Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski
334
BLOG

Witajcie i żegnajcie

Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski Polityka Obserwuj notkę 1

Anna Hucko*

Nieuzasadnione wydaje się podejście sugerujące konieczność otoczenia imigrantów specjalną opieką – nawet jeśli ogranicza się do sfery dyskursu publicznego

Francuski demograf, Michele Tribalat twierdzi, że 4 mln muzułmanów, które mieszkają we Francji (czyli ok. 6,4 proc. populacji) nie są w stanie zagrozić tradycjom laickiej Francji. Jego badania z 1995 roku, mimo iż postrzegane niekiedy jako nadmiernie generalizujące, wskazują przede wszystkim na wzrost liczby imigrantów, którzy używają w domach języka francuskiego zamiast ojczystego. Co więcej, maleje odsetek aranżowanych, nielegalnych małżeństw, rośnie zaś liczba małżeństw i nieformalnych związków mieszanych, również wśród młodych osób (z drugiego i trzeciego pokolenia imigrantów).

Głównym problemem wśród imigrantów jest oczywiście bezrobocie, znacznie większe wśród kobiet niż mężczyzn. W 2005 roku niepracujących kobiet urodzonych poza Francją było prawie dwa razy więcej (ponad 16 proc.) niż niepracujących Francuzek. W przypadku mężczyzn wygląda to podobnie – niepracujących imigrantów było ok. 13 proc.

Ponadto badani imigranci donoszą o trwałym poczuciu dyskryminacji. Tribalat odnotował wśród nich również znaczny odsetek osób, które mają problemy edukacyjne.

W kwestii różnic narodowościowych wśród imigrantów okazuje się, że np. Algierczycy w porównaniu do Marokańczyków charakteryzują się dużo mniejszym przywiązaniem do tradycji religijnych i są bardziej skłonni do sekularyzacji. Turcy natomiast wykazują dużo mniejszą skłonność do posługiwania się językiem francuskim w domu, sporadycznie wchodzą w interakcje ze społeczeństwem francuskim i nie zawierają związków małżeńskich z obywatelami Francji.

Większość badań społecznych, m.in. Kepela i Roya wskazuje na bardzo powolną adaptację i integrację imigrantów. Z drugiej strony – wyniki sugerują brak  głębokiego przywiązania do kraju pochodzenia, by można było sądzić, iż jest on główną przyczyną poważnych problemów adaptacyjnych i ekstremizmu islamskiego.

Mark J. Miller uważa, ze w latach 80-tych ryzyko naruszenia kulturowo-obyczajowego status quo było uznawane za jedno z największych zagrożeń ze strony imigrantów. Później, w połowie lat 90-tych, po powstaniu w Algierii i jeszcze później, po zamachach na WTC, charakter tego zagrożenia uległ zmianie. Społeczeństwa Europy Zachodniej zaczęły spodziewać się zagrożenia ze strony muzułmańskich imigrantów przede wszystkich w formie ataków terrorystycznych. I nie bez powodu.

W świadomości zbiorowej Francuzów zapisały się zamachy bombowe z 1995 roku, kiedy Khaled Kelkal, syn algierskich imigrantów, którzy sprowadzili się do Francji w połowie lat 70-tych, wysadził w powietrze stację metra Saint Michele i podłożył kilka innych ładunków, m.in. pod Łukiem Triumfalnym. Zginęło 8 osób, około 200 zostało rannych. Postrzeganie muzułmańskich imigrantów jako terrorystów siłą rzeczy znacznie się nasiliło. Wzajemną niechęć pogłębiły późniejsze zamieszki na przedmieściach Paryża, które nadal, co jakieś dwa lata, powodują znaczne straty materialne.

Do największych zamieszek doszło w 2005 roku, gdy imigrancka społeczność z Clichy-sous-Bois i Montfermeil na wieść o śmierci dwóch nastolatków, którzy ukryli się w stacji transformatorowej, próbując uniknąć policyjnej kontroli, zareagowała podpaleniem ok. 9 tys. samochodów i 200 budynków. Rząd zdecydował o wprowadzeniu stanu wyjątkowego. Skazano ok. 400 osób, sytuacja się uspokoiła. Niecałe dwa lata później dwóch nastolatków, również pochodzenia imigranckiego zginęło w wyniku zderzenia z samochodem policyjnym – ponownie wybuchły zamieszki, przynosząc kolejne straty.

W 2009 roku doszło do kolejnego wypadku – motocyklista, również imigranckiego pochodzenia, nie zatrzymał się do kontroli, uderzył w betonową barierkę i zmarł w drodze do szpitala. I znów doszło do zamieszek. Dwa lata później policja zatrzymała dwóch przedstawicieli Partii Pracujących Kurdystanu – organizacji uznanej przez UE i Stany Zjednoczone za terrorystyczną. Spotkało się to z niezadowoleniem mniejszości kurdyjskiej, która w podobny sposób wywołała kolejne, kosztowne zamieszki.

Opisane wyżej sytuacje pokazują eskalację złości, desperacji i sprzeciwu czy niezadowolenia, jakie wydaje się być wręcz cechą charakterystyczną przeciętnego imigranta. Pytanie, czy winnym tego niezadowolenia jest rząd kraju, do którego imigrant decyduje się przyjechać, czy sam imigrant?

Na odpowiedź składają się co najmniej dwie przyczyny. Pierwszą jest polityka imigracyjna – w przypadku Francji można zaryzykować stwierdzenie, że poszczególne rządy na własną prośbę ściągnęły sobie na głowę kłopoty. Drugą – retoryka imigracyjna i sposób postrzegania imigrantów, zarówno przez obywateli kraju, do którego przybywają, jak i przez nich samych.

Po drugiej wojnie światowej prawie wszystkie kraje Europy Zachodniej, ze względu na zapotrzebowanie na tanią siłę roboczą, zdecydowały się na przyjęcie imigrantów. Większość z nich przybywała do Francji nielegalnie, w związku z czym rząd francuski przeprowadził rutynową legalizację ich pobytu i w ten sposób rozwiązał problem.

W latach 70-tych ubiegłego wieku pojawiło się drugie pokolenie imigrantów. Legalizację ograniczono jedynie do wyjątkowych przypadków, ale w praktyce nie zrezygnowano z programów abolicyjnych. Dostrzeżono jednak wtedy problem zbyt dużej liczby imigrantów. W 1973 Niemcy zrezygnowały z polityki otwartych drzwi, inne kraje Europy Zachodniej ogłosiły się krajami zerowej imigracji. Od imigrantów oczekiwano, że wyjadą – jednak wyjechali tylko niektórzy. We Francji pozostali przeważnie obywatele krajów Afryki Północnej.

Kilka lat później ci ostatni zaczęli stanowić odrębne, widoczne grupy społeczne, których wielu członków nadal przebywało we Francji nielegalnie. W latach 1981-83 przeprowadzono kolejną abolicję – w program zaangażowano związki zawodowe i organizacje działające na rzecz imigrantów. Zalegalizowano w ten sposób pobyt 80 proc. ze 150 tys. ubiegających się o to osób. W efekcie we Francji pojawiły się kolejne rzesze nielegalnych imigrantów, którzy po cichu liczyli, że i ich pobyt zostanie rutynowo zalegalizowany.

Zaraz po zakończeniu zimnej wojny, w związku z politycznymi turbulencjami na Bliskim Wschodzie i w Afryce czy wojną w Jugosławii, do Europy Zachodniej napłynęła kolejna fala imigracji. Ta spotkała się już z co najmniej chłodnym przyjęciem. Społeczeństwa zachodnie były zmęczone obecnością imigrantów, którzy od samego początku wykazywali dość słabe zdolności adaptacyjne. Gdy pojawili się nowi przyjezdni, znaczny odsetek wśród nich stanowiły osoby ubiegające się o azyl polityczny. Wtedy też wzajemna niechęć osiągnęła dość wysoki poziom, w efekcie czego zdolności adaptacyjne nie miały szansy na widoczną poprawę.

Migracja stała się problemem politycznym – rządy zaczęły rezygnować z ułatwień proceduralnych, w zamian żądając wzmożonej kontroli granic oraz wprowadzając regulacje i obostrzenia, które napływ nowych imigrantów miały ograniczyć. Sytuacja zaczęła stabilizować się w drugiej połowie lat 90-tych. Kolejna fala pojawiła się wraz z globalizacją gospodarczą. Według danych OECD w roku 2000 do Europy Zachodniej przybyło łącznie ok. 2 mln nowych osób, 4 lata później już prawie 3 mln.

Dziś we Francji liczba imigrantów utrzymuje się na w miarę stałym poziomie. Pojawia się wręcz tendencja malejąca. 60 proc. wszystkich imigrantów to osoby przyjeżdżające do Francji w wyniku łączenia rodzin. Ekonomiści zgodnie twierdzą, że nie ma jednoznacznych wyników świadczących o pozytywnym bądź negatywnym wpływie imigrantów na gospodarkę kraju.

W miarę pogarszania się sytuacji i rosnącego zagrożenia ze strony imigrantów (po zamachach z 1995 i po ataku na WTC, gdy okazało się, że wiele osób związanych z Al-Kaidą przebywało we Francji), zaostrzono politykę imigracyjną. W latach 2005-06 za sprawą Nicolasa Sarkozy’ego, wówczas ministra spraw wewnętrznych,  uruchomiono procedurę indywidualnego rozpatrywania spraw osób nielegalnie przebywających na terenie Republiki. Zwiększono również liczbę nakazów deportacji oraz zrezygnowano ze stosowania przepisów legalizujących pobyt po 10 latach przebywania we Francji. We wrześniu 2011 roku Sarkozy, już jako prezydent, wprowadził zakaz odprawiania modłów poza miejscami kultu.

Wśród imigrantów narasta niezadowolenie. Obecnie to religia stanowi jeden z bardziej problematycznych czynników adaptacji – wyznacza oś, wokół której kształtuje się stosunek do gospodarki, rozwoju i miejsca w społeczeństwie. Pojawia się problem przenoszenia emblematów ze sfery prywatnej, jaką jest religia, do sfery publicznej, co w laickiej Francji jest trudne do zaakceptowania.
Społeczeństwa zachodnie nie mają wyboru – muszą zaakceptować to, że muzułmanie, którzy zdecydowali się żyć wśród nich, będą żyć w sposób dość ekspansywny. Mechanizm nie zadziałał w drugą stronę – imigranci nie pomyśleli, że skoro decydują się na życie w laickim kraju, to oznacza, że ich życie religijne ulegnie pewnym zmianom.

Co więcej: społeczeństwa, które tego bardziej ekspansywnego stylu życia nie akceptują, są oskarżane o brak tolerancji, dyskryminację mniejszości, odmowę prawa do wolności wyznania. Nie mogą sobie na to pozwolić, bo są to zasady panujące w przestrzeni euroatlantyckiej. Kiedy więc Sarkozy deportuje Romów, mówimy, że to niepoprawne politycznie, a nie, że Romowie nie radzą sobie we Francji.

Do tego dochodzi jeszcze przekonanie o poczuciu winy za okres kolonizacji, obecne w społeczeństwach europejskich, które nakazuje im pewnego rodzaju spłacanie długu. Pokolenia, które miały dług do spłacenia, już dawno nie żyją, zaś pokolenia imigrantów, które teraz żyją m.in. we Francji, z powodu kolonizacji bezpośrednio nie ucierpiały.

Historia nigdy nie była sprawiedliwa, jak pisze David Landes w pracy „Bogactwo i nędza narodów“ – nie naszą więc rolą jest wyrównywanie rachunków, strzelając sobie tym samym w stopę. Stąd też nieuzasadnione wydaje się podejście sugerujące konieczność otoczenia imigrantów specjalną opieką – nawet jeśli ogranicza się do sfery dyskursu publicznego.

Gdy więc na konferencji naukowej na jednej z warszawskich uczelni wyższych poświęconej problemowi imigrantów, którzy nielegalnie przedostawali się na włoską Lampedusę po arabskiej wiośnie, pojawia się stwierdzenie „we have to take them“, mamy do czynienia z pewnego rodzaju szkodliwym protekcjonalizmem podszytym brakiem poważnego traktowania imigranta. Traktowania go jako człowieka – obywatela jednego z krajów świata, odpowiedzialnego za własny los, podejmującego decyzje i odczuwającego ich konsekwencje. Z drugiej jednak strony, biorąc pod uwagę roszczeniowy stosunek do rzeczywistości, wydaje się, że przeciętnemu imigrantowi brak poważnego traktowania nie doskwiera.

Zamykamy się w błędnym kole i czekamy, aż kolejny po Khaledzie Kelkalu i Mohamedzie Merahu, który pod koniec marca tego roku w Tuluzie dopuścił się jednego z najokrutniejszych zamachów terrorystycznychw historii Francji, niezadowolony imigrant podłoży bombę lub zacznie strzelać do dzieci w imię Allaha lub innego boga.

Jedyny dług, jaki teraz państwa takie jak Francja mają do spłacenia – to poczucie bezpieczeństwa, które należy się jej obywatelom. Zgadzam się z Orianą Fallaci, która poświęciła życie walce z rozbuchaną obecnością mniejszości muzułmańskiej w Europie, w jednej kwestii. Otóż niezależnie od tego, jakie są przyczyny napięć między cywilizacją islamu a cywilizacją euroatlantycką, nie możemy pozwolić na to, by we własnym kraju czuć się jak pod ostrzałem.

*Anna Hucko – absolwentka Studiów Strategicznych Collegium Civitas, w trakcie otwierania przewodu doktorskiego (praca doktorska dotycząca postrzegania elit i działania mechanizmów współczesnych rewolucji), autorka kilkudziesięciu publikacji prasowych

Zajmuje nas: społeczeństwo obywatelskie, demokracja, gospodarka, miasta, energetyka. Nasze motto to "Myślimy by działać, działamy by zmieniać".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka