Jacek Protasiewicz*
Jeśli wybory na Ukrainie będą przeprowadzone w sposób demokratyczny i uczciwy, to drzwi do Europy powinny być nadal otwarte dla Ukrainy – z Jackiem Protasiewiczem, wiceprzewodniczącym PE rozmawia Jarosław Makowski
Jarosław Makowski: Jak to się stało, że w najgorętszym sporze o Julię Tymoszenko, do której dostępu strzeże prezydent Janukowycz, udało się panu z byłą premier spotkać i porozmawiać?
Jacek Protasiewicz: To spotkanie odbyło się na wyraźne życzenie premiera Donalda Tuska. Konsultowałem z nim decyzję, czy mam przyjąć zaproszenie skierowane przez stronę ukraińską do udziału w Dniach Europy w Kijowie. Premier powiedział: „Zgoda, ale wystąp też o spotkanie z Julią Tymoszenko”.
I premier, i ja chcieliśmy wiedzieć, w jakim stanie zdrowia znajduje się była premier Ukrainy. Ale, co równie ważne, intencją było wysłanie jasnego sygnału do społeczeństwa ukraińskiego, że partnerem dla Europy i instytucji europejskich nie jest tylko obecna władza, ale również opozycja. Mój wniosek został rozpatrzony bardzo szybko i pozytywnie. Stworzono mi warunki do długiej, półtoragodzinnej rozmowy. Żaden polityk wcześniej nie miał takiej możliwości.
Czy szybka odpowiedź Kijowa to przejaw dobrej woli prezydenta Janukowycza, by zmienić swoje decyzje i sposób traktowania byłej premier Ukrainy? I, szerzej, wobec opozycji?
Formalnie zgoda przyszła ze strony prokuratora generalnego, ale wiadomo, że musiała zostać wyrażona akceptacja na wyższym szczeblu. Myślę, że była to zarówno demonstracja otwartości, jak i przejaw dobrej woli w stosunku do polskiego premiera. I Polski.
Polska, na szczęście, w oczach Ukraińców ma cały czas tę specjalną rolę krytycznego, ale jednak życzliwego przyjaciela. A przyjacielowi się nie odmawia. Nawet dostępu do tak strzeżonych do tej pory osób, jak była premier Tymoszenko.
Jaki jest jej stan zdrowia?
Wygląda na bardzo zmęczoną i cierpiącą. Całą półtoragodzinną rozmowę ze mną odbyła leżąc na dosyć wąskiej, szpitalnej kozetce. W zasadzie nie poruszając ciałem poza gestykulacją rękoma. Po jej twarzy widać, że jest to osoba bardzo chora.
Musieliście rozmawiać o bojkocie Euro 2012, gdyż mistrzostwa ogniskują w sobie także kluczowe problemy polityczne Ukrainy. Jak Tymoszenko postrzega obecny spór o mistrzostwa Europy w piłce nożnej?
Rozgranicza wyraźnie dwie kwestie. Pierwsza to wzywanie do odebrania Ukrainie organizacji meczów, co proponował Jarosław Kaczyński, czy też pomysły bojkotu przez drużyny piłkarskie albo całe grupy kibiców. Takie pomysły uważa za złe i szkodliwe dla Ukrainy jako państwa i Ukraińców, jako społeczeństwa. Z aprobatą odnosi się natomiast do pomysłu ograniczonej obecności polityków zachodnioeuropejskich na meczach Euro 2012, a zwłaszcza uczestniczenia w oficjalnych imprezach organizowanych z tego tytułu przez obecne władze. Czy też pokazywania się europejskich polityków w lożach honorowych tuż obok czołowych przedstawicieli władz ukraińskich.
Kampania i wybory nastąpią zaraz po zakończeniu Euro 2012. Tymoszenko twierdzi, że zdjęcia telewizyjne i prasowe z takich sytuacji będą wykorzystywane w kampanii wyborczej przez obóz rządzący. Tym bardziej, że stawką w nadchodzących wyborach jest przyszłość relacji ukraińsko-europejskich. A dzięki tym fotografiom z europejskimi politykami obecna władza będzie chciała przekonać wyborców, że nie ma żadnego problemu w relacjach z Unią. A to jest nieprawdą.
Dziś zasadnicze wyzwanie polityczne, także dla Polski, sprowadza się do kwestii: jak zbliżyć Ukrainę z Unią? Paradoksalnie czas, kiedy było to stosunkowo łatwe, czyli zaraz po Pomarańczowej Rewolucji, minął bezpowrotnie. Czy Unia ma dziś pomysł, jak przyciągnąć do siebie Kijów w dużo gorszych warunkach politycznych i ekonomicznych?
Ten pomysł ciągle jest w trakcie wypracowywania, bo sytuacja jest dynamiczna. Inaczej sprawy miały się jeszcze rok temu, a inaczej wyglądają dzisiaj – po skazaniu Julii Tymoszenko i Jurija Łucenko, ministra spraw wewnętrznych z jej rządu. Jedno nie ulega wątpliwości: w pisaniu tej strategii kluczowy jest głos Polski.
Jaka jest nasza propozycja?
Zalecamy ostrożne, racjonalne, pozbawione emocji podejście do Ukrainy.
Jak to przełożyć na praktykę polityczną?
Musimy domagać się uwolnienia byłych ministrów oraz Julii Tymoszenko. Powinniśmy jednak mieć świadomość, że kluczowe dla europejskiej przyszłości Ukrainy będą rzeczone wybory. Jeśli będą one przeprowadzone w sposób demokratyczny i uczciwy, to drzwi do Europy powinny być nadal otwarte dla Ukrainy. Jeśli zaś obecna władza posunie się do manipulacji wyborczych, to tylko potwierdzi, że rezygnuje ze ścieżki integracji europejskiej. Zatem musimy się bardzo uważnie przyglądać i kampanii, i ostatecznej rozgrywce wyborczej.
Sęk w tym, że Janukowycz może celowo sfałszować wybory, żeby następnie budować taki oto przekaz kierowany do Ukraińców: „Zobaczcie, Europa nas nie chce, więc nie mamy wyjścia, musimy bratać się z Moskwą”.
Odbyłem wiele rozmów w Kijowie poświęconych temu dylematowi. Mam dwa wnioski z tych dyskusji. Pierwszy: dziś elity ukraińskie na serio dyskutują, która integracja byłaby korzystniejsza dla Ukrainy: czy z Unią Europejską, czy z Unią Euroazjatycką. Póki co przeważa opinia, że kierunek zachodnioeuropejski jest korzystniejszy. Głównie ze względów gospodarczych, bo zarówno zwykli Ukraińcy, jak i oligarchowie ze swoimi interesami w dużo większym stopniu czerpią profity z wymiany gospodarczej z Zachodem. Co więcej, osobiste relacje pomiędzy Władimirem Putinem i Wiktorem Janukowyczem nie są dobre. Nie jest więc tak, iż Moskwa ma większą niż Bruksela moc przyciągania Kijowa, czy to ze względów kulturowych, historycznych, czy w końcu ekonomicznych.
I wniosek drugi: choć my chcemy Ukrainy w Unii, to nie możemy jej przyjąć do Wspólnoty z wszystkimi wadami systemu politycznego, który dziś widać gołym okiem. Zarówno elity polityczne w Kijowie, jak i Ukraińcy muszą wiedzieć, że stowarzyszenie z Unią Europejską, czyli początek drogi do przyszłej integracji, musi oznaczać zmiany w prawodawstwie gospodarczym, ale też w systemie politycznym i politycznej kulturze.
Co konkretnie należałoby poprawić?
Zasada jest prosta: skoro jakieś państwo chce przystąpić do organizacji międzynarodowej, w tym przypadku Unii Europejskiej, musi przyjmować te standardy, które obowiązują we Wspólnocie. Jednym z nich powinna być zmiana prawa karnego, żeby za decyzje polityczne podejmowane w czasie pełnienia funkcji publicznych ponosić odpowiedzialność w pierwszej kolejności polityczną, a dopiero w drugiej kolejności karną. O ile zachodzi podejrzenie, że w wyniku podjętych decyzji polityk osiągnął korzyść osobistą.
