Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski
415
BLOG

Po debacie Sarkozy-Hollande: Remis ze wskazaniem

Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski Polityka Obserwuj notkę 0

Jacek Kubiak*

 
 
 
 

Socjalista François Hollande, na cztery dni przed decydującym starciem, wciąż jest faworytem. Sondaże, i to od wielu miesięcy, dają mu od 6 do 10 punktów przewagi nad ustępującym prezydentem Nicolasem Sarkozym.

Czy wczorajsza debata telewizyjna zmieniła zasadniczo układ sił?

Hollande pokazał Francuzom, że ma prezydencki format i siłę oddziaływania. A był to główny cel socjalisty, którego Sarkozy atakował do tej pory właśnie jako niezdolnego do sprawowania monarszej niemal władzy francuskiego prezydenta. Ten mit w środę wieczorem upadł, a telewizyjna debata przechyliła, zapewne bezapelacyjnie szalę na korzyść Hollanda.

Sarkozy był raczej w defensywie, co mogło trochę razić Francuzów, przyzwyczajonych do nadpobudliwości ustępującego prezydenta. Zgoda, znał liczby, którymi rzucał na lewo i prawo. Potwierdził, że Niemcy są dla niego – niedoścignionym jednak – wzorem. Pokazał tym samym, że – gdyby starał się o fotel kanclerza – miałaby spore szanse. Tyle, że nie to było stawką wczorajszej debaty.

Sarkozy potwierdził też, po raz kolejny zresztą, swoją nerwowość i niespożytą energię. Udało mu się jednak trzymać swoją impulsywność na wodzy, co jest zaletą, tyle, że o wątpliwej sile oddziaływania. Problem w tym, że przychodziło mu to z wyraźną trudnością, co już zaletą nie jest.

Debata pokazała, że problem Sarkozy’ego nie polega jednak na tym, iż pomylił on wybory, albo, że ma jakieś intelektualne słabostki. Główny grzech kandydata prawicy to brak świeżości. Ale najważniejszą przeszkodą do powrotu obecnego prezydenta do Pałacu Elizejskiego okazał się zdeterminowany i kompetentny przeciwnik. Można Hollandowi zarzucać jego tradycyjne socjalistyczne poglądy na gospodarkę i społeczeństwo, ale nie można już bez wyraźnej demagogii odmówić mu prezydenckich sznytów.

Pojedynek na liczby nie mógł Francuzów przekonać do racji któregokolwiek z kandydatów, gdyż był zbyt hermetyczny. Przeciętny Francuz nie wie, ile miliardów długu ciąży na Francji. Wie zaś, co oznacza różnica 300 euro w jego budżecie, a szczególnie w portfelu bezrobotnego. A to zgrabnie wykorzystał Hollande przeciwstawiając powodzi danych liczbowych Sarkozy’ego te skromną, ale doskonale wyobrażalną dla Francuza sumę. Prawicowi ekonomiści mogą teraz łapać się za głowy i wykazywać błędy w rachunku Hollanda. Nie będzie to miało większego znaczenia dla przeciętnego Francuza, który pójdzie w niedziele do lokalu wyborczego.

Sarkozy stracił dodatkowe punkty, gdy dokonał słownego lapsusu zrównując nielegalną imigrację z muzułmanami. Być może było to pociągnięcie zamierzone, mrugnięcie okiem w stronę wyborcy z Frontu Narodowego Marine Le Pen. Jednak Hollande znów doskonale wykorzystał sytuację przyparł przeciwnika do muru zostawiając samym telewidzom ocenę czy była to intelektualna wpadka, czy też przejęcie haseł ekstremalnej prawicy.

Kropkę nad i postawił sam Sarkozy kończąc debatę. Arytmetyka wyborcza zmusiła go do apelu do wyborców Marine Le Pen i centrysty Françoisa Bayrou. Jednak apel ten był zbyt wyraźny. Sarkozy niepotrzebnie wymienił z nazwiska obu polityków sugerując feudalną zależność tych elektoratów, od której wzbraniają się tak Le Pen, jak i Bayrou.

Taki apel nie mógł trafić do serc. Zbyt wyraźnie prosząc o wsparcie nacjonalistycznej prawicy i centrum Sarkozy podkreślił również swoją wielką słabość – osamotnienie na francuskiej scenie politycznej. Właśnie te drobiazgi, a nie wyższość jednego z projektów politycznych, sprawiają, że niedzielne wybory można uznać za przesądzone.

Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl

Zajmuje nas: społeczeństwo obywatelskie, demokracja, gospodarka, miasta, energetyka. Nasze motto to "Myślimy by działać, działamy by zmieniać".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka