Nie sprowadzajmy Euro 2012 do infrastruktury!
Jarosław Makowski: Cztery lata temu Polacy dowiedzieli się, że będą współgospodarzami Euro 2012. Zapanował ogólnonarodowy entuzjazm. Dziś, na kilka miesięcy przed tym wydarzeniem, entuzjazmu jest jak na lekarstwo. Co się stało?
Prof. Anna Giza-Poleszczuk: Entuzjazm jest, ale zdecydowanie przycichł.
Dlaczego?
AGP: Nie została zaproponowana żadna przestrzeń, w której zwykli ludzie mogliby mieć poczucie, że to oni są gospodarzami Euro, a ich propozycje są brane pod uwagę przez rządzących. Mówiąc krótko: nie zostało powiedziane, że ich zaangażowanie ma sens. Sytuacja ta przypomina zachowanie tradycyjnej rodziny, gdy przygotowywana jest uczta świąteczna, ale rodzice mówią dzieciom, by siedziały cicho w swoich pokojach. I, rzecz jasna, nie przeszkadzały.
Przecież wciąż słyszymy o Euro 2012, szczególnie w kontekście infrastruktury: drogi będą czy nie będą gotowe na mistrzostwa?
AGP: Euro 2012, i tu zgoda, zostało sprowadzone do infrastruktury. Czy ludzie mają złapać za cegły i lecieć budować Stadion Narodowy? Przy budowie dróg nic tu po nas i naszym entuzjazmie. Musimy czekać, aż profesjonaliści te drogi nam zbudują.
Po drugie, ważniejsze jest to, jak powitamy gości odwiedzających w tym czasie Polskę. Jaki pakiet kulturalny dla nich przygotujemy? Mówię tu o miękkiej sile przyciągania i promowaniu kraju, które jest konieczne przy takich imprezach, jak Euro 2012.
Zobaczmy, jak Londyn przygotowuje się do olimpiady. Od początku było wiadomo, jaki jest cel – to mają być najbardziej społeczne i demokratyczne igrzyska olimpijskie z dotychczasowych. W tym celu zawiązano współpracę z BBC. W specjalnym programie na bieżąco powstają reportaże z dzielnic, w których budowane są obiekty sportowe. Bohaterami reportaży są mieszkańcy, mówiący, jak zmienia się ich otoczenie pod wpływem przygotowań do olimpiady.
Maria Rogaczewska: Pokazywane są zmiany dokonujące się w ludzkiej mentalności. Do dzieciaków wałęsających się po ulicach przychodzi trener podwórkowy i zaczyna grać z nimi w piłkę siatkową czy koszykówkę. I te dzieciaki mówią wprost, że czas, który pozostał do olimpiady, nie jest dla nich czasem straconym.
Metaforycznie rzecz ujmując, czas przygotowań do olimpiady w Londynie jest wypełniony po brzegi ludźmi i treściami z nimi związanymi, a nie infrastrukturą. Przygotowanie nie polega na tym, że wbija się pale, lecz na tym, że dokonuje się proces, który zachodzi w samych ludziach. U nas o to nikt dotychczas nie zadbał.
Co musielibyśmy zrobić dziś, by jeszcze udało się nam uspołecznić mistrzostwa?
MR: Po pierwsze, przydałaby się animacja społeczno-kulturalna we wszystkich dzielnicach, gdzie powstają nowe obiekty sportowe. W przypadku Warszawy jest to prawobrzeżna część, Saska Kępa. Powinny odbyć się się warsztaty władz z mieszkańcami, podczas których wspólnie można by się zastanowić , co to znaczy, że ten stadion będzie, że za chwilę pojawią się tu tysiące kibiców i gości. Takich rozmów z mieszkańcami jednak w ogóle nie było. W zamian proponuje się nam przebieżkę wokół stadionu. To pomysł rodem z PRL-u.
AGP: Pomysłów na uspołecznienie Euro 2012 powinno być możliwie dużo. Jeżeli ludzie cieszyli się w związku z Euro 2012 przed kilkoma laty, to nie dlatego, że w Polsce będą rozgrywane mecze, ale dlatego, że czuli instynktownie, iż jest to wehikuł zmian dotykający bardzo wielu dziedzin życia. Że to jest czas, gdy „robimy coś razem” i dla naszego wspólnego dobra.
Nasza drużyna nie jest silna. Ale to jest idealny moment, by zapoznać się z problemami szkoleniowymi młodych piłkarzy. Zobaczyć, jak funkcjonują drużyny podwórkowe po to, aby dać im wsparcie w przyszłości. Gra toczy się o to, by Euro 2012 potraktować jako inwestycję w ludzi, a nie tylko kosztowną imprezę korporacyjną.
Kto miałby stać się takim koordynatorem uspołeczniającym Euro - rząd? Czy raczej sami obywatele winni się skrzykiwać i samoorganizować, by wykorzystać ten moment dla siebie i swoich wspólnot?
MR: Rządzący przede wszystkim powinni posłuchać obywateli. W Poznaniu pomagaliśmy organizować pierwszy w Polsce sondaż deliberatywny. 1,5 tys. mieszkańców Poznania zostało wysłuchanych, dowiedzieliśmy się, co sądzą o sporcie w swoim mieście i o stadionie. Wysłuchaliśmy pomysłów, jak powinien być zagospodarowany – obiekt i jego okolice? Przedsięwzięcie trwało cały dzień. Niestety, to, co mówili mieszkańcy, zostało w jakimś sensie zaprzepaszczone z powodu kłopotów z wprowadzeniem takiego stylu zarządzania stadionem, jaki był przez nich preferowany.
AGP: Do organizacji Euro 2012 w Polsce została powołana spółka o charakterze menadżerskim. Jej zadaniem nie było budowanie demokracji czy poszerzanie partycypacji obywatelskiej. Nie miała także na uwadze rewitalizacji zaniedbanych dzielnic. Ta spółka odpowiada tylko i wyłącznie za przygotowanie infrastruktury i samej organizacji. Z tego wynika, że rząd zajął się mistrzostwami w sposób czysto technokratyczny, nie przemyślał dobrze spraw społecznych towarzyszących tak dużej imprezie.
W przypadku londyńskiej olimpiady, tam również część opinii publicznej mówiła, jak w Polsce: do czego nam potrzebna ta olimpiada? Zaraz potem przeprowadzono roczne konsultacje z mieszkańcami, których celem było zdefiniowanie społecznych priorytetów igrzysk olimpijskich. Szybko je określono: rewitalizacja miasta, włączanie bezrobotnych do budowy miasteczka olimpijskiego, szerzenie tolerancji, upowszechnianie sportu itd. I od początku zdobyto na te społeczne cele fundusze. Zauważmy też, że obiekty na igrzyska są planowane w taki sposób, by można byłoby je wykorzystać już po zakończeniu igrzysk.
Tymczasem w Polsce takich konsultacji nie przeprowadziliśmy. Przez długi czas chodziliśmy za byłym prezesem Rafałem Keplerem, by zgodził się na przeprowadzenie sondażu deliberatywnego z mieszkańcami okolic Stadionu Narodowego. Nie zgodził się. Czy to strach przed ludźmi?

Być może rządzący nie widzą związku sportu z demokracją?
AGP: I to jest gorzka prawda! Myślę, że naszym największym zmartwieniem jest to, że nie udało nam się przekonać do uspołecznienia Euro 2012 najważniejszych instytucji. O wiele bardziej byli tym zainteresowani konkretni ludzie, stowarzyszenia.
MR: Coś się jednak udało: napisaliśmy raport o „Kapitale Sportowym Polaków”. I pomogliśmy zorganizować w ramach polskiej prezydencji dwie konferencje, które dotyczyły społecznego wymiaru sportu.
AGP: Z jednej strony rząd ma fantastyczne narzędzia, których nie widzi i nie potrafi wykorzystać. Mogliby na przykład zadbać o to, aby były to „zielone”, ekologiczne Mistrzostwa, mogliby zaplanować znacznie ciekawszą politykę informacyjną, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz kraju.
Z drugiej strony, jeśli rząd czegoś wyraźnie nie powie, to urzędnicy sami z siebie nic nie zrobią. Gdyby pan premier wyszedł i powiedział, że sport jest narzędziem demokracji i budowania więzi, to otworzyłby tym samym drogę do uspołeczniania mistrzostw. Mnóstwo ludzi ma tego świadomość, ale ich energia i zapał rozbija się o niezrozumienie wojewody czy wójta.
Rząd zbudował Orliki. To potencjalnie ogromny wehikuł budowania demokracji i więzi społecznych w sposób niezauważalny. Orlik staje się miejscem odrodzenia więzi rodzinnych czy zmiany relacji między ojcami i synami, którzy – przykładowo – pilnują swoich synów, gdy ci grają w piłkę. Błąd polega na tym, że Orliki zostały oddane we władanie szkolnych związków sportowych. Te ostatnie często mają problem z zobaczeniem potencjału takiego obiektu. W efekcie wiele Orlików jest trzymanych pod kluczem, mimo, że na animatorów idzie 25 mln złotych rocznie. Jednak ci animatorzy są często pozostawieni sami sobie.
MR: Tym bardziej jest to niezrozumiałe, gdyż animatorzy są wspaniale wykształceni. To niezwykle wartościowy kapitał ludzki, który warto wesprzeć szkoleniami, budowaniem partnerstw, wymianą dobrych praktyk.
AGP: Orliki są fantastyczne, ale to jest znowu jest kwestia, że zawsze rozpoczynamy wszystko od początku, zamiast bazować na tym, co już jest, co powstało, na jakimś dziedzictwie. Przeczytałam ostatnio, że po raz kolejny będziemy szkolić osoby 50+ z obsługi internetu. Powinniśmy zrozumieć, że nie tędy droga. Lepiej, aby te 13 mln inaczej zainwestować.
Czyli jak?
AGP: Jesteśmy trzecim na świecie rynkiem pod względem ilości użytkowników komunikatora Skype. Z tego narzędzia obficie korzystają też osoby starsze. Trzeba sobie zadać pytanie, jakie są bariery w istniejącym już użytkowaniu i jak je przełamać? Trzeba bazować na lokalnych, sprawdzonych rozwiązaniach, zamiast centralnie wdrażać zupełnie nowe.
Wróćmy do mistrzostw. Twierdzą Panie, że miasta nie są na nie przygotowane od strony społecznej. Dlaczego nawet prezydenci miast nie widzą, że te mistrzostwa trzeba uspołecznić?
AGP: Są dwa powody. Po pierwsze, rozwój w Polsce został utożsamiony z infrastrukturą, ekonomią i z pieniędzmi. Chodzi o to, żeby coś było materialne, wielkie i robiło wrażenie. Nie chodzi o to, żeby ludzie byli mądrzy i wielcy, żeby społeczności były wielkie, czyli pełne wizji i wartości, dynamiczne. A to kardynalny błąd. Tak samo zresztą myśli się na poziomie gminy.
Po drugie, strach przed górą i przed ludźmi. Polska jest krajem straszliwego strachu. Z jednej strony samorządy boją się mieszkańców. Źródłem braku dialogu obywatelskiego są wzajemne, negatywne stereotypy i uprzedzenia, które powodują, że często na spotkania i debaty przychodzą pieniacze. Wszyscy inni są zniechęceni i pełni niewiary. Samorząd po drugiej stronie stołu dostrzega tylko krzykaczy. Z drugiej strony, mamy zwierzęcy lęk przed górą. Paradoks polega na tym, że w ministerstwach i samorządach jest przecież sporo inteligentnych ludzi.
MR: GUS przeprowadził badania, z których wynika, że aktywność sportowa Polaków jest mizerna. Głównym zadaniem ministerstwa sportu powinna być zmiana tej sytuacji. Czy wie pan, że w Danii w ministerstwie sportu pracuje tylko kilka osób? A to jest kraj, w którym najwięcej ludzi uprawia sport! Co więcej, w Danii sport uprawia więcej ludzi powyżej 60 roku życia, niż w Polsce osób powyżej 30 roku życia.
Dalej, u nas tylko kilka procent osób niepełnosprawnych, łącznie z ludźmi lekko niepełnosprawnymi, uprawia jakikolwiek sport, kiedy wiadomo, że ruch dla takich ludzi jest podstawą, by można było powiedzieć o jakiejkolwiek jakości życia. Osoby niepełnosprawne chciałyby pójść na nowoczesny basen, ale się zwyczajnie wstydzą, bo nikt do nich nie wyszedł z taką propozycją. Nikt ich nie zaprosił.
Kiedy mówimy o społecznym wymiarze sportu, pytamy podczas badań, czy gminy mają strategię jego upowszechniania. W odpowiedzi słyszymy, że nie mają żadnej strategii sportu powszechnego, gdyż muszą utrzymać infrastrukturę. Na jej utrzymanie idzie 70 proc. środków. Rękę do tej złej polityki dokłada też rząd. Gdy rozdziela dotacje, pieniądze idą głownie na „eventy”: turnieje, imprezy plenerowe... Rząd napisał raport na temat wzmacniania kapitału społecznego w Polsce. Jednak o rzeczach, o których tu dyskutujemy, nie ma w nim ani słowa. Kapitał społeczny powstaje, gdy ludzie robią coś razem. Czyż sport nie jednoczy ludzi?

Włodarze nie śpią po nocach. Zastanawiają się, co będzie po Euro 2012. Jak trzeba będzie utrzymać owe ogromne stadiony? Czy istnieje groźba, że będziemy je rozbierać?
AGP: Mamy nadzieję, że nie. Wciąż mamy czas, żeby je sensownie zagospodarować. Ale trzeba powiedzieć całą prawdę.
Mianowicie?
AGP: Mówimy: jest potrzebny coaching dla Polski. To znaczy, że trzeba się zacząć uczciwie zastanawiać nad dobrymi i złymi doświadczeniami związanymi z organizacją Euro. Trzeba sobie powiedzieć jasno, co dobrego udało nam się zrobić, czego się nauczyliśmy, a co się nie udało. I trzeba sobie powiedzieć, czego chcemy się nauczyć na naszych błędach. W tym będzie mądrość.
Euro 2012 oczywiście się odbędzie, potem wszystko albo zostanie zamiecione pod dywan i będziemy udawali, że się nic nie stało albo będzie fala rozdzierania szat, że „daliśmy ciała”. I jedno, i drugie podejście nie posuwa nas naprzód. Nasze badania pokazały jasno, że piętą achillesową jest to, że się nie uczymy na własnych doświadczeniach. Nie ma lepszego momentu niż Euro 2012, by to zmienić.
Jak praktycznie taki coaching miałby wyglądać?
AGP: Choćby na przeprowadzeniu poważnej dyskusji, jakie błędy popełniliśmy, i czego one nas uczą. Na podkreśleniu tego, co nam się udało – co udało się organizatorom Euro 2012 – i jak zbudować dziedzictwo tych dobrych praktyk zarządczych.
Do Euro 2012 zostały cztery miesiące. Czy sądzą panie, że da się jeszcze uratować społeczny wymiar tych mistrzostw?
AGP: Musi nastąpić wsparcie ze strony premiera, który powie o społecznym wymiarze sportu. Ministra kultury, który opowie o kulturowym wymiarze Euro 2012. Zaangażowanie w ten projekt ministerstw: kultury, sportu i edukacji wydaje się konieczne. Czas uruchomić działania, w której uczylibyśmy się przełamywać między sobą lody. A także uczyć się, kim jesteśmy. To dałoby Polkom i Polakom całkowicie nowy, świeży impuls do działania. By tak się stało, trzeba oddać głos ludziom, by mogli się wypowiedzieć – pokazać swoje mocne i pozytywne strony.
MR: Wbrew pozorom, to mogą być skromne rzeczy. Przykładowo: cykl programów w telewizji, gdzie prezentuje się popełnione błędy i osiągnięte sukcesy. Sukcesem wielkim jest to, że zgłosiło się 6 tys. wolontariuszy miejskich, z czego większość stanowią młodzi ludzie, w 60 proc. dziewczyny, które chcą się czegoś nauczyć. Mieszkańcy Saskiej Kępy i Kamionki z kolei chętnie opracowaliby materiały, prezentujące bogactwo prawobrzeżnej Warszawy w kilku językach. I takich pomysłów jest mnóstwo. Gdzie ci ludzie mają z nimi przyjść? Np. do „Biura ds. pomysłów mieszkańców na Euro 2012”, gdyby takie powstało.
