Oto problem Grecji: im bardziej oszczędza, tym bardziej nie może spłacać swoich długów
„Im bardziej Puchatek szukał Prosiaczka w domu, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”. Oto dylemat Grecji: im bardziej oszczędza, tym bardziej nie może spłacać swoich długów. Każda kolejna próba, aby Grecję zmusić do oddania długu, powoduje kurczenie się greckiego PKB, zwiększenie bezrobocia i pozbawia kolejne rzesze Greków siły nabywczej. Siły, która mogłaby nakręcić koniunkturę. Kto ma inwestować w kraju, gdzie przedsiębiorstwa są niewypłacalne, płace realne cały czas spadają i coraz więcej ludzi jest bezrobotnych, więc też nie może konsumować.
Oto różnica między Grecją i pozostałymi krajami strefy euro, które odnotowują wzrost kosztów obsługi długów, jak Portugalia, Hiszpania i Włochy. Tam wzrost kosztu obsługi długu powoduje jedynie, że rządy muszą większą niż dotąd część swego budżetu poświęcić na obsługę tego długu i oszczędzać gdzie indziej. Jednak nie grozi im z tego powodu bankructwo.
Nikt za to nie wątpi, że Hiszpania, Portugalia i Włochy za 5 albo 10 lat będą w stanie opłacić straż pożarną, policję, wojsko i pensje urzędników. Grecja nie może tego robić bez transferów od innych krajów; jej długi wielokrotnie przekraczają wszelkie dochody z eksportu. Dlatego grecki budżet w ostatnich miesiącach był całkowicie uzależniony od przekazów od innych członków strefy euro. Banki posiadające greckie obligacje już spisały 80 proc. greckich długów na straty. Teraz dojdzie jeszcze 20 proc.
To, że kraj, którego gospodarka się kurczy nie będzie w stanie spłacić swoich długów, było wiadome od początku. Kilka tygodni temu niemiecki komentator telewizyjny robił furorę ogłaszając, że Grecja zbankrutuje po wyborach we Francji. Cały wysiłek Merkel i Sarkozy’ego aby uratować Grecję przed bankructwem miał być, według niego, podyktowany chęcią uniknięcia przegranej Sarkozy’ego w wyborach prezydenckich.
Francuskie banki mają nieco więcej greckich obligacji niż niemieckie – upadek Grecji i kłopoty francuskich banków łatwo mogłyby pogrążyć Sarkozy’ego. Teraz i tak przegrał, a wobec wygranej Hollande’a, który sprzeciwia się polityce Merkel, kanclerz Niemiec nie ma już powodu, aby chronić francuskie banki. Europejski Fundusz Ratunkowy starczy, aby stabilizować poziom odsetek, jakie Hiszpania i Portugalia muszą płacić za nowe obligacje. Grecja nie jest zaraźliwa. Jeśli upadnie, szkody dla innych można kontrolować.
Kiedy piszę te zdania, jeden z głównych programów holenderskiej telewizji jest niemal w całości poświęcony temu, co się stanie po bankructwie Grecji. Rok temu było to niewyobrażalne. Teraz jest to wręcz wymarzony scenariusz, który kończy tę niekończącą się historię. Ale co to oznacza dokładnie?
Bez transferów z zewnątrz grecki rząd nie będzie już w stanie wypełniać swoich zobowiązań wobec obywateli: świadczeń społecznych czy wynagrodzeń dla urzędników. Można temu zapobiec tylko w jeden sposób: występując ze strefy euro i wprowadzając swoją własną walutę, którą rząd grecki, nie oglądając się na nikogo, może dowolnie, i bez ingerencji z zewnątrz, drukować. To spowoduje wysoką inflację i natychmiastowy spadek kursu drachmy.
A to z kolei nakręci grecki eksport i dramatycznie zahamuje import – towary z zagranicy będą pewnie kilkakrotnie droższe niż dotąd, a dochody Greków zostaną odpowiednio zredukowane.
Grecja zapewne nie będzie mogła liczyć na kredyt zagranicznych rynków kapitałowych, ale stanie się atrakcyjnym miejscem nowych inwestycji zagranicznych, które będą mogły korzystać z relatywnie niskich płac. Mieszkańcy Hellady będą zarabiać, licząc w euro, o wiele mniej niż dotąd, ale daje to też szansę na redukcję bezrobocia. Z kolei urlop w Grecji będzie nas – turystów spoza Grecji – kosztować ułamek tego, co obecnie.
Duża część europejskiej lewicy domaga się opisanego wyżej scenariusza, wskazując na rosnącą biedę w Grecji. Dotychczasowa polityka zubożała szerokie warstwy, aby chronić dochody zagranicznych banków. Nowa polityka jest nieco mniej korzystna dla zagranicznych banków, które tracą 100 zamiast 80 proc swoich greckich aktywów, ale też spowoduje redystrybucję dochodów wewnątrz Grecji. Czyli: tracą obywatele, którzy mają oszczędności w kraju, zyskują ci, którzy w porę wywieźli swoje oszczędności zagranicę i trzymają tam oszczędności w obcych walutach.

Po wprowadzeniu drachmy ich oszczędności nadal będą warte tyle, co przedtem. Tracą też krajowi właściciele nieruchomości, a zyskują albo zachowują swój stan posiadania ci, którzy inwestowali zagranicą. Sprawiedliwiej więc nie będzie. Więcej: jeśli grecki rząd kiedykolwiek będzie chciał emitować obligacje, to i tak musi wprowadzić reformy, które jego obywateli tak wściekły w ostatnich miesiącach – będzie miał na to nieco więcej czasu. Bo ktoś musi w końcu kupić obligacje, a rynki finansowe uczynią tak tylko wtedy, kiedy będą przekonane, że za te obligacje sfinansują inwestycje generujące dochody. Dochody, które umożliwią spłacenie długu z odsetkami, a nie zasilą budżet domowy emerytów i urzędników.
Główny problem nie polega więc na tym, co się stanie, lecz na tym, jak to coś przeprowadzić. Wprowadzenie drachmy w obecnych warunkach wymaga czegoś w rodzaju stanu wyjątkowego po to, aby zamknąć granice i powstrzymać Greków od wywiezienia pieniędzy z kraju. Po to, aby powstrzymać ich od szturmowania banków, aby zapobiec rozruchom. I po to, aby banki i przedsiębiorstwa powstrzymać od przekazywania aktywów zagranicę.
W tej chwili nie widać nikogo, kto miałby wystarczająco dużo autorytetu w Grecji, aby taką operację przeprowadzić skutecznie. Nie ma polityka ponad podziałami, który mógłby – choć na krótko – wystąpić w roli zbawcy narodu i podporządkować sobie policję, wojsko na tyle, aby przez kilka dni lub tygodni rządzić z naruszeniem konstytucji. Pucz bez poparcia społecznego i bez zaplecza łatwo może się przerodzić w wojnę domową.
Ale nawet pucze z poparciem społecznym i przy asyście sił zbrojnych mają tendencję, aby się przerodzić w długotrwałą dyktaturę: z powodu oporu albo z przyczyny, że „raz zdobytej władzy oddaje się niechętnie”. Przy takim scenariuszu Grecji groziłyby dodatkowo sankcje UE – utrata praw członkowskich i funduszy. Wtedy pozostali członkowie UE mieliby też pretekst do przywrócenia kontroli granicznych i zahamowania wzmożonej, na skutek dewaluacji drachmy imigracji z Grecji. Wtedy też Grecja byłaby mniej więcej tam, gdzie Serbia znajdowała się w ostatnich latach.
Co jeszcze by się zmieniło? Raczej niewiele. Być może na krótki okres obniżyłby się kurs euro. Być może Hiszpania, Portugalia i Włochy miałyby kłopoty ze sprzedażą swoich obligacji. Ale kto na świecie może na dłuższą metę skutecznie spekulować przeciwko EBC, Funduszowi Ratunkowemu i budżetom Niemiec i Francji?
W Polsce mielibyśmy więcej greckich restauracji, założonych przez greckich imigrantów i pracowników oraz dużo ofert bardzo tanich wakacji w Grecji. Działy nabiału w supermarketach byłyby opanowane przez greckie produkty i nikt w UE nie eksportowałby już nic do Grecji. Być może nawet greccy nacjonaliści przestaliby nienawidzić Niemców, bo w miejsce biurokratów i polityków, dyktujących greckim rządom politykę gospodarczą, przyjeżdżaliby niemieccy turyści i wydawaliby u nich pieniądze.
Dla UE i strefy Schengen taki obrót spraw skłoniłby na pewno państwa członkowskie do zmiany traktatów tak, aby w przyszłości umożliwić wystąpienie z Unii Gospodarczo-Walutowej bez wystąpienia z UE. Obecnie jest to prawnie niemożliwe, choć z drugiej strony państwa członkowskie UE i członkowie strefy euro są państwami suwerennymi, więc mogą wystąpić i wbrew temu prawu. Przydadzą się też bardziej szczegółowe zapisy regulujące bankructwa państw strefy euro.
To wszystko stanowić będzie wstrząs dla UE i dla Grecji – ale skutki będą bardzo ograniczone, a w przypadku Grecji mogą się okazać wręcz zbawienne. Zamiast coraz głębiej pogrążać się w spirali cięć budżetowych, recesji i radykalizacji sceny politycznej, Grecja uzyska nową perspektywę: nowy początek poza strefą euro, z możliwością powolnego podniesienia się, a nie coraz szybszy upadek, który miał miejsce w ostatnich latach.
Jeśli Grecja pozostałaby w UE, to zachowałaby też prawo do funduszy strukturalnych. A tu tkwi kolejna słodka tajemnica, gdyż transfery z Brukseli nadał liczono by w euro, ale dzięki drastycznej dewaluacji drachmy w stosunku do euro byłyby wielokrotnie więcej warte. Albo inaczej: nawet gdyby UE obniżyłaby transfery, to i tak Grecja dostałaby – licząc w drachmach – o wiele więcej niż dotąd.
Czy Francois Hollande to właśnie miał na myśli, kiedy mówił o tym, że Europa potrzebuje mniej oszczędności i więcej wzrostu? Po wyjściu Grecji ze strefy euro jedno i drugie będzie możliwe. Tylko szkoda, że tak późno.
*Prof. Klaus Bachmann – politolog, publicysta, wykłada w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej



Komentarze
Pokaż komentarze (15)