Czy rzeczywiście głos Polski jest na tyle mocny, że przebija się on do szerokiej opinii publicznej na Ukrainie? Rozumiem, że Warszawa broni zasad demokratycznego państwa prawa. I dla nas nie jest ważne, kto dziś jest więziony. Ważne jest, że karanie przeciwnika politycznego więzieniem w liberalnej demokracji jest nieakceptowalne…
Mam wrażenie, że – mówiąc całkiem szczerze – Ukraińcy raczej nie rozumieją, że Polska broni zasad. A dzieje się tak, gdyż strony sporu politycznego na Ukrainie nam w tym nie pomagają. Obecny rząd ma skłonność przedstawiania naszych argumentów jako mieszanie się w wewnętrzne sprawy ukraińskie po stronie Julii Tymoszenko. Z kolei opozycja koncentruje swoją uwagę głównie na uwolnieniu byłej premier, co jest nawet zrozumiałe, bo to ciągle prawdziwy przywódca opozycji.
Nawet obecny przewodniczący zjednoczonych sił opozycyjnych, niebędący zresztą z partii Julii Tymoszenko, pan Jaceniuk, mówił mi, że wolności i demokracji na Ukrainie nie da się oddzielić od sprawy Julii Tymoszenko. Dlaczego? Jej uwięzienie wraz z byłymi ministrami jest tylko wierzchołkiem góry lodowej czegoś, co oni nazywają dryfowaniem Ukrainy w stronę rządów autorytarnych.
Czy stawianie dziś na Ukrainę jako przyszłego członka Unii nie przypomina wysiłku Syzyfa? Liderzy Pomarańczowej Rewolucji zmarnowali niemal wszystkie szanse na pozytywne zmiany, jakie przyniosło im zwycięstwo przed laty. Prezydent Janukowycz nie jest demokratą z krwi i kości. Problem Ukrainy polega na tym, że nie ma w Kijowie alternatywnej elity, która byłaby spoza „starego układu politycznego”. Elity wolnej od plemiennych sporów politycznych, które sprowadzają się albo do rewanżu, albo do „zbijania wielkich majątków”. Kto miałby na Ukrainie zbudować zdrowe fundamenty liberalnej demokracji?
W niemalże każdym kraju Partnerstwa Wschodniego obserwujemy analogiczny problem. Nie jest to przypadek wyłącznie ukraiński. To jest oczywiście przykra konstatacja, bo strasznie utrudnia przekonywanie partnerów wewnątrzunijnych do sensowności polityki wschodniej, obliczonej na oferowanie tym państwom perspektywy członkostwa.
Ale chcę powiedzieć: te ułomności nie powinny nas zwalniać z obowiązku robienia wszystkiego, aby te standardy unijne w każdym wymiarze przesuwać jak najbardziej na Zachód. To jest jedyny dzisiaj pomysł na to, by uniknąć powrotu do dwóch bloków na kontynencie europejskim, wrogo do siebie nastawionych. A w naszym, polskim interesie, leży to w szczególności.
Na stronie Instytutu Obywatelskiego opublikowaliśmy rozmowę z ukraińskim pisarzem, Jurijem Andruchowyczem. I Andruchowycz jasno mówi: by wspierać demokrację, Polska powinna wspierać społeczeństwo obywatelskie. Czy mamy pomysł, jak wspierać to rodzące się w bólach społeczeństwo obywatelskie na Ukrainie?
Obserwacja zbliżających się wyborów to zadanie krótkoterminowe. I jestem przekonany, że wykonamy je dobrze: jako polscy politycy, jako dyplomaci, i jako przyjaciele Ukrainy.
Wspieranie społeczeństwa obywatelskiego zaś to proces długofalowy. Ale z rozmów, które przeprowadziłem w polskim ministerstwie spraw zagranicznych wiem, iż świadomość konieczności większego wsparcia dla rozwoju organizacji pozarządowych i społeczeństwa obywatelskiego na Ukrainie jest już mocno zakorzeniona. I staje się jednym ze strategicznych elementów polityki wobec Ukrainy.
*Jacek Protasiewicz – wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, europoseł Platformy Obywatelskiej, przewodniczący delegacji Parlamentu Europejskiego ds. relacji z Białorusią
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl
Komentarze
Pokaż komentarze (1)