Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski
407
BLOG

Źródła islamskiego gniewu

Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski Polityka Obserwuj notkę 5

Paulina Biernacka*

Termin „sojusznik”, co podkreślił już Barack Obama, jest reliktem epoki zimnowojennej. I nie pomaga zrozumieć relacji między Ameryką a państwami Bliskiego Wschodu 

Od kilku dni na ulice Bliskiego Wschodu wychodzą miliony ludzi, aby zaprotestować przeciwko obrazoburczemu filmowi przedstawiającemu proroka Mahometa jako kobieciarza, bufona i pedofila. Mieszkańcy Egiptu, Izraela, Libii, Maroka, Sudanu, Tunezji, Jemenu i wielu innych bliskowschodnich i północno-afrykańskich państw gromadzą się pod ambasadami USA oraz innych krajów zachodnich i w bardzo dosadny sposób wyrażają swój sprzeciw i złość.

W wielu miejscach protesty zamieniły się w walki uliczne, a pod ambasadami w Kairze i Benghazi doszło do bardzo dramatycznych wydarzeń. Wśród ofiar protestów znalazło się kilku dyplomatów, w tym ambasador USA w Libii J. Christopher Stevens. Piątek, 14 września został okrzyknięty dniem gniewu islamskiego.

Kluczem do zrozumienia postępowania muzułmańskich mas nie jest obejrzenie prymitywnego filmiku, który ostatecznie nie ma nic wspólnego z amerykańską kinematografią, a jego autor jest najprawdopodobniej Egipcjaninem wyznania Koptyjskiego (odłam chrześcijaństwa). Aby pojąć to, co się dzieje na ulicach Bliskiego Wschodu należy prześledzić historię relacji świata muzułmańskiego z USA, skupiając się na interwencjach tego supermocarstwa w regionie. Oraz ich efektach.

Wybuch wściekłości muzułmanów bowiem nie jest rezultatem obejrzenia trailera idiotycznego filmu, który de facto nie powstał. Film odegrał oczywiście kluczową rolę – jako katalizator radykalizacji nastrojów mieszkańców Bliskiego Wschodu, zwłaszcza antyamerykańskich nastrojów. Fakt, że film został nagrany w USA doprowadził do tego, że czara goryczy się przelała a społeczeństwa bliskowschodnie znalazły świetną okazję do wykrzyczenia światu tego, jakimi uczuciami żywią supermocarstwo.

Muzułmanie mają dosyć obecności Stanów Zjednoczonych w regionie. Złość, która emanuje pośród tłumów na ulicach jest efektem wieloletnich błędów popełnianych przez kolejne ekipy rządzące Białym Domem. Amerykanie zdają się tego nie rozumieć. Uważają, że w ciągu ostatniego półwiecza ich działania w regionie były wyściełane samymi dobrymi intencjami, a beneficjenci hojności Waszyngtonu nie potrafili wykorzystać jego pomocy, gdyż mieli słabe rządy.

Muzułmanie i Arabowie widzą „wsparcie” Ameryki dla regionu inaczej. Przede wszystkim, ludność tych państw nie oddziela działań USA od postępowania rządów Izraela. Mieszkańcy Bliskiego Wschodu są przekonani, że Waszyngton i Jerozolima ściśle ze sobą współpracują w celu rządzenia regionem. Dlatego też Stany Zjednoczone winione są za wojny izraelsko – arabskie a Izrael, częściowo przynajmniej, odpowiada za interwencje militarne USA w regionie.

Idąc dalej tym tropem trzeba sobie uzmysłowić, że w oczach muzułmanów operacja Płynny Ołów na przełomie 2008 i 2009 roku nie była aktem obrony Izraela przed nieustannym ostrzałem rakietowym ze Strefy Gazy, ale brutalną napaścią silnego państwa na izolowanych, żyjących w nędzy i bezbronnych Palestyńczyków. Wojna w Libanie nie była próbą wyeliminowania terrorystycznych bojówek Organizacji Wyzwolenia Palestyny z terytorium tego państwa przy wsparciu sił libańskich i po ich prośbie, lecz inwazją wojsk Izraela na niewinnych Libańczyków. Przykłady można mnożyć.

Muzułmanie są wściekli na Stany Zjednoczone za stosowanie podwójnych standardów zachowań wobec swoich sojuszników i reszty państw na Bliskim Wschodzie. Nienawidzą Waszyngtonu za hipokryzję i przymykanie oczu na liczne łamanie praw człowieka przez zaprzyjaźnione państwa; za kolaborowanie przez wiele lat z dyktatorami typu Kadafi czy Mubarak.

