Jan Gmurczyk*
Wedle prognoz Eurostatu unijna gospodarka w tym roku wyhamuje do zera, a strefa euro wrzuci bieg wsteczny. Polska przejmie koszulkę lidera wzrostu, ale i tak wzburzone morze kryzysu podmyje naszą zieloną wyspę
Patrząc z perspektywy prognozy wzrostu PKB na resztę UE możemy uznać, że radzimy sobie nieźle. Nie oznacza to jednak, że Polska wolna jest od lepkiej sieci spowolnienia gospodarczego. Wręcz przeciwnie, do naszej statystyki wkradają się coraz bardziej niepokojące dane.
Liczba osób bez pracy wykazuje od października 2008 roku tendencję rosnącą. GUS podaje, że bezrobocie rejestrowane wyniosło w maju bieżącego roku 12,6 proc., a w czerwcu 12,4 proc. Odczyty te znajdują się poniżej średnioterminowej linii trendu, ale związane jest to z porą ciepłą, czyli okresem tradycyjnie korzystnym dla rynku pracy. Gdy sezon minie, nastąpi ponowne wybicie wskaźnika, prawdopodobnie w okolice 14 proc.
Jedną z przyczyn coraz gorszych widoków na rynku pracy jest niepewność, którą kryzys strefy euro zasiewa w umysłach polskich przedsiębiorców. Powoduje to, że biznes nie jest skłonny ani odważniej zatrudniać, ani inwestować. Sporo firm ma dobrą kondycję finansową, ale na wszelki wypadek ich menedżerowie wolą zachować nadwyżki na czarną godzinę niż je wydawać. Ewentualnie, jeśli już decydują się inwestować, to raczej w kierunku modernizacji niż ekspansji.
Rosnące bezrobocie i nieprzerwana nawałnica posępnych wieści z Eurolandu sprawiają, że Polacy zanim coś kupią, coraz uważniej oglądają złotówki w kieszeniach. Obliczany przez GUS wyprzedzający wskaźnik ufności konsumenckiej (WWUK) okazał się w czerwcu niższy niż w maju, jak i gorszy niż przed rokiem. Równolegle pojawiają się informacje o malejącej zdolności kredytowej obywateli, czego skutkiem jest zastój na rynku nieruchomości oraz kiepskie wyniki sprzedaży aut.
Łącznym efektem słabnącej koniunktury będzie w tym roku spowolnienie dynamiki wzrostu polskiej gospodarki. Według prognoz Eurostatu, PKB urośnie w Polsce w 2012 roku realnie o 2,7 proc. wobec 4,3 proc. w roku ubiegłym. Z kolei lipcowa projekcja NBP przewiduje z 50-procentowym prawdopodobieństwem, że tempo wzrostu znajdzie się w przedziale 2,3-3,6 proc.
Wyspa nie jest odizolowana
Spowolnienie gospodarcze w Polsce ma związek z czynnikami zewnętrznymi, które pozostają poza zasięgiem krajowej polityki ekonomicznej. Mowa tu o takich wydarzeniach, jak bańka na rynku nieruchomości w USA, upadek banku Lehman Brothers czy – najbardziej aktualnie – kryzys strefy euro.
Ponadto, na presję inflacyjną w Polsce mocno wpływają zwyżki cen surowców i żywności. Są one ustalane na rynkach międzynarodowych, więc również i tu niewiele od polskich władz zależy. Jest to o tyle istotne, że inflacja powyżej celu zmusza NBP do przykręcania monetarnej śruby. Wsparcia dla wzrostu ze strony polityki pieniężnej, przynajmniej w najbliższych kilku miesiącach, raczej nie należy się spodziewać.
Jednocześnie rozgrywający się w Europie kryzys zadłużenia sprawia, że rynki finansowe przyglądają się uważnie budżetom narodowym. Polski rząd, aby dbać o wizerunek i wiarygodność państwa, musi podejmować wysiłki zmierzające do konsolidacji finansów publicznych, które przez lata nie były zrównoważone. Stymulacja wzrostu wydatkami rządowymi w takich warunkach jest z definicji utrudniona.
Wszystkie te spostrzeżenia wiodą do wniosku, że polska wyspa nie jest odgrodzona murem od wydarzeń za granicą. Czynniki zewnętrzne wpływają ujemnie na koniunkturę w Polsce i – co więcej – nakładają na zestaw narzędzi antykryzysowych trudne do usunięcia ograniczenia.
Co może zrobić Polska?
Czy oznacza to, że polskie władze mogą tylko łagodzić objawy światowych turbulencji i wyczekiwać zagranicznego ożywienia? Nie. Kryzysy są świetnym momentem na wprowadzenie reform, których owoce sprzyjać będą zarówno bieżącej koniunkturze, jaki i pomyślności gospodarki w przyszłości.
Po pierwsze, warto przytoczyć klasykę, czyli postulat o ułatwienie życia firmom i osobom przedsiębiorczym. Spójrzmy bowiem choćby na ranking „Doing Business 2012” Banku Światowego. W kategorii „zakładanie biznesu” zajęliśmy lokatę 126. Dla porównania, Mozambik uplasował się na miejscu 70, a Kazachstan 57. Ogólnie Polska w całym rankingu zajęła pozycję 62, lepszą niż przed kryzysem, ale jeszcze wiele pozostaje do zrobienia.
Po drugie, rynek pracy woła o uelastycznienie. W niepewnych czasach firmy niechętnie zatrudniają, a już tym bardziej każdorazowo rozważą przyjęcie nowego pracownika, jeśli potem trudno go będzie zwolnić. Pojawia się tu oczywiście konflikt elastyczności i bezpieczeństwa zatrudnienia. Dobrym pomysłem na jego rozwiązanie jest wdrożenie systemu flexicurity.
Jednocześnie bezrobociu nie służy podnoszenie kosztów pracy. W bieżącym roku składka rentowa wzrosła o 2 proc. Koszt tego posunięcia dla biznesu szacuje się na kilka miliardów złotych rocznie. Wspomnijmy tu też o podnoszeniu płacy minimalnej. W Polsce została ona zwiększona w bieżącym roku z 1386 do 1500 zł brutto, a już pojawiają się pomysły, aby w roku 2013 dążyć do poziomu 1600 zł.
Na pierwszy rzut oka to wspaniały pomysł, bo „płace rosną”. Tak, ale popyt na pracę zachowuje się podobnie jak popyt na towary. Jeśli coś drożeje, kupujemy tego mniej. Każda podwyżka płacy minimalnej sprawia, że biznes „kupuje” mniej pracy, czyli mniej ludzi znajduje zatrudnienie.
Podnoszenie płacy minimalnej najbardziej szkodzi osobom, które są młode lub mają najniższe kwalifikacje. To tacy pracownicy – jeśli ktoś ich zatrudni – najczęściej zarabiają płacę minimalną. Jej podwyżka służy szczęśliwcom, którzy „nie wypadną” z rynku pracy. Reszta osób, o „granicznej przydatności” dla pracodawcy, przegrywa i zasila szeregi bezrobotnych.
Po trzecie, warto kontynuować konsolidację finansów publicznych. Przynosi ona do tej pory dobre owoce, a rynki patrzą na Polskę przychylnym okiem. Spadające koszty obsługi długu uwalniają zasoby, które można wykorzystać na zwiększenie inwestycji publicznych, dalszą redukcję długu lub obniżkę podatków.
Wreszcie, należy dołożyć wszelkich starań, aby skrzętnie wykorzystać każdą, nawet najdrobniejszą okazję inwestycyjną związaną z funduszami unijnymi.
Przygotowania do Euro 2012 odegrały ważny czynnik napędzający wzrost gospodarczy. Teraz, gdy mistrzostwa się skończyły, trzeba walczyć, aby zapał inwestycyjny nie opadł.
*Jan Gmurczyk – absolwent Międzynarodowych Stosunków Gospodarczych w SGH w Warszawie. Współpracownik Instytutu Obywatelskiego oraz portalu UniaEuropejska.org. Interesuje się ekonomią, integracją europejską, państwami nordyckimi oraz energetyką odnawialną.
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (8)