Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski
552
BLOG

BEM: Kronika zapowiedzianej klęski

Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski Polityka Obserwuj notkę 5

Jak przegrać wybory i zrazić do siebie ludzi

Autor: dr Kazimerz Bem

Marlborough, 7 marca 2012

Gdy piszę te słowa, nie mogę powstrzymać się od złośliwości, choć podobno nie przystoi ona duchownemu. Otóż tegoroczni republikańscy kandydaci na prezydenta zamiast bawić się w politykę, powinni wziąć się na serio za pisanie książek i poradników. Ich wspólny debiut wydawniczy nosiłby tytuł: „Jak przegrać wybory i zrazić do siebie ludzi.”

Wszyscy rozpisują się nad minionym wtorkiem, tzw. Super Tuesday gdy odbywały się republikańskie prawybory w kilku ważnych stanach. Ale ten list należałoby zacząć od prawyborów w stanie Michigan, gdyż one są chyba najlepszym zwiastunem tegorocznych wyborów prezydenckich.

Położony przy granicy z Kanadą, północny i zimny stan Michigan, jest uważany z wielu powodów za swing state, a więc stan, gdzie wyborcy mogą przenieść swoje sympatie z republikanów na demokratów i odwrotnie. W stanie tym, zamieszkałym przez irlandzkich, francuskich, szwedzkich i holenderskich imigrantów, do lat 90-tych zeszłego wieku królował przemysł samochodowy ze stolicą w Detroit. Ciężko pracujący, uzwiązkowieni, ale i pobożni robotnicy General Motors i ich rodziny są tu poważnym elektoratem. Ojciec Mitta Romney'a był niegdyś gubernatorem Michigan.

Gdy nadszedł kryzys gospodarczy, Obama wbrew histerii republikanów (ale i także niechętnych demokratów) przeforsował pakiet finansowej pomocy dla General Motors, wymuszając jednocześnie na firmie poważną restrukturyzację. Restrukturyzację, której przedtem sprzeciwiały się i związki, i menadżerowie firmy. I tak dzięki ingerencji rządu federalnego uratowano tysiące miejsc pracy, a także miasta takie jak Detroit przed zupełną ruiną. Jednak część mieszkańców stanu nie była przekonana do demokratów i gubernatorem jest republikanin, którego partia kontroluje też stanowy parlament. Przed prawyborami różnica między hipotetycznym kandydatem republikanów, a Obamą wynosiła zaledwie kilka pkt. procentowych i zdawała się dalej kurczyć na korzyść tych pierwszych.

Wtedy do stanu przyjechali Santorum i Romney. I wszystko popsuli. Walka była zacięta i prestiżowa, więc kandydaci mówili wszystko, co im ślina na język przyniesie. I choć minimalnie wygrał Romney, to już po prawyborach wyraźna większość mieszkańców Michigan chce głosować na Obamę. Dlaczego?

Zacznijmy od Ricka Santorum. To wyjątkowo konserwatywny, by nie powiedzieć fundamentalistyczny katolik, taki jak Tomasz Terlikowski czy Marek Jurek w Polsce. W stanie, gdzie sporą część stanowią luteranie i kalwiniści, bardzo przywiązani do rozdziału kościoła od państwa, tę separację zaatakował. Odnosząc się do słynnej przemowy Johna F. Kennedy'ego, który dzięki niej pozyskał głosy umiarkowanych protestantów, Santorum powiedział, że gdy ją czyta, to zbiera mu się na wymioty.

Jeśli to prawda, powinien powyższe objawy zatrzymać dla siebie: trzeba pamiętać, że John F. Kennedy był pierwszym – i jak dotąd jedynym katolikiem – wybranym na prezydenta USA. Kwestionowanie świeckości państwa jest w USA dla polityka śmiertelne – tym bardziej, że co dekadę ulega podwojeniu liczba ludzi deklarujących bezwyznaniowość. Trudno przypuścić, by po takiej deklaracji zagłosowali oni na Santoruma.

Ale Romney wypadł jeszcze gorzej. W przemówieniu po wygranych prawyborach, przedstawił swoje exposé gospodarcze i, jak skomentowała to jedna z czytelniczek „The New York Times”, podczas oglądania Romney'a musiała się szczypać i przypominać sobie, że nie siedzi w kinie. Polityk, który przemawiał w biednym, robotniczym stanie, uratowanym dzięki pieniądzom federalnym, zapowiedział radykalne cięcia budżetowe – szczególnie na programy socjalne i pomocowe – i ograniczenie roli rządu federalnego.

To nie koniec: Romney postuluje zniesienie podatku spadkowego (obecnie płacą go tylko ci, którzy dziedziczą ponad 6 milionów dolarów – rzecz rzadka wśród robotników Michigan) i zawetowanie jakiejkolwiek podwyżki podatkowej; obniżenie podatków dla firm, utrzymanie subsydiów dla koncernów naftowych i umożliwienie im wiercenia w każdym miejscu, w którym tylko zechcą. Romney chce też zlikwidować amerykańskie ministerstwo ochrony środowiska. Czy można się dziwić, że przy takim exposé wyborcy w Michigan wolą Obamę od któregokolwiek republikanina?

Michigan jest tylko soczewką większego problemu. Obecna kampania jest nie tylko długa, krwawa, ale i podła: prawicowy komentator Rush Limbaugh zaatakował studentkę, która odważyła się poprzeć ustawę zdrowotną, komentując z finezją, że skoro domaga się ona środków antykoncepcyjnych na koszt państwa, to on chce oglądać filmy, na których ona się puszcza...

Pomimo skandaliczności tej wypowiedzi ŻADEN z liderów republikańskich nie odważył się go potępić (wyjątkiem był nieliczący się już Ron Paul, czapki z głów). Zareagowali widzowie i część sponsorów wycofała się z firmowania jego programu. Nieco wcześniej zwolennik Santoruma wsławił się wypowiedzią, że najlepszym środkiem antykoncepcyjnym jest aspiryna trzymana przez dziewczyny między nogami... Znów – żadnych słów potępienia.

Nie będę po raz n-ty przypominał, że wszystkie te hasła wyborcze są odwrotnością tego, czego pragnie większość Amerykanów. Ale tak naprawdę zwycięstwo Obamy powoli wykuwa się w hiszpańskojęzycznych dzielnicach Ameryki. W 2008 roku Obama obiecał milionom nielegalnych imigrantów – przeważnie Latynosów – reformę prawa imigracyjnego i abolicję. Legalni członkowie imigranckich rodzin zagłosowali na Obamę i... nie otrzymali nic w zamian.

Wręcz przeciwnie: za czteroletnich rządów Obamy deportowano więcej nielegalnych imigrantów (1,06 mln) niż przez osiem lat prezydentury Busha juniora (1,57 mln).

I co z tego. Czy republikanie zbijają na tym kapitał, wśród grupy etnicznej, która stanowić będzie prawie 20 proc. elektoratu w kluczowych dla zdobycia Białego Domu stanach? I wśród grupy etnicznej, która jest najszybciej rosnącą grupą w USA?

Nie, oczywiście nie! Wszyscy republikanie popisują się „twardą postawą” wobec nielegalnych imigrantów, obiecują deportację, więcej patroli, większy mur na granicy z Meksykiem. Herman Cain proponował nawet podłączenie muru do prądu elektrycznego. O amnestii dla 10 milionów ludzi już przebywających na terenie USA nie wspominają nawet słowem. I tak oto grupa 20 proc. nowych wyborców, chcąc nie chcąc, zagłosuje na Obamę. Oprócz sporej grupy umiarkowanych, których republikanie systematycznie alienują.

Podobno Obama żartobliwie życzył sukcesu w prawyborach właśnie Romeny’owi. Nie ma czemu się dziwić. Miliony ultraprawicowych republikańskich wyborców i wielkich koncernów wbijając Romney'a i Santoruma w prawą ścianę, pracują na korzyść Obamy.

dr Kazimierz Bem - prawnik, pastor kalwiński, absolwent Uniwersytetu Yale, współpracownik Instytutu Obywatelskiego. Mieszka w USA

Zajmuje nas: społeczeństwo obywatelskie, demokracja, gospodarka, miasta, energetyka. Nasze motto to "Myślimy by działać, działamy by zmieniać".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Polityka