Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski
160
BLOG

Powrót historii

Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski Polityka Obserwuj notkę 1

Martin M. Šimečka*

Obecna debata, podczas której ze wszystkich zakątków Europy słychać wymówki, kto do kogo dopłaca i kto kim rządzi, do złudzenia przypomina to, czego byłem świadkiem przed rozpadem Czechosłowacji w 1992 roku

W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku często chodziliśmy z żoną na wzgórze Sandberg na przedmieściach Bratysławy. To góra skamieniałego piachu z morskiego dna, które istniało tu przed 160 milionami lat; nawet dziś wystarczy kopnąć w zbocze, żeby wyciągnąć muszlę z trzeciorzędu. Lecz urok Sandbergu polegał na czymś innym. Tuż za płynącym nieopodal Dunajem znajdowała się Austria, którą oddzielał od nas jedynie drut kolczasty i pogranicznicy. Widok z Sandbergu był najpiękniejszy w letnie wieczory, gdy słońce znikało za horyzontem akurat nad Austrią – na Zachodzie, w Europie.

(…)

Nasze wycieczki na Sandberg były z gruntu romantyczne. Miałem trzydzieści lat i żyłem niczym więzień w państwie, które odmawiało mi paszportu. Dlatego widok Austrii, będącej niemal w zasięgu ręki, budził we mnie szczególne poczucie absurdalności miejsca i czasu, w które rzucił mnie los.

(…)

Potem nadszedł rok 1989, a wraz z nim paradoks Francisa Fukuyamy, który stwierdził, że historia się skończyła, podczas gdy dla nas – mieszkańców bloku komunistycznego – ona właśnie dopiero się zaczęła.

(…)

Odwiedziłem od tamtej pory w niemal wszystkie państwa Unii Europejskiej i więcej czasu poświęcam dziś na lekturę gazet europejskich niż słowackich. Za osiem lat będę mógł powiedzieć, że tylko pierwszą połowę życia spędziłem poza granicami Europy. Ale to jest właśnie sedno problemu, o którym niekiedy myślę z niepokojem: czy za osiem lat Europa wciąż jeszcze będzie tym, czym jest dzisiaj?

(…)

Moim zdaniem nie jest przypadkiem, że Słowacy należą do największych zwolenników projektu europejskiego. Nie tylko dlatego, że ich mały, graniczący z Ukrainą kraj na peryferiach zawdzięcza UE poczucie bezpieczeństwa, będące raczej wyjątkiem niż regułą rodzimej historii. Jeszcze ważniejszym powodem sympatii dla Unii jest strach przed jej rozpadem. Słowacy – w odróżnieniu od większości narodów na zachód od nich – wciąż mają bowiem w żywej pamięci, jak szybko i bez ostrzeżenia mogą rozpaść się pozornie najtrwalsze systemy. Właśnie tak w 1989 roku rozpadł się system komunistyczny, a w 1992 roku – Czechosłowacja.

Obydwa te rozpady przeżywałem bardzo intensywnie. Upadek komunizmu przyjąłem z wielką radością, rozpad Czechosłowacji z głębokim smutkiem. Dla mnie stał się on ponurą przestrogą, jak wielką negatywną energię mają siły odśrodkowe, gdy atakują system w jego czułym punkcie. W przypadku Czechosłowacji była nim nierównowaga federacji – Czesi zarzucali Słowakom, że muszą do nich dopłacać, Słowacy zaś skarżyli się, że Czesi rządzą nimi z Pragi. W chwili, gdy spór między dwoma narodami przeniósł się do mediów, rozpad był już nieunikniony. Przykro to powiedzieć, ale obecna debata, podczas której ze wszystkich zakątków Europy słychać wymówki, kto do kogo dopłaca i kto kim rządzi, do złudzenia przypomina to, czego byłem świadkiem przed rozpadem Czechosłowacji w 1992 roku.

Wielu Słowaków i Czechów postrzegało wtedy zanik wspólnego państwa jako odrzucenie zbędnego balastu w drodze ku bardziej wzniosłym wizjom, jakimi były demokracja, kapitalizm i akcesja do Unii Europejskiej. Zaczęły się swoiste mistrzostwa narodów Europy Środkowej w prywatyzowaniu i reformowaniu się zgodnie z wytycznymi Banku Światowego, jak również według kopenhaskich kryteriów demokracji i państwa prawa. Obywatele scedowali to zadanie na nową klasę polityczną, podczas gdy sami poświęcili się budowie swego przyszłego dobrobytu.

(…)

W porównaniu z reżimem komunistycznym, który zawalił się przede wszystkim dlatego, że dopadła go ideologiczna skleroza i gospodarcza niemoc, idea kapitalizmu sprawiała wrażenie pięknej, zamożnej panny na wydaniu, toteż wszyscy ruszyli do niej w konkury. Ona jednak okazała się nałogową hazardzistką, która przepuściła w kasynie olbrzymią kasę, w dodatku nie swoją. Do tego wyszło na jaw, że wszyscy tkwimy po uszy w monstrualnych długach, o których istnieniu dotychczas nie mieliśmy pojęcia.

To okrutny paradoks, przed uznaniem którego nadal się bronimy.

(…)

*Martin M. Šimečka – słowacki prozaik, eseista i publicysta, redaktor czeskiego tygodnika „Respekt” i jego były redaktor naczelny

tł. Aleksander Kaczorowski

Fragment eseju, który w całości ukaże się w pierwszym numerze magazynu Instytutu Obywatelskiego „Republika Idei”, we wrześniu 2012 r.

Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl

Zajmuje nas: społeczeństwo obywatelskie, demokracja, gospodarka, miasta, energetyka. Nasze motto to "Myślimy by działać, działamy by zmieniać".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka