Jarosław Makowski*
Warszawa potrzebuje siły Berlina. Ale Berlin potrzebuje entuzjazmu Warszawy. Dla dobra całej Unii
1.
Unia Europejska znajduje się w zbyt głębokim kryzysie ekonomicznym, politycznym i społecznym, by sądzić, że przed rozpadem może uratować ją silne przywództwo dwóch czy nawet trzech państw. Dokładnie ten typ myślenia o przywództwie, realizowany do tej pory przez duet określany mianem Merkozy, nie uchronił Unii przed obecnymi kłopotami: stagnacją gospodarczą, kryzysem fiskalnym i – co kluczowe – masowym bezrobociem wśród młodych.
A jednak i dziś czytamy w czołowych gazetach europejskich, że Unią może – choć bez miłości, ale za to z rozsądku – zawiadywać nowy duet, okrzyknięty już przez komentatorów jako Merkollande. Jasne, że Pani kanclerz nie pała miłością do nowego prezydenta Francji, ale – jak głosi mądrość europejska – oboje są na siebie skazani. Znaczy to tyle, że będą zmuszeni wypracować kompromis między naciskiem na cięcia (Merkel), a naciskiem na wzrost (Hollande). A do lamusa posłać animozje personalne.
Jednak polityka lubi karmić się scenariuszami alternatywnymi. I już się słyszy, że – gdyby jednak współpraca w osi Merkel-Hollandesię jednak nie układała – to na stole leży już alternatywny pomysł: Merkotusk.
2.
Jest jasne, że Warszawa cieszy się dziś w Europie prestiżem. Ba, spogląda się na nasz kraj z uznaniem, a niemiecka prasa nie szczędzi polskiej gospodarce komplementów. Polska to, jak się dowiadujemy, „tygrys Europy Środkowej”.
I rzeczywiście: po pierwsze, nasza ojczyzna jest krajem, który pokazał, że można skutecznie walczyć z kryzysem, odnotowując – nawet w najbardziej dramatycznych chwilach – wzrost gospodarczy. Skumulowany wzrost PKB w latach 2008-2011 wyniósł 15,8 proc., najwięcej ze wszystkich krajów Unii (AMECO, GUS). Na koniec 2011 roku osiągnął poziom 4,3 proc. (GUS). Wdrożono także – obok już istniejącego i zapisanego w Konstytucji w art. 216 ust. 5 progu ostrożnościowego – mechanizmy kontrolne, zapobiegające nadmiernemu zadłużaniu się, np. regułę wydatkową. Wszystko to sprawiło, że Polsce przez kryzys udało się przejść w miarę suchą stopą.
Po drugie, jesteśmy państwem, który ma stabilny i przewidywalny rząd. Co więcej, w wyborach, które odbyły się niespełna pół roku temu, a więc już w czasie kryzysu, Polacy po raz kolejny okazali premierowi Donaldowi Tuskowi zaufanie. Gdy inne rządy europejskie – od Hiszpanii poczynając, a na Francji kończąc – przegrywają nie tyle z opozycją, co właśnie z kryzysem, rząd Platformy dostaje legitymizację do dalszego sprawowania władzy. I jako pierwszy w III RP zostaje wybrany na drugą kadencję.
I po trzecie wreszcie: Polska – mimo kryzysu – przechodzi przyspieszony kurs modernizacyjny. Polacy już wiedzą, że – jeśli nawet nie jutro, to pojutrze – przebudowa dworców, kolei czy dróg zostanie ukończona. Innymi słowy: Polska pod względem modernizacji infrastruktury nadrabia zaległości poprzednich lat w tempie, które budzi uznanie na Zachodzie. Jednocześnie rząd Tuska ma ambicje, by – systematycznie – podnosić także jakość życia Polek i Polaków. Krótko, tworzyć warunki do budowy silnej klasy średniej, gdyż tylko tak buduje się zaporę przeciw dwóm zmorom naszych czasów: nierównościom społecznym i odradzającym się nacjonalizmom.
Tak czy inaczej, Polska jawi się dziś w oczach zachodnich odbiorców jako oaza przewidywalności i sukcesu.
3.
Czy może więc dziwić, że liczni komentatorzy widzą właśnie w premierze Tusku naturalnego i silnego sojusznika kanclerz Merkel? Nie. Czy może dziwić, że w niemieckiej prasie czytamy pozytywne opinie o Warszawie? Też nie. Czy zatem premier Tusk nie powinien przystać na to, by dziś, wskazywany na partnera kanclerz Merkel, chwycił razem z nią ster łodzi, którą zwiemy Unią Europejską?
Nie jest sztuką ulec takiej pokusie. Sztuką jest ją odrzucić. Premier Donald Tusk cieszy się dziś w Europie zaufaniem i prestiżem dzięki swojemu niezmiennie proeuropejskiemu nastawieniu, które można wyrazić w haśle: „mniej narodowych egoizmów, więcej europejskiej solidarności”.
Kapitał Polski, jak i swój własny, Donald Tusk budował, stając w obronie – także w sporze o pakt fiskalny – jedności i solidarności europejskiej. Ba, polski premier stanowczo mówił, że nie godzi się ani na Europę dwóch prędkości, ani na dyktat duetu Merkozy. Czy zatem teraz polski premier miałby wejść w rolę, której do tej pory unikał?
Odpowiedź jest jasna: oczywiście, że nie. Za to dużo przemawia za tym, by premier Tusk wykorzystał swój polityczny kapitał i prestiż do przywrócenia w Unii Europejskiej zasady solidarności. Bo dziś, na co wskazują wszystkie znaki na ziemi i niebie, tylko Tusk może skutecznie przekonać kanclerz Merkel, by zechciała grać w Europie bardziej zespołowo. By Berlin porzucił pielęgnowane od lat pomysły o super duetach czy nawet triumwiratach, gdyż one po prostu nie przynoszą oczekiwanych korzyści politycznych i gospodarczych.
Tusk może pomóc odkryć Niemcom, że tylko działając razem wszyscy na tym zyskujemy. Może też unaocznić naszym sąsiadom, że tworząc koalicje, dające względne poczucie panowania, które w świecie dyktatu rynków jest jak najbardziej złudne, wszyscy na tym tracimy.
W interesie całej Unii leży zatem to, by przekonać Berlin, iż kryzys albo pokonamy wspólnie jako Unia 27 państw, albo wspólnie w tej bitwie polegniemy. Znaczy to również, że Berlin w obecnej sytuacji ma do odegrania szczególną rolę: primus inter pares!
4.
Jest jednak pole do szczególnie intensywnej współpracy między Berlinem a Warszawą.
Ale, co ciekawe, także w Niemczech, szczególnie w konserwatywnej części społeczeństwa, budzą się antyeuropejskie nastroje. Dlaczego, pytają niemieccy obywatele, „mamy płacić na tę Unię?”. A jak wiemy, wspólnej Europy bez Berlina nie ma.
Co intrygujące, na tym tle Polska i Polacy wciąż stanowią fenomen proeuropejskiego entuzjazmu. Badania sondażowe (CBOS) wskazują, że 62 proc. jest za pogłębieniem integracji Unii. Dziś w Polsce partia, która głosiłaby antyeuropejskie hasła, popełniłaby polityczne samobójstwo.
Co to znaczy? Otóż „Stara Europa” zgubiła gdzieś entuzjazm dla wspólnotowego projektu, który pozwalał jej w przeszłości budować dobrobyt i pokój zjednoczonej Europy. Ale wciąż, mimo kryzysu, posiada siłę finansową i gospodarczą. „Nowa Europa”, na czele z Polską, nie ma jeszcze tej stabilnej siły gospodarczej i finansowej, choć to dzięki dobrej kondycji naszej gospodarki jesteśmy postrzegani jako symbol sukcesu. Ale Polska ma jeszcze coś ekstra: społeczny entuzjazm dla zjednoczonej Europy, który jest konieczny, by unijny projekt nie zakończył się spektakularną klęską.
Europa potrzebuje dziś więc Berlina, z jego rygorem finansowym i gospodarczą solidarnością. Ale potrzebuje także Warszawy, z wiarą w zjednoczoną Europę i ze świadectwem sukcesu, że nawet po traumie komunizmu można – dzięki solidarności i odwadze ludzi, a także ich przedsiębiorczości – zbudować w krótkim czasie nowoczesne państwo.
Dziś mamy więc taką oto sytuację: Warszawa potrzebuje siły Berlina. Ale Berlin potrzebuje entuzjazmu Warszawy. Dla dobra całej Unii. Unii, chcącej pokonać kryzys, nie jest potrzebny ani Merkollande, ani Merkotusk. Unia potrzebuje – jak powietrza – zwykłej solidarności.
*Jarosław Makowski – publicysta, filozof i teolog, szef Instytutu Obywatelskiego
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (3)