Niemcy mogą istnieć bez Unii Europejskiej. Ale Unia nie będzie istnieć bez Niemiec
Dziś Unia Europejska wydaje się zbyt słaba, by zrobić następny krok na drodze dalszej, głębszej integracji – politycznej, ekonomicznej i społecznej. Zarazem Wspólnota jest zbyt silna, by – gdyby miało dojść do jej rozpadu czy krachu strefy euro – obeszłoby się bez trzęsienia ziemi.
Ale wobec kryzysowej sytuacji działania mające ratować Unię przypominają wymianę zepsutego kranu w kabinie pierwszej klasy na Titanicu po jego zderzeniu z górą lodową. Na pokładzie nadal trwa zabawa, gdyż obowiązuje dewiza: „Unia jest niezatapialna”.
Czyżby? Jeszcze wczoraj, zgoda, tak można było mniemać, gdyż mówiąc „UE”, myślano „sukces”. Dziś, jak ujął Rafał Grupiński w przemówieniu w Parlamencie Europejskim – „gdy mówimy »Unia«, myślimy »kryzys«”. I dalej: „Słownik optymistyczny zastąpił słownik pesymistyczny”. Zmiana nastrojów pokazuje, że bardzo łatwo jest być euroentuzjastą w czasie dobrobytu. I zarazem trudno jest być euroentuzjastą, gdy w oczy zagląda kryzys. Wtedy obowiązuje logika jak na Titanicu właśnie, „Ratuj się kto może”.
Kryzys pokazuje jeszcze inną rzecz: Niemcy jako motor napędowy UE, mogą istnieć bez Unii. Ale Unia nie będzie istnieć bez Niemiec. Dlatego kanclerz Angela Merkel dyktuje swoje warunki gry pozostałym partnerom, szczególnie tym zagrożonym bankructwem: Grecji czy Hiszpanii. Jej recepta brzmi: „jeśli mamy kryzys, zaciskamy pasa”.
Tyle, że zazwyczaj dobry gospodarz robi dokładnie odwrotnie: gdy jest hossa, oszczędza, by móc wydawać, gdy przyjdzie bessa. Kraje należące do Unii nie oszczędzały wtedy, kiedy powinny. Dziś muszą oszczędzać, choć je na to nie stać. Buntują się bowiem ludzie, gdyż to oni zawsze są pierwszą ofiarą polityki „zaciskania pasa”.
„Zwykli Grecy” już po raz drugi w ciągu kliku tygodni poszli do urn, dając do zrozumienia swoim politykom, że nie akceptują planu ratunkowego skrojonego dla Aten przez troikę. W poważnych tarapatach jest Hiszpania, która poprosiła Unię o pomoc finansową, by ratować swój sektor bankowy. Tonący Madryt unieważnia zarazem argument, że to tylko „ci lekkomyślni Grecy” ciągną nas na dno przez swój niewydolny system polityczny i „genetyczne lenistwo”.
Co więcej, konsekwencją kryzysu ekonomicznego jest kryzys polityczny Unii. Wspólnocie w tym samym stopniu, co krach ekonomiczny, zagraża krach społeczny. Od wewnątrz UE jest rozsadzana przez rosnące w siłę ruchy antyintegracyjne i nacjonalistyczne: Geert Wilders w Holandii, Front Narodowy we Francji czy Szwedzcy Demokraci.
Krótko: ludzie, jak Stary Kontynent długi i szeroki wychodzą na ulicę, by pokazać, co myślą o polityce „zaciskania pasa” i gdzie za chwilę wyślą europejskie elity, które obwiniają za swój dzisiejszy los. Stąd jedno wydaje się pewne: kosztem kryzysu nie da się obciążyć tylko zwykłych ludzi, co zaczyna docierać do coraz większej grupy europejskich polityków. Dlatego Francois Hollande, nowy prezydent Francji, wciąż powtarza, że oprócz polityki „zaciskania pasa” należy postawić „politykę wzrostu”.
Jak jednak pobudzić wzrost? Czy zrobi to sam rynek? Nie!
By pobudzić wzrost, potrzebujemy skutecznego i efektywnego narzędzia. A jest nim, czy nam się to podoba, czy nie, państwo. Tymczasem przez ostatnie kilka dekad neoliberalna polityka, zalecana i praktykowana w ramach Unii tak przez lewicę, jak prawicę, sprowadzała się w istocie do jednego: „minimalizacji roli państwa i maksymalizacji roli rynku”.
Tyle, że politycy pod naciskiem protestów społecznych mówią dziś, że użyją państwa, by pobudzić wzrost gospodarczy i stworzyć nowe miejsca pracy. Ale nie mogą tego zrobić, gdyż de facto „nie ma już państwa”. Nie ma państwa jako skutecznego narzędzia kontroli rynków finansowych. I – co dużo ważniejsze – jako skutecznego narzędzia tworzącego wzrost gospodarczy.
Jak zatem odzyskać państwo jako dobro wspólne wszystkich obywateli, gwaranta naszego życiowego bezpieczeństwa?
Okazało się, że zbawienie, jakie obiecywał rynek, było złudne. Europejczycy muszą sobie przypomnieć, że sukces Unii, styl życia, jakim się radowali oraz bezpieczeństwo socjalne, którym się cieszyli, były owocem budowy rozumnego państwa społecznego. Państwo nie tyle jest problemem, jak skłonni byliśmy wierzyć jeszcze niedawno Ronaldowi Reaganowi, ale dziś zdaje się być jedynym rozwiązaniem.
Tak jak polityka przez ostanie lata rezygnowała z roli państwa, sądząc że rynek wszystko sam załatwi, od kontroli systemu bankowego, poprzez tworzenie miejsc pracy, tak dziś stoimy znów przed koniecznością odzyskania państwa. Przede wszystkim po to, by przywrócić Europejczykom życiowe bezpieczeństwo.
Któż jednak może na nowo przywrócić nam państwo?
Jeśli kanclerz Merkel nie chce zgasić światła w „naszym domu” zwanym Unią Europejską, musi zacząć odzyskiwać owe wszystkie atrybuty państwa, które pozwolą na ponadnarodowym poziomie poprowadzić skuteczną politykę gospodarczą i społeczną.
Piłka, by użyć modnej w tej chwili w Europie metafory, jest po stronie Berlina.
*Jarosław Makowski –publicysta, filozof i teolog, szef Instytutu Obywatelskiego.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)