Co więcej, mieszkańcy Bliskiego Wschodu nie godzą się na to, co stało się w Iraku, i od dawna krytykują Amerykanów za pozostawienie Palestyńczyków samym sobie przez ponad 40 lat okupacji izraelskiej.

Podsumowując, muzułmanie winią Amerykanów za całe zło na Bliskim Wschodzie, Amerykanie tym czasem uważają się za niewinnych. Waszyngton zdaje się całkowicie ignorować swój wkład w bolączki regionu. Obecna sytuacja jest dużym testem dla władz USA, które od kilku dni próbują uspokajać nastroje.

Biały Dom skupił się na tłumaczeniach, że rząd USA nie odpowiada za produkcję filmu, który doprowadził do furii miliony muzułmanów na całym świecie. Hillary Clinton zauważa, że ta ohydna produkcja w żaden sposób nie usprawiedliwia aktów przemocy, z którymi mamy do czynienia.

„Washington Post” pisze, że antyamerykańskie demonstracje będą dużym wyzwaniem dla administracji prezydenta Obamy, który wspiera transformację systemową reżimów, przez które w ubiegłym roku przetoczyła się Arabska Wiosna. Mowa oczywiście o Libii i Egipcie, państwach z których antyamerykańskie zamieszki rozlały się na cały Bliski Wschód i Afrykę Północną. Obamie zależało na dobrych relacjach z obu krajami.

Wydarzenia w Benghazi, gdzie zginął ambasador USA, wydają się być przykrym incydentem, gdyż władzę w tym kraju przejęli przyjaźnie nastawieni wobec Waszyngtonu kandydaci. Media światowe podają, że zamach na ambasadę był najprawdopodobniej zaplanowany. Jest to dosyć ironiczne stwierdzenie, trudno bowiem wyobrazić sobie, że terroryści przechodząc obok budynku ambasady przypadkowo mieli przy sobie rakiety. Fakt, że wydarzenie miało miejsce w rocznicę zamachów z 11 września sugeruje, że za zamachami stały osoby powiązane z Al Kaidą bądź też sympatyzujące z ugrupowaniem. Zamach najpewniej nie miał nic wspólnego z filmem o proroku Mahomecie.

Problemem dla Waszyngtonu nie jest jednak Libia, ale Egipt, który od trzydziestu lat był bliskim sojusznikiem USA w regionie, w którym po rewolucji władzę przejęło radykalne islamskie Bractwo Muzułmańskie. Obecnie sam prezydent Obama stwierdził, że przymiotnik „sojusznik” nie pasuje do opisu relacji pomiędzy obu państwami.

Eksperci zauważają, że termin „sojusznik” jest reliktem epoki zimnowojennej, który nie przystaje do współczesnej sytuacji na Bliskim Wschodzie. Obecnie, kiedy po wielu latach uciemiężenia Arabowie doczekali się wolności słowa, ani wsparcie finansowe, ani poparcie dyplomatyczne ani tym bardziej interwencje wojskowe nie zagwarantują USA lojalności nowo wybranych władz czy ludności.

Amerykanie muszą zrewidować swoją politykę wobec Bliskiego Wschodu oraz państw muzułmańskich. Wysłanie ogromnej ilości wojsk do regionu w celu zapewnienia bezpieczeństwa dyplomatom to bardzo doraźne rozwiązanie. Waszyngton potrzebuje nowej strategii. Odkąd i w tej części świata głos tłumów zaczyna mieć wpływ na wydarzenia w krajach oraz politykę władz, Stany Zjednoczone muszą zapomnieć o relacjach, jakie miały z dyktaturami. Stłumionych przez lata reżimów głosów ludności nie da się tak łatwo uciszyć.

Dobrym początkiem zmian może być uświadomienie sobie, że to „sławny” film o Proroku Mahomecie jest przyczyną antyamerykańskich nastrojów w regionie, a wieloletnia polityka supermocarstwa wobec Bliskiego Wschodu. Prowokacyjny film zaś pokazuje, jak bardzo społeczeństwa muzułmańskie nie są przystosowane do realiów życia w zglobalizowanym świecie, w którym prawie każdy już został obrażony i prawie nic już nie szokuje.

*Paulina Biernacka – doktorantka Instytutu Studiów Politycznych PAN, stale współpracuje z „Instytutem Obywatelskim”.

Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl

Zajmuje nas: społeczeństwo obywatelskie, demokracja, gospodarka, miasta, energetyka. Nasze motto to "Myślimy by działać, działamy by zmieniać".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Polityka