Aleksandra Kaniewska*
Polscy paraolimpijczycy wrócili z Londynu z 36 medalami, w tym 14 złotymi, 5 rekordami świata i dowodem, że sport i pasja pomagają przekraczać wszelkie granice. Teraz czas na te mentalne
To była walka, która zaczęła się dużo wcześniej, jeszcze zanim na stadionach we wschodnim Londynie rozbłysły światła, zapaliły się czerwone lampki kamer, a na scenę otwarcia Igrzysk Paraolimpijskich wjechał jeden z najsłynniejszych umysłów świata, fizyk, a przy okazji także niepełnosprawny, Stephen Hawking.
Walka niepełnosprawnych sportowców w Polsce zaczyna się codziennie rano. To zmaganie z własnym bólem, fizycznością, z nierównymi chodnikami i brakiem infrastruktury, która pozwala na normalne funkcjonowanie. To walka z brakiem pieniędzy i sprzętu sportowego, a także, co łączy się z tym pierwszym, z brakiem zainteresowania sponsorów.
A wreszcie – i to pewnie jest najtrudniejsze – to walka z mentalnym nastawieniem części społeczeństwa, dla której niepełnosprawny to tylko połowa sprawnego. Koszykarz na wózku to tylko namiastka „prawdziwego” koszykarza, a złoto biegacza z protetyczną kończyną nijak ma się do wyczynów najszybszego człowieka świata, Usaina Bolta. Jakby miarą człowieka był jedynie dobry wzrok, silne nogi, sprawne ręce.
Dlatego tak ważny był tegoroczny świetny występ polskich paraolimpijczyków, którzy z Igrzysk w Londynie wracają ponad miarę ozłoceni – i dosłownie, i w przenośni. Tym jaśniejszym blaskiem świecą się ich zwycięstwa i sukcesy, im słabiej w tym roku wypadli nasi „pełnosprawni” sportowcy.
Po sieci krąży już infografika. Jej przekaz jest wyraźny i silny. W lipcu do Londynu pojechało 218 zdrowych sportowców z 183 osobami towarzyszącymi. Kosztowało nas to 130 mln złotych, a TVP przeznaczyło na transmisje sportowych wydarzeń olimpijskich 750 godzin. Z jakimi wynikami wróciliśmy? 10 medali. W klasyfikacji światowej dało nam to w sumie 30. miejsce, ex aequo z Azerbejdżanem, a dużo poniżej takich „gigantów” sportowych, jak Iran czy Kuba.
Jak wyglądało medialno-finansowe zaplecze polskich paraolimpijczyków?
101 sportowców poleciało do Londynu i zdobyło w sumie 36 medali, plasując się na świetnym, dziewiątym miejscu w ogólnej klasyfikacji medalowej. Towarzyszyły im jedynie 44 osoby. To ciekawe, bo można założyć, że – przy różnym stopniu niepełnosprawności – to oni mogliby potrzebować większej liczby lekarzy, psychologów i fizjoterapeutów.
Najwyraźniej nie – prawdopodobnie są silniejsi od sprawnych sportowców nie tylko duchem, ale i ciałem. Paraolimpijski budżet na poczet Londynu stanowił ułamek tego olimpijskiego, czyli 8,9 mln złotych. Niewiele sierpniowe igrzyska kosztowały też polską telewizję publiczną – wyemitowała bowiem 0 godzin transmisji zmagań paraolimpijczyków. Nic więc dziwnego, że internet zaczęły podbijać ironiczne kampanie nawołujące: „Zamiast płacić abonament, przekaż pieniądze na paraolimpijczyków”.
Bez sponsorów, bez mediów, bez politycznego i społecznego wsparcia – tak wyjechali z Polski na Wyspy polscy paraolimpijczycy. Jest jednak szansa, że wracają do trochę innego kraju. „To moment mocno edukacyjny nie tylko dla sportu, ale i percepcji niepełnosprawnych w ogóle” – tak o paraolimpiadzie piszą i polscy, i brytyjscy socjologowie. Bo rzeczywiście, oglądanie sportu w wykonaniu niepełnosprawnych sportowców, dyskusja o ich prawie do normalnego traktowania, rozsądnego, pełnego szacunku języka i oceny możliwości otwiera dyskusję o tym, jak żyją w Polsce rzesze niepełnosprawnych. To także przyspieszony kurs z człowieczeństwa.
Nie tylko my, w Polsce, taki kurs przechodzimy. Początki paraolimpiady sięgają 1948 roku i drugich w historii Igrzysk Olimpijskich w Wielkiej Brytanii. To były igrzyska specjalne, powojenne i w dużej mierze kryzysowe – tak finansowo, jak i moralnie.
To wtedy brytyjski neurolog niemieckiego pochodzenia, prof. Ludwig Guttmann wymyślił, żeby przy okazji Igrzysk Olimpijskich organizować zawody dla niepełnosprawnych. Wierzył w antyczną zasadę, że w zdrowym ciele, zdrowy duch, a dla kalekich żołnierzy najlepszą terapią będzie rywalizacja sportowa i normalne życie. Ta pierwsza paraolimpiada była jeszcze skromniejsza niż całe igrzyska z 1948 roku. W szpitalu Stoke Mandeville Hospital w angielskim miasteczku Aylesbury szesnastu okaleczonych weteranów wojennych wzięło udział w zawodach łucznictwa. I tyle.
Dwanaście lat później, podczas Igrzysk Olimpijskich w Rzymie, paraolimpijczyków było już 400, i to z 23 krajów świata. Ale dopiero liczby z tegorocznych Igrzysk w Londynie pokazują, jak daleką drogę przebyliśmy. Podczas jedenastu dni o 503 złote medale na Wyspach walczyło bowiem 4200 sportowców ze 164 krajów.
Podczas przepięknej i wzruszającej ceremonii zamknięcia Igrzysk Paraolimpijskich publiczność powitała stojącą owacją wystąpienie Lorda Sebastiana Coe, jednego z głównych organizatorów, a zarazem torysa. To tym ciekawsze, że politycy, zwłaszcza z partii rządzącej, nie byli popularni na stadionach – podczas dekoracji medalami wygwizdano ministra finansów George’a Osborne’a, szefową brytyjskiego MSW Theresę May czy nowego ministra zdrowia Jeremy’ego Hunta.
Ale wczoraj polityka nie była ważna. „Za nami wspaniałe dni. Dni, podczas których niesamowici ludzie dokonywali niesamowitych wyczynów. Dni, takie jak podczas Igrzysk Paraolimpijskich, kiedy nasze umysły szeroko się otworzyły na widok tego, co człowiek jest w stanie osiągnąć przy pomocy czystego talentu i determinacji” – powiedział wyraźnie wzruszony Lord Coe.
Nie padły słowa: niepełnosprawni, inni, dzielni, odważni. „Paraolimpijczycy wreszcie zostali potraktowani na równi ze sprawnymi sportowcami. Nie koncentrowano się na naszym kalectwie, ale wyczynach sportowych. Nie rozliczano, ile mamy zdrowych kończyn, ale ile zdobyliśmy medali i punktów. I oto nam chodziło!” – mówiła Sarah Storey, brytyjska niepełnosprawna pływaczka i kolarka, zdobywczyni wielu medali i światowych rekordów, podwójna mistrzyni świata w kolarstwie.
Polscy paraolimpijczycy wrócili z Londynu z 36 medalami, w tym 14 złotymi, 5 rekordami świata i dowodem, że sport i pasja pomagają przekraczać wszelkie granice. Teraz czas na te mentalne. Negatywnym bohaterem dyskusji o paraolimpiadzie stał się w Polsce pewien polityk, a może warto by napisać „parapolityk”, bo od wielu lat pozostaje mocno poza główną sceną. Nie warto nawet cytować jego słów. Warto za to powitać polskich paraolimpijczyków i gorąco im podziękować. A potem, już po igrzyskach, spojrzeć na Polskę ich oczami: nie tylko na strome schody i nierówne chodniki, na które się natykają. Ale na odwracane spojrzenia, zamknięte umysły i niewrażliwe usta, przez które żyje im się w Polsce jeszcze gorzej.
*Aleksandra Kaniewska - analityk polityczny ds. Wielkiej Brytanii w Instytucie Obywatelskim, publicystka
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl



Komentarze
Pokaż komentarze