istocie chodziło o trudny wybór: prawda, czy złudzenia. Żywy człowiek, czy wyidealizowany obraz. A jeśli przyjdzie rozczarowanie…? "Itakdalej";)

Jednak zaryzykowałam, zadzwoniłam pod numer telefonu, który znałam z dziecięcych lat (wtedy numery telefonów znało się na pamięć!). Po drugiej stronie telefonicznego kabla usłyszałam delikatny głosik. Byłam pewna, że to Beata, ale nie, to była jej córka. Poprosiła do telefonu mamę.

Potem wszystko poszło jak z płatka.

Któregoś dnia umówiłyśmy się w Warszawie (bo tu zamieszkałam po studiach).

A jeszcze później Beata przeprowadziła się do Warszawy. Odważna i otwarta babeczka :)

Dzisiaj jesteśmy przyjaciółkami z niezłym stażem (bo od III klasy szkoły podstawowej), a ostatniego Sylwka spędziłyśmy w większym gronie, ale razem.

Oczywiście jakieś drobne starcia są nam nieobce, ale jednak nie żałuję swojego zaczarowanego kamyczka o wielkiej mocy („myśmy zmyśleni tak dla świata”)... Zawsze wybieram prawdziwego człowieka (ale prawdziwego).

Zyskałyśmy to, co jest największym skarbem ludzkości – przyjaźń.

Tylko tak warto żyć :)


Ty mnie Tori Amos (a wiesz, że urodziła się 22 sierpnia?; właśnie sprawdziłam), a ja Tobie Mozarta z przesłaniem:)


Lubię to! Skomentuj10 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale