Wśród przemian po roku 1989, szkolnictwo wyższe to jednocześnie jeden z największych sukcesów i jedna z największych porażek.
Sukcesem jest ogromny wzrost liczby uczelni i studentów. Już mało kto pamięta, z jak nędznego poziomu startowaliśmy: w PRL wyższe studia miało SIEDEM procent dorosłych, podczas gdy średnia europejska wynosiła 30! Po dwudziestu latach te różnice właściwie przestały istnieć. A więc tempo zmian było o wiele szybsze, niż w gospodarce.
Tak nagłemu rozwojowi ilościowemu musiały towarzyszyć rozmaite skutki negatywne, a głównie przejściowe obniżenie średniego poziomu nauczania. Gdy studentem był co czternasty dorosły człowiek, to przeciętny student był społeczną elitą. Gdy studentem jest co trzeci maturzysta – z oczywistych powodów termin „elita” przestaje mieć zastosowanie.
Jednak skutki negatywne nie sprowadzają się tylko do spadku średniego poziomu studiów. Wiele nowych uczelni to przedsięwzięcia z pogranicza hucpy i oszustwa, w którym obie strony biorą udział z mniejszą lub większą premedytacją. Rynek z pewnością kiedyś odsieje te najgorsze, ale nie znaczy to, że należy nic nie robić i tylko biernie czekać, aż się to stanie.
Co gorsza, stare i renomowane uczelnie (jak choćby Uniwersytet Jagielloński) bardzo opieszale dostosowują się do kapitalizmu. W PRL największą wadą wyższych uczelni był nikły związek teorii z praktyką i z potrzebami gospodarki. Uczelnie produkowały rzesze archeologów śródziemnomorskich, psychologów, etnografów – kompletnie nie przejmując się tym, ilu takich absolwentów ma szanse znaleźć pracę w swoim zawodzie.
Po drugie, nawet absolwenci kierunków, na które było duże zapotrzebowanie, mieli w głowach mnóstwo teoretycznej wiedzy (często przestarzałej), ale minimalne lub wręcz zerowe umiejętności praktyczne. Pod tym względem zmieniło się bardzo niewiele, o czym m.in. napisał prezes ZUS Andrzej Klesyk.
Na ten list natychmiast zareagowała minister nauki Barbara Kudrycka. Wiem, że to trochę głupio chwalić za coś, co powinno być oczywistością, ale mimo wszystko Kudryckiej należy się pochwała za to, że zareagowała rzeczowo. Przyznała, że to problem. Zapowiedziała „okrągły stół” z udziałem pracodawców i rektorów uczelni, a zarazem ogłosiła, że da po milionie złotych tym uczelniom, które wymyślą najlepszy sposób na dostosowanie programu studiów do potrzeb rynku.
Wszyscy jednak musimy zdawać sobie sprawę z tego, że od ministra najmniej tu zależy. Zmiany powinni wymuszać wszyscy bezpośredni uczestnicy tej gry: pracodawcy, rektorzy i studenci.
Prezes PZU narzeka, że uczelnie nie przygotowują absolwentów do pracy. A czy PZU próbowało wpływać na sposób kształcenia studentów? Nie czepiam się tu tego prezesa i tej firmy, traktuję to jako przykład.
Charakterystyczna jest też reakcja prorektora ds. dydaktycznych UJ, prof. Andrzeja Mani: „Gdzie ci head hunterzyz wielkich korporacji? Nie widzę ich na mojej uczelni”? A próbował ich jakoś przyciągnąć, czy tylko czeka, aż sami przyjdą?
Potrzebę zmian muszą też czuć sami studenci, zwłaszcza ci, którzy płacą za studia. Często trudno mi powstrzymać politowanie, gdy widzę studentów, którzy potulnie płacą grubą forsę za to, że studiują byle gdzie, byle co i w ogóle nie zastanawiają się, czy poza papierkiem coś im to da. Mam wtedy ochotę założyć Wyższą Szkołę Brania Kasy od Naiwnych i ogłosić się jej rektorem.
*Jan Zadowolony - człowiek, który jest zadwolony, że żyje w Polsce. Autor bloga "Jest dobrze".
Tekst opublikowany na: www.intytutobywatelski.pl .



Komentarze
Pokaż komentarze (4)