Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski
213
BLOG

Bliski Wschód bez złudzeń

Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski Polityka Obserwuj notkę 0

Paulina Biernacka*

Romneyowi udało się przekonać Arabów, że na porozumienie pokojowe z Izraelem w trakcie jego ewentualnej kadencji nie ma co liczyć

Prezydent Barack Obama dostał pokojową nagrodę Nobla za „dobre chęci” rozwiązania wielu bolączek świata. Szczególnie jego podejście do problemów Bliskiego Wschodu było unikalne i zaskakujące. Obama, w odróżnieniu od swoich poprzedników, postanowił zjednać sobie muzułmanów. W trakcie sławnego już przemówienia w Kairze w 2009 r. amerykański prezydent przekonywał świat arabsko-muzułmański o swojej gotowości do otwarcia nowego rozdziału we wzajemnych relacjach. Te w ostatnich latach nacechowane były brakiem zaufania, nieudanymi interwencjami militarnymi i przeciągającymi się negocjacjami mającymi na celu rozwiązanie sporu izraelsko-palestyńskiego.

Za słowami poszły czyny: prezydent Obama wycofał wojska amerykańskie z Iraku. Za jego kadencji udało się wyeliminować więcej liderów Al Kaidy niż w ciągu całej wojny z terrorem od momentu zamachów z 11 września. Obama obiecał również wycofać kontyngent wojskowy z Afganistanu do 2014 r.

Pobłażliwa postawa prezydenta wobec islamskiego Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie jest również znacząca, ale powoduje, że egipscy liberałowie uważają administrację Obamy za sojusznika islamistów. Z tego powodu najbardziej wpływowi anty-islamiści w tym kraju – m.in. lider chrześcijan Naguib Sawiris – nie chcieli spotkać się z Hillary Clinton podczas jej ostatniej wizyty na Bliskim Wschodzie.

Pomimo licznych gestów i słów ze strony Obamy, od życzeń dla muzułmanów z okazji święta Id al-Fitr, do spektakularnych zmian na Bliskim Wschodzie nie doszło. Zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę regres w rozmowach pokojowych między Izraelem a Palestyńczykami. Niemniej jednak Barack Obama może być śmiało nazywany jednym z najbardziej proarabskich prezydentów USA. Za same dobre chęci, których innym prezydentom zabrakło.

Na tygodnie przed wyborami w Stanach Zjednoczonych warto się zastanowić, jak świat arabski czy nawet szerzej – muzułmański – postrzega ewentualną zmianę władz w Białym Domu. Czego Bliski Wschód może oczekiwać od Mitta Romneya, kandydata na prezydenta prawicowej, konserwatywnej Partii Republikańskiej? Czy jest powód do obaw? Jednego możemy być pewni: drugi Obama muzułmanom się nie przytrafi. Można by dodać jeszcze – na szczęście dla Żydów.

Na stronie internetowej gubernatora stanu Massachusetts można wyczytać, że administracja Romneya będzie wspierała różne ugrupowania i państwa regionu, aby utrwalić i ochronić narodowe interesy USA oraz wartości i ideały wspólne Waszyngtonowi i jego sojusznikom na Bliskim Wschodzie. Dlatego też kraje regionu mogą liczyć na poparcie, pomoc w rozwoju gospodarczym oraz egzekwowaniu praw człowieka.

Administracja Romneya będzie przeciwna ekspansji wpływów Iranu oraz dżihadystów. Egipt, Libia i Tunezja otrzymają wsparcie w przeprowadzaniu transformacji systemu na demokratyczny. Reżim Assada w Syrii może się spodziewać izolacji oraz działań Waszyngtonu zmierzających do obalenia dyktatora i pokojowej transformacji systemu. Irak zaś pozostanie strategicznym partnerem USA, które za rządów Romneya dołożą wszelkich starań, by umocnić sojusz z tym państwem.

Czytając te deklaracje można odnieść wrażenie, że żadnych znaczących zmian w polityce zagranicznej USA wobec Bliskiego Wschodu nie powinniśmy się spodziewać. Tak też uważa duża część komentatorów. Obecny prezydent jak i jego rywal mają podobne poglądy co do kontynuacji działań supermocarstwa wobec tego regionu. Dziennikarze z „Washington Post” dowodzą, że nawet w tak ważnych kwestiach jak problem nuklearyzacji Iranu czy zakończenie wojny w Afganistanie, obaj kandydaci na prezydenta są zadziwiająco zgodni. Być może politycy doszli do wniosku, że nie warto kruszyć kopii o sprawy, które nie będą miały wpływu na wynik tegorocznych wyborów w USA. A w tej kampanii liczy się głównie gospodarka.

Zagraniczna wizyta Mitta Romneya w krajach sojuszniczych USA miała pokazać Amerykanom, że kandydat ten świetnie nadaje się na męża stanu i jest w stanie godnie reprezentować państwo za granicą. Nie wszystko wyszło jednak po myśli republikanina, a jego wpadki w Jerozolimie dały nam obraz tego, jak mogą wyglądać relacje Waszyngtonu ze światem arabskim po zwycięskich wyborach Romneya.
Mittowi Romneyowi udało się doprowadzić do furii Arabów już w czasie kampanii wyborczej. W trakcie swojego pobytu w Izraelu Romney nazwał Jerozolimę stolicą tego państwa. Pomimo, że nie uznaje tego cała społeczność międzynarodowa, a administracja Obamy tydzień przed tym wystąpieniem odmówiła uznania Jerozolimy za stolicę państwa żydowskiego.

Przepychanki w Kongresie USA w sprawie statusu Jerozolimy oraz ewentualnego przeniesienia ambasady USA z Tel Awiwu do tego miasta trwają od kilku lat. Nic z nich nie wynika. Ponadto, zmiana stosunku Waszyngtonu do kwestii stolicy Izraela mogłaby jedynie wywołać więcej zamieszania i wzbudzić większą wrogość w Palestyńczykach, którzy również roszczą sobie prawa do tego miasta jako stolicy ich przyszłego państwa. Jak zauważa „Haaretz”, będąc jedynie kandydatem na prezydenta, łatwo jest wyrażać poglądy, które do niczego nie zobowiązują.

Sprawa Jerozolimy nie była jedyną kontrowersyjną wypowiedzią Romneya, jaką udało mu się wygłosić w trakcie wizyty w świętym mieście. Bardziej rażącym było zasugerowanie, że gospodarka Autonomii Palestyńskiej jest w dużo gorszym stanie od izraelskiej, a stan ten Arabowie zawdzięczają głównie swojej „kulturze”. Ta zaś ma determinować ich działania na polu ekonomicznym. Główny negocjator palestyński w rozmowach pokojowych z Izraelem Saeb Erekat nazwał stwierdzenie Romneya rasistowskim i świadczącym o braku wiedzy. Krytyka ze strony samego Erekata ma oznaczać, że Romney zdyskwalifikował siebie jako ewentualnego przyszłego pośrednika w rozmowach pokojowych.

Niefortunne porównanie rozwoju gospodarczego Żydów i Arabów wzbudziło wiele dyskusji. Oprócz słów krytyki, podobnych do tych Erekata, pojawiły się również głosy poparcia tezy Romneya. Richard Landes w „Wall Street Journal” cytował raport napisany w 2002 r. przez arabskich intelektualistów dla Narodów Zjednoczonych. Arabowie mieli w nim przyznać, że kultura i tradycja arabska źle wpływają na rozwój gospodarek ich państw. Trzema głównymi „przeszkodami” są brak politycznej wolności, słabo rozwinięta nauka oraz status kobiet.

Palestyńska kultura, w porównaniu do reszty kultur arabskich wypada całkiem nieźle. I to – nomen omen – dzięki Izraelczykom. Palestyńczycy są jednymi z najbardziej wyedukowanych i kompetentnych przedsiębiorców na całym Bliskim Wschodzie, a Zachodni Brzeg miał jedną z najszybciej rozwijających się gospodarek na świecie w latach 80-tych. Czyli do czasu wybuchu powstania palestyńskiego, tzw. Intifady.

Krytykowanie Romneya za jego wypowiedź oraz jednoczesne oskarżanie Izraelczyków o to, że okupacja źle wpływa na gospodarkę Autonomii, jest typowym zrzucaniem winy na innych za swoje porażki, o którym pisał David Landes w książce „Bogactwo i nędza narodów”.

Jakkolwiek by jednak nie tłumaczyć lapsusów Mitta Romneya, dobrego wrażenia na Palestyńczykach nie zrobił. Co więcej, udało mu się przekonać Arabów do tego, że na porozumienie pokojowe z Izraelem w trakcie jego kadencji nie ma co liczyć. Romney wielokrotnie podkreślał, że silnie wspiera Izrael, co oznacza, że obiektywnym mediatorem w rozmowach pokojowych nie będzie. Postawa ta jest radykalnie odmienna od zachowawczych działań prezydenta Obamy na początku jego kadencji.

Tuż po wizycie republikanina w Izraelu z okładek pism arabskich można było wyczytać, że Bliski Wschód nie spodziewa się zmian na lepsze. Libijski „The Daily Star” pisał o braku wiary w powodzenie dyplomacji amerykańskiej, podkreślając że Obama tylko obiecywał, iż Bliski Wschód stanie się priorytetem w polityce USA: „Sytuacja nie zmieni się, kiedy Obama zostanie ponownie wybrany, tym bardziej nie, jeśli wygra Mitt Romney”. Podobne głosy pojawiały się w wielu mediach społecznościowych, zwłaszcza na blogach, które ostatnio zyskują na popularności jako niezależny głos świata arabskiego.

Arabowie są sfrustrowani dotychczasową polityką USA wobec ich regionu, zwłaszcza wetem w głosowaniu nad członkostwem Palestyny jako państwa w ONZ czy brakiem działań w sprawie nielegalnego osadnictwa na Zachodnim Brzegu. Za każdym razem podkreślają jednak, że o ile są rozczarowani pierwszą kadencją Obamy, w przyszłości czeka ich jedynie zło, które już znają lub gorsze zło (czytaj: Romney), którego nie znają. Dziennikarze egipscy piszą wprost, że Egipt pod rządami Bractwa Muzułmańskiego będzie musiał szukać nowych sojuszników, kiedy Romney wygra wybory.

Nie ma się co dziwić. Wielu polityków Partii Republikańskiej w USA jest znanych z islamofobicznych wypowiedzi. Muqtedar Khan z uniwersytetu w Delaware zauważa, że politycy najwyższego szczebla coraz częściej reprezentują antyislamskie poglądy. W obecnej kampanii wyborczej kilku kandydatów na prezydenta użyło antyislamskiej retoryki, aby zyskać sobie poparcie części społeczeństwa, która jest podejrzliwa w stosunku do muzułmanów czy islamu. Khan wymienia wśród nich Hermana Caina – jednego z kandydatów w prawyborach partyjnych na prezydenta, który miał zapowiedzieć, że jeśli wygra nie wpuści do swojego rządu żadnego muzułmanina.

Obawy czy strach przez muzułmanami nie są zarezerwowane jedynie dla elit politycznych. Zgodnie z badaniami zleconymi przez amerykański think tank Brookings we wrześniu 2011 r. aż 47 proc. Amerykanów uważało, że amerykańskie wartości i islam są ze sobą sprzeczne. Tyle samo osób odczuwa dyskomfort w związku z obecnością islamu w USA. Te same badania wykazały, że negatywne odczucia wobec religii islamskiej są dużo wyższe wśród republikanów niż reszty społeczeństwa amerykańskiego.

Mitt Romney również nie należy do zwolenników religii Mahometa. Ponadto, w trakcie debat dotyczących pościgu za Osamą Bin Ladenem w 2007 roku Romney wykazał się ogromną niewiedzą na temat islamu, mieszając ze sobą dwa odłamy tej religii, szyicki i sunnicki. Romney uważał wówczas, że zabicie Bin Ladena nie rozwiąże problemu, gdyż po jego złapaniu będą jeszcze inni. Szyici i Sunnici, Hezbollah, Hamas, Al Kaida i Bractwo Muzułmańskie to według Romneya światowi dżihadyści, którzy próbują obalić umiarkowane rządy islamskie i zamienić je na kalifat. A ostatecznie doprowadzić do upadku również Stany Zjednoczone. Po takiej wypowiedzi można by dojść do wniosku, że Romney nie tylko chce walczyć z Al Kaidą, ale z całym światem muzułmańskim.

W ostatnich miesiącach dziennikarze skrupulatnie odnotowywali spotkania Romneya z bardzo kontrowersyjnymi aktywistami anty-islamskimi w USA. Na początku sierpnia kandydat na prezydenta miał się widzieć z emerytowanym generałem Jerrym Boykinem, który jest znany głównie ze swojej jadowitej anty-islamskiej retoryki, potępianej publicznie nawet przez George’a W. Busha. W 2003 roku Boykin, będąc jeszcze czynnym żołnierzem, wygłosił słynne przemówienie na temat wojny przeciwko islamskim bojownikom, którą uznał za zmaganie chrześcijan z szatanem. Zasugerował także, że muzułmanie wielbią „idola”, a nie prawdziwego Boga.

W listopadzie 2011 r. Rada ds. Stosunków Amerykańsko-Islamskich (Council on American-Islamic Relations) wezwała Romneya do odwołania jego nowo mianowanego doradcy ds. zagranicznych Walida Pheresa. Według Rady, Pheres miał być odpowiedzialny za przestępstwa wojenne anty-muzułmańskich bojówek, które dokonały masakry ludności libańskiej w trakcie wojny domowej w tym kraju.

Dla kandydata na prezydenta USA bycie krytykowanym na arenie międzynarodowej nie jest typowe. Razi to szczególnie, kiedy przypomnimy sobie światowy sukces medialny, jaki odnotował Barack Obama w tracie kampanii wyborczej w 2008 roku. Analitycy z The Emirates Center for Strategic Studies and Reaserch uważają, że Romney idzie w ślady administracji George’a W. Busha, będąc agresywnym na arenie światowej, aby zadowolić swoich wyborców w kraju. Nie służy to jednak ani budowaniu relacji z państwami arabskimi, ani wizerunkowi kandydata w trakcie kampanii prezydenckiej.

Anty-arabskie wypowiedzi czy otaczanie się kontrowersyjnymi osobami są jedynie symbolicznymi znakami tego, jakie poglądy wobec społeczeństw arabskich reprezentuje kandydat na prezydenta USA Mitt Romney. Bliski Wschód nie ma złudzeń, że za jego ewentualnej kadencji relacje regionu z USA się poprawią. Trzeba jednak wziąć poprawkę na to, że kiedy kurz wyborczy opadnie, nowo wybrany prezydent zacznie podchodzić do rzeczywistości w sposób bardziej realistyczny. Tak jak to zazwyczaj po wyborach bywa.

*Paulina Biernacka – doktorantka Instytutu Studiów Politycznych PAN

Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl

Zajmuje nas: społeczeństwo obywatelskie, demokracja, gospodarka, miasta, energetyka. Nasze motto to "Myślimy by działać, działamy by zmieniać".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka