Jacek Kubiak*
Ostrzał z prawa i lewa umacnia Hollande’a na pozycjach centrowych. A o to właśnie prezydentowi chodzi najbardziej
Trzy pierwsze miesiące prezydentury Françoisa Hollande’a nie przyniosły Francji przełomu. Ten sam marazm w gospodarce, oczekiwanie na uderzenie drugiej fali kryzysu finansowego i ekonomicznego… Ale czy można było spodziewać się zasadniczych zmian w ciągu stu dni?
Hollande, wybrany pod hasłem „Zmiana teraz!”, atakowany jest zarówno z prawa, jak i z lewa. Owej zmiany nikt nie dostrzega. Prawica jak mantrę powtarza, że tylko Nicolas Sarkozy był w stanie zapewnić Francji bezpieczeństwo ekonomiczne. Jednak zniknięcie Sarkozy‘ego nie pozostawiło po sobie żadnego śladu… poza szeregami jego własnej, skłóconej do tej pory partii UMP. Hollande błyskawicznie udowodnił na forum międzynarodowym, że Francja pozostanie ważnym graczem pod jego rządami.
Prawica wzywa prezydenta, by wzorem Sarkozy’ego wysyłającego samoloty do Libii zrobił coś z obecną masakrą w Syrii. To jednak wyłącznie puszczanie oka do własnych wyborców, które ma zapewnić zwolenników militarnej wielkości Francji, że tylko prawica potrafi dbać o honor Republiki i zapobiec dalszemu odpływowi elektoratu do Frontu Narodowego. Zwykłego Francuza obchodzi to tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ten popiera wycofanie wojsk francuskich z Afganistanu wprowadzane właśnie w życie przez Hollande’a i nie bierze nawet pod uwagę, że jego kraj mógłby wypowiedzieć wojnę reżimowi Baszara el-Assada. Apele prawicy trafiają więc w próżnię.
Radykalna lewica, uosabiana dziś przez Jean-Luca Melenchona z Partii Lewicy głosi, że Hollande nie zrobił nic, by zahamować delokalizację fabryk i utratę miejsc pracy przez proletariat. Arnaud Montebourg, minister ekonomii (z pompatycznym tytułem ministra od redressement productif, czyli od „ratowania ekonomii”) odpowiada, że potrzebuje do tego nie trzech miesięcy, a całych pięciu lat. Chyba każdy logicznie myślący człowiek – nawet nie ufający socjalistycznej władzy – musi przyznać, kto ma w tym sporze więcej racji.
Tak więc to raczej malkontenci nie dostrzegają, że ich ataki pomagają Hollande’owi. Ostrzał z prawa i z lewa umacnia bowiem Hollande’a na pozycjach centrowych. A o to właśnie prezydentowi chodzi. Za nic nie chce powtórzyć błędu z pierwszego okresu rządów Françoisa Mitterranda, który szybko doprowadził Francję na skraj ekonomicznego krachu i wymusił zmianę polityki z ultralewicowej na bardziej zrównoważoną, centrową.
Hollande’owi szczególnie zależy na tym, by odróżnić się od pierwszego socjalistycznego lokatora Pałacu Elizejskiego. Dlatego bez wahania wykorzystał rocznicę łapanki Żydów francuskich z welodromu Val d’Hiver dokonanej w Paryżu i okolicach w lipcu 1942 r. przez francuskie władze ściśle współpracujące z hitlerowskim okupantem, by ogłosić, że wina za prześladowania francuskich Żydów leży w pełni po stronie francuskiego państwa. Niezależnie od tego, że wówczas rząd był nie w Paryżu, a w Vichy.
Akt ten, poza oddaniem czci pomordowanym, miał być kolejnym krokiem w uwalnianiu Hollande’a i socjalistów od niezbyt chlubnej spuścizny po Mitterrandzie. Ten bowiem nigdy winy Francji w Holokauście nie chciał uznać, gdyż sam współdziałał w rządzie Vichy jako wysoki funkcjonariusz – co prawda w sektorze, który z eksterminacją Żydów bezpośrednio nie miał wiele wspólnego. Dopiero Jacques Chirac przed 17 laty przyznał, że rząd Vichy miał swój udział w łapance Val d’Hiver z roku 1942. Hollande przed miesiącem rozwinął myśl prawicowego prezydenta i dlatego obecne protesty prawicy w obronie dobrego imienia Francji pobrzmiewają cynizmem i hipokryzją.
Wśród obietnic wyborczych Hollande’a znalazła się legalizacja małżeństw homoseksualnych. Krok ten popierany jest przez większość Francuzów i oczywiście potępiany przez Kościół katolicki. Nie było więc przypadkiem, że na święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny 15 sierpnia arcybiskup Paryża i zarazem przewodniczący episkopatu Francji André Vingt Trois przygotował modlitwę za rodzinę odczytaną tego dnia we wszystkich kościołach Francji. Wybór tego tematu wzbudził polemikę w łonie samego Kościoła francuskiego i np. proboszcz parafii Saint Merri z Paryża skrytykował wykorzystywanie święta katolickiego do jawnie politycznych celów.
François Hollande w trakcie kampanii wyborczej powtarzał, że chce być prezydentem normalnym w przeciwieństwie do nadgorliwego poprzednika. Ściągał tym na siebie wiele krytyki prawicy. Pierwsze sto dni potwierdza jednak, że rzeczywiście będzie to prezydentura normalna, rozłożona na 5 lat trwania całej kadencji – bez zbędnego zadęcia i odtrąbienia sukcesów. Chyba, że ekonomiczne czarne chmury pokrzyżują plany. Ale to byłoby działanie sił wyższych.
*Jacek Kubiak – jest biologiem. Od ponad 20 lat pracuje we francuskim CNRS (Narodowe Centrum Badań Naukowych) i mieszka we Francji. Komentował francuską politykę na łamach „Polityki”, „Tygodnika Powszechnego”, „Gazety Wyborczej” i czeskiego dwumiesięcznika „Listy”
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (2)