Wiemy już, że przedstawiciele jednej z firm sponsorujących Euro będą jeździli i skrzykiwali ludzi, aby wspólnie na placach oglądać mecze. Mając tyle Orlików dlaczego by nie zrobić wspólnej akcji i nie oglądać rozgrywek właśnie na nich? Powinnyśmy usiąść i zobaczyć, co ludzie mogą sami zrobić, by Euro stało się ogólnopolskim festiwalem społeczno-kulturalnym.
AGP: Jest wiele fajnych inicjatyw, np. „Kibice Razem”. To, co jest sterowalne wokół Euro, to z całą pewnością emocje. Tymczasem telewizje nie pokazują rzeczy, które już się dzieją oddolnie. Radio o tym nie mówi. Obawiam się, że my Polacy zapamiętamy z Euro tylko lęk, panikę i napięcie. Nie dostrzegam dziś Euro-PR-u, który opierałby się na pozytywnych emocjach.
Jaka rolę mają do spełnienia media?
AGP: Ogromną. Media powinny pokazywać ludzi, a nie słupki i sondaże.
MR: Dziś, oglądając i wsłuchując się w komunikaty medialne, okazuje się, że to są mistrzostwa UEFA i panów z PZPN. A przecież to mają być mistrzostwa ludzi, którzy czekają na piłkarzy, którzy będą wolontariuszami. To są mistrzostwa chłopaków i dziewczyn, którzy codziennie kopią w piłkę na tysiącach Orlików.
AGP: Obawiam się, że jest już trochę za późno na rozsądną promocję Polski na tych mistrzostwach. Ale możemy pomyśleć, jakie mają być te „nasze mistrzostwa”, tak by były zgodne zgodne z naszą, Polek i Polaków, naturą. Pokażmy więc, że działamy trochę poza, czy nawet wbrew instytucjom, że potrafimy bawić się dobrze niezależnie od wielkich korporacji. Że skrzykując się w ostatniej chwili, sprawimy w Polsce fantastyczną atmosferę. Pokażmy, że cała Polska szykuje się na Euro 2012. To akcja, którą można zorganizować trochę z przymrużeniem oka.
A co powinien zrobić rząd?
MR: Rząd powinien pokazać wizję i misję tych mistrzostw. Mistrzostw inkluzywnych, w które zostaną włączone rodziny, niepełnosprawni, wolontariusze, kobiety i dzieci. Na tych mistrzostwach dziewczyny odkryją, że piłka jest fajna, że same też mogą grać w większym stopniu niż ma to miejsce obecnie.
Rząd może też powiedzieć, że rok 2012 jest rokiem zerowym, tzn., że jest punktem startowym do programu rozwoju sportu masowego, „sportu dla wszystkich” w Polsce. Nie sportu dla jednej czy drugiej federacji, w tym tej okrytej złą sławą, jaką jest PZPN. Nie dla obiektów. Obiekty są dla ludzi. Media powinny zerwać neurotyczny związek z elitami związanymi ściśle z Euro 2012, a bardziej zainteresować się zwykłymi ludźmi. To nam wszystkim wyjdzie na zdrowie: i mediom, i kibicom.
*Prof. Anna Giza-Poleszczuk – specjalista w dziedzinie kapitału społecznego, socjologii ewolucyjnej, marketingu w perspektywie socjologicznej. Doktor habilitowany, pracownik Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie kieruje Pracownią Badań nad Kapitałem Społecznym.
*Maria Rogaczewska – socjolożka, trenerka organizacji pozarządowych, asystentka w Instytucie Socjologii UW, członkini Zespołu Laboratorium WIĘZI, współtwórczyni Projektu Społecznego 2012. Zajmuje się badaniami z zakresu socjologii religii, społeczeństwa obywatelskiego i kapitału społecznego.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)