Dominika Sztuka*
Mistrzostwa, szczególnie dla młodych, okazały się przyspieszoną lekcją patriotyzmu i wspólnego, radosnego przeżywania ważnych dla całego narodu wydarzeń
Amerykanie obchodzą dziś swoje święto niepodległości. Czwarty lipca to za oceanem jednak więcej niż święto narodowe. To niespotykany wybuch ogólnonarodowej radości. To dzień, w którym problemy życia codziennego czy polityczne podziały odchodzą na bok. To wreszcie dzień, którego w Stanach żadna polityczna siła nawet nie próbuje sobie zawłaszczać.
Nikomu nie przyszłoby na myśl, żeby przy tej okazji próbować zbijać polityczny kapitał czy też udowadniać, kto w większym stopniu realizuje dziś spuściznę „Ojców Założycieli”. Nikt nie próbuje też zawłaszczać sobie amerykańskiej flagi, ani nie rezerwuje sobie na wyłączność prawa do miana patrioty i okazywania patriotyzmu.
To święto wszystkich Amerykanów.
Zawsze narzekałam na to, że my Polacy nie potrafimy świętować radośnie. Narzekałam tym bardziej, że wielokrotnie miałam okazję na własne oczy zobaczyć, jak święta narodowe obchodzą Amerykanie. Polskie Święto Niepodległości jawiło mi się raczej jako dzień narodowej smuty, a nie narodowej radości.
Zamiast wesołych pochodów, dominowało pompatyczne rozdzieranie historycznych ran oraz licytacja, kto ma większe prawo do powoływania się na Marszałka Piłsudskiego i jego polityczny dorobek. Można było odnieść wrażenie, że część dzisiejszych polityków jest dziś bardziej piłsudczykowska od samego Piłsudskiego.
Przykład – jak wiadomo – idzie z góry, więc chyba nie ma się co dziwić, że obserwując sposób, w jaki polskie elity obchodziły to narodowe święto, sami również nie potrafiliśmy 11 listopada obchodzić radośnie.
Kolejne narodowe święto – Trzeciego Maja – powinno być dniem, w którym Polacy – wszyscy razem – świętują nie lada wydarzenie w polskiej historii, jakim było uchwalenie Konstytucji 3 Maja. Konstytucji, która – co warto przypomnieć – była drugą na świecie (po amerykańskiej) i pierwszą w Europie nowożytną ustawą zasadniczą.
Wydawałoby się, że to wystarczający powód do dumy i świętowania. A jednak. Święto to w III Rzeczpospolitej przez długie lata zdominowane było przez spór – spór o flagę. Lewica wywieszała bowiem flagi już 1 maja, czyli w Święto Pracy. Prawica, odżegnując się od „komunistycznego”, jak je określała, zwyczaju, dopiero dwa dni później. W takiej sytuacji większość Polaków decydowała się flagi nie wywieszać w ogóle. Trzeba było ustanowić specjalne święto, Dzień Flagi, pomiędzy jednym a drugim świętem, żeby spór rozwiązać.
Święto Flagi nie zachęciło jednak większości z nas do manifestowania barw narodowych. Nie stało się tak, być może dlatego, że część politycznego spektrum postanowiła uzurpować sobie prawo nie tylko do polskiej flagi czy godła, ale patriotyzmu w ogóle.
W ostatnich dwóch latach ta tendencja nasiliła się do tego stopnia, że próbowano nam wmówić, że w kraju istnieje podział na „prawdziwych Polaków” i całą resztę. Trudno się dziwić, że spora część społeczeństwa postanowiła od patriotyzmu się zdystansować.
Powyższe okoliczności na pewno nie sprzyjały jednoczeniu się całego narodu, nie nakłaniały do bycia razem, do wspólnego przeżywania oraz świętowania istotnych dla nas wszystkich wydarzeń. Jedyne momenty ogólnonarodowego zjednoczenia, które przeżyło moje pokolenie, czyli pokolenie dzisiejszych dwudziestokilkulatków, to momenty smutne.
Pierwszym z nich była śmierć Jana Pawła II, która połączyła zdecydowaną większość społeczeństwa. Drugim była katastrofa smoleńska, która to z kolei zjednoczyła część Polaków. My, młodzi, nie doświadczyliśmy tak doniosłych momentów, jak powstanie „Solidarności”, „Sierpień ‘80”, czy „Czerwiec ‘89”.
Dla nas, młodych, pierwszym doświadczeniem tego typu okazało się Euro 2012. To moment, w którym ujrzeliśmy nagle wszystkich Polaków – niemalże bez wyjątków – radośnie zjednoczonych i przeżywających te same emocje. I choć słychać już dziś głosy, które sugerują, że było inaczej – był to moment w stu procentach spontaniczny i przełomowy.
Oto każdy z nas, sam z siebie, sięgnął po polską flagę i poczuł chęć jej wyeksponowania. Biało-czerwone barwy były widoczne wszędzie: w oknach, na samochodach – część z nas wkomponowywała je nawet w ubiór. Na masową skalę poczuliśmy autentyczną dumę – dumę z Polski, z bycia Polakiem czy z polskiego Orła.
Oglądając mecze w strefach kibica, które powstały w całym kraju, zarówno w wielkich metropoliach, jak i w małych miasteczkach, gdzie łącznie w czasie mistrzostw zgromadziło się ponad 3 miliony ludzi, każdy z nas czuł się częścią jednej, wielkiej wspólnoty. Do „fanzony” można było przyjść nawet samemu, żeby już po kilku minutach poczuć się jak wśród dobrych przyjaciół.
Ludzie byli dla siebie życzliwi i pomocni. Odniosłam też wrażenie, że w tym wyjątkowym czasie my Polacy, staliśmy się również odważniejsi, bardziej otwarci. Przestaliśmy się bać siebie nawzajem, nauczyliśmy się, że z drugim człowiekiem – chociażby zupełnie obcym – można porozmawiać, że można się do siebie uśmiechać. Że to nas nic nie kosztuje, a może sprawić wiele frajdy.
Na długo zapamiętam sytuację, kiedy pewien kibic przed meczem Polska-Rosja podszedł na ulicy do mnie i mojej znajomej z zapytaniem, czy może nam wymalować na twarzach polskie flagi. Tego samego dnia, w jednym z warszawskich pubów, chłopak, który przyszedł obejrzeć tam transmisję meczu przez kilkanaście minut trzymał telewizyjną antenę po to, żeby kilkadziesiąt zupełnie obcych mu osób mogło bez zakłóceń spowodowanych deszczem obejrzeć spotkanie i wspólnie przeżyć te piękne, sportowe – ale i nie tylko – emocje.
Również klasa polityczna stanęła tym razem na wysokości zadania. Nikt nie uzurpował sobie miana ojca sukcesu, którym okazało się być Euro. Wręcz przeciwnie – rządzący głosili, że to nasze święto – święto wszystkich Polaków, przekonując: „Wszyscy jesteśmy gospodarzami”. Rodzimi politycy nie popsuli atmosfery tego szczególnego wydarzenia, postanawiając na czas mistrzostw zawiesić polityczne spory.
Mistrzostwa były dla nas przyspieszoną lekcją patriotyzmu i wspólnego, radosnego przeżywania ważnych dla całego narodu wydarzeń. Przez trzy tygodnie trwania Euro, każdy dzień nad Wisłą był jak amerykański czwarty lipca.
Mam ogromną nadzieję, że od tej pory sposób, w który przeżyliśmy to piłkarskie święto, stanie się normą przy okazji 11 listopada czy 3 maja.
*Dominika Sztuka - ekspertka ds. polityki wewnętrznej oraz zagranicznej USA, koordynator projektów w Instytucie Obywatelskim
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (1)