Pomysł PSL, by wiek emerytalny skracać w zależności od liczby rodzonych dzieci, nie dość że jest kontrproduktywny, to wydaje się nieskuteczny.
Autor: Tomasz Kasprowicz
Obserwuję po raz kolejny dyskusję na temat systemu emerytalnego. Możemy się ich spodziewać jeszcze wiele w nadchodzących latach, bo podniesienie wieku emerytalnego nie rozwiązuje całości problemu. Polityczny szum wokół powoduje jednak, że jak zwykle trudno połapać się, o co w całej sprawie chodzi. Zatem dla niezorientowanych, a chcących odrobiny faktów, krótki przewodnik po naszym emerytalnym karambolu.
Rzecz pierwsza. Nasz system emerytalny to bankrut. Emerytury do jakich jesteśmy przyzwyczajeni należą do przeszłości i każde, nawet najbogatsze państwo, musi z nich zrezygnować. Przyzwyczajać się musimy do zapomóg na stare lata. Co zaradniejsi będą mogli liczyć na pomoc rodziny czy własne oszczędności. Resztę czeka ubóstwo. Nie wynika to z czyjejkolwiek złośliwości, kradzieży czy defraudacji, tylko z nieubłaganej demografii: starych jest dużo a młodych mało (dziś na jednego emeryta pracują cztery osoby, za 15 lat na emeryta przypadnie tylko jedna pracująca osoba).
Te nagie fakty są jednak politycznie niepopularne, więc nikt ich nie rozpowszechnia. Podejścia są zatem dwa: mniej odpowiedzialne – czyli twierdzenie, że wszystko jest w porządku i niczego nie trzeba zmieniać, jednocześnie robiąc wszystko, by totalne załamanie systemu przesunąć jak najdalej w czasie – na kadencję następnych polityków.
Jest też podejście bardziej odpowiedzialne, które często kosztem pewnych wyrzeczeń dzisiaj doprowadzi do tego, że nieuchronny moment bankructwa systemu będzie mniej bolesny. Ze względu na niepopularność, takich zmian jest znacznie mniej i zaliczyć do nich można oryginalną reformę emerytalną, założenie funduszu rezerwy demograficznej (co oczywiście niewiele dało, bo został rozszabrowany na bieżące potrzeby) czy właśnie proponowane podniesienie wieku emerytalnego. Niestety psucie systemu jest dużo częstsze niż próby jego naprawiania, należy się zatem przygotować na twarde lądowanie.
Rzecz druga. Problemem jest demografia. Jednak pomysły typu wzrost dzietności mogą co najwyżej śmieszyć. Aby rozwiązać problem demograficzny musielibyśmy drastycznie zwiększyć dzietność 10-20 lat temu! Do czasu zakontraktowania do pomocy Doktora Who możemy te pomysły włożyć między bajki…
Zwiększenie dzietności dzisiajzwiększy, a nie zmniejszy liczbę naszych problemów. Szczyt deficytu w systemie emerytalnym będzie miał miejsce za około 15-20 lat. Wyż urodzeniowy doprowadzi do tego, że pracujący będą musieli utrzymać nie tylko kohorty staruszków na emeryturach, ale również całą masę dzieci. Te dzieci z kolei będą potrzebowały następnych kilku lat, by wejść na rynek pracy – ale wtedy będzie już po problemie. Powojenny wyż demograficzny zacznie gwałtownie tracić na liczebności, ze względu na naturalny proces wymierania. Kluczowe zatem jest przetrwanie najtrudniejszej dekady – masy studentów nam w tym nie pomogą.
Pomysł PSL, by wiek emerytalny skracać w zależności od liczby rodzonych dzieci, nie dość że jest kontrproduktywny, to wydaje się przy tym nieskuteczny.Na decyzję o posiadaniu dzieci dziś słabo wpływa perspektywa wcześniejszej emerytury za 40 lat. Dużo ważniejsze są tu chociażby: infrastruktura przedszkolno-żłobkowa, urlopy macierzyńskie, łatwość znalezienia pracy czy stabilizacja finansowa. Wcześniejsza emerytura to dzielenie skóry na niedźwiedziu, którego nawet nie widać.
Rzecz trzecia. Referenda są świetnym rozwiązaniem. Jednak należy odpowiednio wyedukować społeczeństwo, żeby znało konsekwencje własnych wyborów. Jeśli spytamy: „Czy chcecie pracować dłużej?” – odpowiedź jest znana: „nie”. Ale równie dobrze można zapytać: „czy chcecie otrzymywać emeryturę?” i pytanie będzie dotyczyło tych samych kwestii. Wielu bowiem się wydaje, że wysokość, czy wręcz sam fakt tego, że emeryturę się dostanie, są niezależne od tego, jak długo będziemy pracować jako naród. Idealnym rozwiązaniem byłoby, gdyby naród reformę zaaprobował, ale to wymaga dokładnego wytłumaczenia, jaka jest alternatywa.
I na koniec. Emerytury są melodią przyszłości. Z drugiej strony możemy spodziewać się spadku bezrobocia i dużo wyższych wynagrodzeń, gdyż praca stanie się dużo cenniejsza niż kapitał. To wszystko kolejne złe wieści dla emerytów, którzy w dzisiejszych czasach są największymi kapitalistami. Wniosek jest jeden: pracujmy tak długo, jak się da. Praca to ważny element naszego życia i naszym zadaniem jest uczynić ją na tyle przyjemną, by emerytura przestała być synonimem upragnionych, niekończących się wakacji.
Tomasz Kasprowicz: ekonomista, absolwent National-Louis University, doktoryzował się na Southern Illinois University Carbondale, członek redakcji Res Publiki Nowej



Komentarze
Pokaż komentarze (40)