Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski
333
BLOG

Mariusza Handzlika wspomina Dominika Sztuka

Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski Polityka Obserwuj notkę 0

Witam wszystkich na moim blogu. Mam nadzieję, że znajdą się tacy, którzy zechcą poświęcić kilka chwil, by zajrzeć na niego od czasu do czasu. Tych, którzy mnie znają, jego tematyka nie zaskoczy. Będę bowiem pisać o mojej największej pasji, czyli o Stanach Zjednoczonych i amerykańskiej polityce. Jako, że za oceanem toczy się w tym roku bój o Biały Dom, wpisy w najbliższych miesiącach zdominuje kampania prezydencka. Chciałabym szczególnie skupić się na kampanijnych smaczkach, z obozu zarówno bliskich mi republikanów, jak i demokratów. Walka będzie w tym roku wyjątkowo zacięta, dlatego ciekawych tematów nie powinno zabraknąć.

Pierwszy wpis będzie jednak o Człowieku. O Człowieku, bez którego, całkiem możliwe, ten blog w ogóle by nie powstał. O Człowieku, który miał ogromny wpływ na to, kim dzisiaj jestem. Który pomógł mi uwierzyć, że moje zainteresowanie Ameryką może być tak naprawdę sposobem na życie. Który dostrzegł we mnie potencjał i nie pozwolił go zmarnować. Wreszcie, o Człowieku, któremu nigdy nie było mi dane za to wszystko podziękować.

Ministra Mariusza Handzlika poznałam w 2006 roku. Byłam wtedy na drugim roku stosunków międzynarodowych. Postanowiłam zapisać się na przedmiot dla studentów piątego roku dyplomacji: „Polityka zagraniczna i bezpieczeństwa USA”. Od pierwszych zajęć wiedziałam, że Minister nie był typowym wykładowcą. Wyglądał, jakby przywędrował do Pałacu Kultury i Nauki, gdzie odbywały się wykłady, prosto z waszyngtońskiego Kapitolu. Ciemnogranatowy garnitur, biała koszula, czerwony krawat, skórzana aktówka. No i ten akcent, silny amerykański akcent, który od razu zdradzał, że minister spędził w USA ponad dekadę.

Jego zajęcia były jednymi z ciekawszych, w jakich kiedykolwiek brałam udział w trakcie pięciu lat studiów na trzech różnych uczelniach. Doktryny polityki zagranicznej kolejnych prezydentów USA, „Mario” – jak nazywali go studenci – przeplatał anegdotami zza oceanu. Ktoś, kto jak ja marzył tylko o tym, by na własne oczy ujrzeć neoklasycystyczne wnętrza Amerykańskiego Kongresu, by na własnej skórze poczuć atmosferę słynnej K Street, i by choć z daleka spojrzeć na Gwiaździsty Sztandar powiewający przed Białym Domem na Pennsylvania Avenue w Waszyngtonie, nie mógł wymarzyć sobie lepszego profesora.

Dzięki jego plastycznym wizjom można było niejako przenieść się do samego serca amerykańskiej polityki. Pamiętam, kiedy opowiadał o atakach terrorystycznych z 11 września 2001 r. Tragiczne wieści dotarły do niego właśnie na waszyngtońskim Kapitolu, w siedzibie Kongresu USA. Chcąc, żebyśmy poczuli atmosferę tamtych wydarzeń, ale również zrozumieli specyficzną mentalność amerykańskich decydentów, przytoczył swoją rozmowę, którą „na gorąco” odbył wówczas z grupką senatorów. Miał ich zapytać o to, jak Ameryka odpowie na akt terroru zadany przez Al-Kaidę, na co kongresmeni mieli bez wahania odpowiedzieć: „Będziemy bombować” (sic!). Od tamtej pory, obserwując poczynania supermocarstwa na arenie międzynarodowej, wspominałam to krótkie, acz tak wiele mówiące o amerykańskiej polityce zagranicznej zdanie.

To nie jedyne słowa Mariusza Handzlika, które zapadły mi w pamięci. Mówimy o wydarzeniach z 2008 roku, za oceanem trwała wówczas amerykańska kampania prezydencka, o której wielokrotnie mieliśmy okazję dyskutować. Pamiętam, jak jedną z naszych konwersacji skwitował: „Pani powinna pracować w sztabie Hillary Clinton, tam jest pani miejsce”. Widząc, że nie biorę jego słów na poważnie, kontynuował: „Zobaczy pani, za parę lat to ja się będę panią pytał, co słychać w Waszyngtonie”. Ktoś by pomyślał, „puste słowa” albo „kurtuazja”. Ale dla dwudziestolatki z małej miejscowości takie słowa z ust polskiego dyplomaty z wieloletnim stażem pracy w USA musiały jednak dać do myślenia. I dały.

Nie sposób opisać wszystkich zasług Mariusza Handzlika w służbie Polsce, dlatego też chciałabym odnieść się do tej jego działalności, która jest mi szczególnie bliska, a o której miałam okazję osobiście porozmawiać, zarówno z Nim, jak i z innymi. Mam tu na myśli lata, które spędził w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, gdzie od 1994 roku pełnił funkcję pierwszego sekretarza i radcy ds. polityczno-wojskowych.

Był on w tej grupie dyplomatów, która pod przewodnictwem ówczesnego Ambasadora RP w stolicy USA, Jerzego Koźmińskiego, przeprowadziła bezprecedensową w dziejach polskiej polityki za oceanem akcję, lobbując za przystąpieniem Polski do Paktu Północnoatlantyckiego. Handzlik i reszta korpusu dyplomatycznego przez długie miesiące bez wytchnienia pracowali nad tym, by przekonać amerykańskich kongresmenów, aby zagłosowali za rozszerzeniem NATO o państwa Europy Środkowej. Polscy dyplomaci odbyli setki spotkań, współpracowali z organizacjami tak amerykańskimi, jak i polonijnymi. Wysyłali też listy, zjechali najodleglejsze zakątki Ameryki. Dotarli wszędzie tam, gdzie było trzeba przekonywać o sprawie polskiej.

Czytaj całość: http://www.instytutobywatelski.pl/5960/blogi/republic-of-dominika/wdziecznosc

Zajmuje nas: społeczeństwo obywatelskie, demokracja, gospodarka, miasta, energetyka. Nasze motto to "Myślimy by działać, działamy by zmieniać".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka