Kończy się kadencja Adama Wasilewskiego, prezydenta Lublina. O tym, że podczas minionej kadencji nie wykazał się niczym szczególnym, wiedzą wszyscy lublinianie. Z mściwą satysfakcją przyjęli niedawna wyborczą porażkę włodarza Koziego Grodu. Postanowił ewakuować się z magistratu, do sejmiku województwa. Nie udało się.
- Dobrze mu tak! – cieszą się mieszkańcy. Twierdzą, że Adam Wasilewski zawiódł zaufanie wyborców. Uważają, że w 2006 jako kandydata na najwyższy urząd w mieście rekomendował go Janusz Palikot.
Zastępcy prezydenta Stanisław Fic i Elżbieta Kołodziej - Wnuk byli bohaterami jeśli nie afer to nadużyć. W ubiegłym tygodniu CBA przymknęło jego doradcę ds ekonomicznych i gospodarczych, Piotra D. pod zarzutem korupcji. Złapano go tuż po przyjęciu 20 tys. złotych
A prezydent Wasilewski objawił tą, swoją dziwną właściwość, że....zapada w zimowy sen. Jak susły ze świdnickiego lotniska. Ataki zimy w tym i ubiegłym roku to potwierdziły.
Pierwszy atak zimy w 2009 roku, miał miejsce 13 października. Jego efektem był totalny paraliż miasta i dantejskie sceny komunikacyjne.
Choć było wiadomo, że śnieg zaczął padać od wczesnego ranka, to jednak nikt nie zareagował. Miasto wyglądało, jakby osoby odpowiedzialne za gospodarkę komunalną i utrzymanie dróg przyszły do pracy na 7.00. I dopiero wtedy usiłowano coś zrobić. A o tej godzinie było już za późno. Poza gigantycznymi korkami dramatyzm tamtej sytuacji potęgowały gałęzie drzew, łamiące się pod ciężarem śniegowej okiści. Często niemal na głowy przechodniów. Gałęzie usuwano potem przez kilka kolejnych dni.
W tym roku sytuacja powtórzyła się. O tym, że nadciągają obfite opady śniegu, wiadomo było kilka dni wcześniej. W niedzielę, 28 listopada trąbiły o tym wszystkie serwisy pogodowe. Wszystkich stacji. I...nic.
Oto moja rejestracja wydarzeń.
Poniedziałek, 29 listopada, 3.00 nad ranem. Budzę się i wyglądam przez okno. Słabo prószy. Jezdnie jeszcze czarne.
4.20 Wiatr potępieńczo wyje, zacina śniegiem. Jezdnie już białe, ale śniegu niewiele. Na głównej ulicy, opodal mojego domu ani jednego pługu. Ale samochody jakoś jadą.
Miałem wybrać się w teren, ale rezygnuję. Kładę się jeszcze spać.
5.30 Czas wstawać. Wychodzę na dwór. Śniegu już ze 20 cm i nadal pada. A jakiegokolwiek sprzętu dalej nie widać.
6.30 Na wspomnianej głównej ulicy pojawiają się pierwsze problemy z wjazdem pod łagodne wniesienie. Już tylko można obserwować niesamowitą siłę przyrody. Pługów dalej zero.
8.30 Wychodzę z domu, do pewnego szacownego urzędu, obsługującego mieszkańców Koziego Grodu. Zmierzam do ul Kunickiego.
Na Kunickiego olbrzymi korek w stronę centrum. Jezdnia z prawej strony, wyjazdowa w kierunku na Biłgoraj i Przemyśl jakoś dziwnie pusta. Zerkam do tyłu. Sto metrów dalej skrzyżowanie blokuje ciężarówka. Nikt nie kieruje ruchem, chociaż komisariat policji opodal. Policjanci mogliby dojść na miejsce zdarzenia. Ale...pewnie „nie otrzymali sygnału o zdarzeniu od społeczeństwa...”. A inni przedstawiciele tego społeczeństwa wymazali im ścianę komisariatu jakimś sprayem. Zrobili sobie jawne jaja z czujności stróżów prawa
Już wiem, że nie mam co liczyć na miejską komunikację. Idę do szacownego urzędu piechotą. Wędrując zerkam na pojazdy stojące w korku. Stoją busy z Bychawy, Krzczonowa, Biłgoraja, Zakrzówka...
- Znaczy, że jakoś tu przyjechały – dumam. Jest autobus z Janowa Lubelskiego. Też przebił się przez zaśnieżone wzgórza Zachodniego Roztocza, koło Batorza. Przez który musiał przejeżdżać.
Widać, że najgorzej jest w stolicy województwa. Znowu ktoś przyszedł do pracy dopiero na 7.00. Bo w sznurze pojazdów ugrzęzły pługi śnieżne, które widać dopiero teraz.
Z lubelskiego browaru dziarsko wyjeżdżają dwa TiRy. Jadą na wyścigi. Za chwilę jeden z nich, atakujący konkurenta po zewnętrznym pasie zwalnia i...Zostaje w śniegowej pułapce.
Dwie karetki pogotowia przemykają się do pobliskiego szpitala bocznymi objazdami.
9.30 Jestem pod urzędem. Pod pobliską wiatą przystankową stłoczeni pracownicy urzędu. Nie można dostać się nawet na parking. Ktoś nie mógł dojechać z kluczami.
9.50 Otwiera się główna brama. Ktoś inny miał klucze. Parking zdobyty. Po chwili urząd zostaje otwarty. Na ulicy widać, jak nadjeżdżają pierwsze autobusy miejskie od strony centrum. Koniec paraliżu?
10.10 załatwiam sprawę i idę na przystanek. Zaraz łapię autobus. Super! Ale za chwilę na Kunickiego znowu wpadamy w korek. Wysiadam i idę piechotą.
Śnieżny paraliż trwa do końca dnia. Z różnym nasileniem.
Media doniosły, że tego dnia, miejski sztab kryzysowy rozpoczął obrady dopiero o 11.30.
W czasie, kiedy korki na ulicach osiągnęły swoje apogeum.
Następnego dnia powtórka z rozrywki. Rano, na parkingu obok mojej firmy, ze śniegiem walczy skutecznie troje portierów. Pełna mobilizacja sił. Tyle, że posesja, na której rozgrywa się walka, to własność prywatna. Nie miejska.
W ciągu dnia ruch odbywa się jako tako. Z nastaniem wieczoru sytuacja pogarsza się.
18.30 – 19.30 Bezskutecznie czekamy z żoną na komunikację miejską w kierunku dzielnicy Dziesiąta. W końcu łapiemy taksówkę. Taksówkarz wyjaśnia, że oto potężny korek sparaliżował ruch w rejonie Al. Kraśnickiej – wylot na Rzeszów i Opatów, oraz Al. Warszawskiej i Al. Sikorskiego. Dlatego nic nie jedzie. Ludzie czekają na przystankach, przy wciąż wzrastającym mrozie.
Wnioski? Wyborcy, w sobotę głosujcie tak, aby nowo wybrany prezydent wywalił z trzaskiem urzędasów z ekipy obecnego prezydenta. Jak śnieg łopatą.
I miłego zimowego snu panie Wasilewski. Na politycznej emeryturce.
Inżynier Obserwator


Komentarze
Pokaż komentarze (4)