Jacek Żakowski*
Jeżeli Donald Tusk i ja chcemy umierać w kraju ludzi jako tako zamożnych i szczęśliwych, zdolnych i chętnych do zapewnienia nam w miarę komfortowego końca, musimy, niestety, trochę teraz za to zapłacić
Jak człowiek nie ma celu, stoi w miejscu. Jak ma dwa cele – zatacza się od ściany do ściany. Jak ma wiele celów – kręci się w kółko.
Jeśli się chce gdzieś dojść, trzeba mieć jeden cel. Cel Główny. To nie znaczy, że trzeba się na czymś zafiksować, jak IV RP na układzie. Ale cokolwiek zamierzamy robić, musi to nas przybliżać do Celu Głównego lub przynajmniej temu celowi sprzyjać.
Jaki dziś powinien być ten nasz Cel Główny? Wybór jest otwarty.
Rząd zdaje się za Cel Główny uznawać utrzymanie wzrostu gospodarczego. To nie jest zły cel i wybiera go wiele rządów. A zwłaszcza banki centralne. Ale doraźne narzędzia podtrzymywania wzrostu (emisja pieniądza, obniżki podatków, finansowanie konsumpcji długiem publicznym, korporacyjnym, prywatnym, ułatwienia dla firm i deregulacja – np. zawodów) są kosztowne, mają skutki uboczne, nie dadzą się stosować bez końca. I – gdy się ich używa wyłącznie z myślą o doraźnym podtrzymaniu wzrostu – zmniejszają szanse na silny wzrost w przyszłości.
Podobnym celem byłoby przystąpienie do euro. Dałoby się wokół niego zorganizować całą politykę – redukując deficyt – umacniającą złotówkę, zmniejszającą dług. Ale nie da się w ramach tak zdefiniowanego celu budować ani podtrzymywać kapitałów potrzebnych, by Polska mogła się efektywnie rozwijać, gdy będzie już wewnątrz strefy euro.
W jednolitym obszarze walutowym nie da się konkurować tanią walutą, a konkurowanie dumpingiem socjalnym prowadzi biedny kraj do zbiednienia, bo stymuluje drenaż talentów i kompetencji do krajów zamożniejszych. Trzeba będzie konkurować głową, wydajnością, kreatywnością i raczej niskimi kosztami transakcyjnymi niż niską ceną pracy i słabymi zabezpieczeniami społecznymi. A szybkie dostosowanie do wymogów traktatu z Maastricht wymaga ograniczenia wydatków na edukację, zdrowie, infrastrukturę, kulturę, spójność – czyli na te zasoby, które w głównej mierze będą decydowały o naszej sytuacji za 10-15 lat.
Wiem, że w uszach osób przyzwyczajonych do obecnie dominującego dyskursu zabrzmi to nieco naiwnie, ale proponowałbym odwrócić tok myślenia. Krótkookresowy wzrost, równowagę budżetu, przystąpienie do euro postawić tam, gdzie ich miejsce, czyli w szafce z narzędziami. Bo są to narzędzia i tak je należy traktować. Dla ministra finansów to mogą być resortowe cele. Dla szefa NBP to mogą być cele banku. Ale nie są to cele dla kraju. Nie dla rządu, nie dla partii politycznych i nie dla społeczeństwa. Zamknijmy na chwilę szafkę z narzędziami i zastanówmy się, po co nam one są? O co w tej grze chodzi?
Donald Tusk miał kiedyś ładną odpowiedź: „By żyło się lepiej. Wszystkim”. Ale jakim wszystkim? I kiedy? Proponowałbym perspektywę 2040 i wybór celu w postaci dominującego wtedy na rynku pierwszego pokolenia Polaków zdolnych do konkurowania na rynku europejskim (globalnym też) nie tylko niskimi płacami i ograniczonymi oczekiwaniami socjalnymi, ale rozumianymi najszerzej kompetencjami.
Dlaczego? Bo wtedy wedle wszelkiego prawdopodobieństwa inaczej już się konkurować nie da. Jeżeli wcześniej nie dojdzie do wielkiej wojny, która wszystko zmieni, to Europa albo będzie realnie zjednoczona, albo jej w sensie wspólnoty nie będzie. Będziemy więc mieli nie tylko wspólną walutę, ale też jednolity rynek pracy gwarantujący jednolite warunki zatrudnienia, wspólny system emerytalny, wspólne ubezpieczenie zdrowotne i zasadniczo wspólny system podatkowy.
Dumping walutowy, socjalny, podatkowy ani nawet prawny (w sensie odmiennego prawa gospodarczego) nie będzie możliwy. Kryzys pokazał, że cena tak rozumianej suwerenności państw jest w Unii zbyt duża. Do europejskich elit dotarło już, że nie da się takiej suwerenności na dłuższą metę utrzymać, zachowując wspólnotę. To zaś oznacza, że państwa (jeśli będą to jeszcze państwa) będą konkurowały głównie jakością infrastruktury technicznej i społecznej.
Myśląc całkiem egoistycznie – jakość życia rządzących dziś Polską pięćdziesięciolatków w ostatnich latach przed śmiercią będzie zależała od tego, ile i jak mądrze w najbliższych latach zainwestujemy w pokolenie za trzydzieści lat najbardziej znaczące na rynku pracy. O sile Polski będzie wtedy decydowała jakość roczników wybierających się dziś do przedszkola i szkoły, liczebność i jakość kilkunastu następnych roczników oraz to, czy skończywszy edukację zostaną one w Polsce i – ewentualnie – która ich część będzie skłonna do emigracji. Oraz która część tego pokolenia będzie z innych państw migrowała do Polski.
Jeżeli Donald Tusk i ja chcemy umierać w kraju ludzi jako tako zamożnych i szczęśliwych, zdolnych i chętnych do zapewnienia nam w miarę komfortowego końca, musimy, niestety, trochę teraz za to zapłacić. Ale przede wszystkim musimy skoncentrować się na wielkości i jakości następnego pokolenia Polaków.
Narzędzia są proste i dość powszechnie znane. System podatkowy uznający dzieci za członków rodziny, a nie tylko za hobby, czyli traktujący dzieci jak niepracujących małżonków. Powszechne, bezpłatne przedszkole od trzeciego roku życia, ale nie jako przechowalnia i nie jako wstęp do edukacji, lecz miejsce zdobywania kompetencji społecznych, wzmacniania kreatywności i otwartości. Szkoła zapewniająca nie tylko wiedzę, lecz także całodzienne zajęcia i wyżywienie, wyrównywanie różnic społecznych, opiekę medyczną i dalszą socjalizację, program wychowawczy, rozwijanie umiejętność krytycznego, samodzielnego myślenia, pracy zespołowej i postaw obywatelskich.
Powszechne bezpłatne przedszkole i całodzienna bezpłatna szkoła z ambitnym programem to duże wydatki. Budżet oświaty (dziś blisko 40 mld zł) trzeba by zapewne zwiększyć o połowę. Tyle mniej więcej, ile teraz przelewamy do OFE (od przyszłego roku ta kwota zacznie szybko rosnąć z 2,3 do 3,5 proc. płac). Nie wahałbym się jednak ani chwili, żeby wstrzymać transfery (które i tak nie dadzą nam emerytur sensownej wysokości), by zainwestować w system oświatowy, który zachęciłby Polaków do rodzenia dzieci, ułatwiłby zawodową aktywność kobiet i podniósłby „jakość” następnych roczników, dzięki czemu wpływy z podatków i składki do ZUS będą w przyszłości wyższe, umożliwiając wyższe emerytury i lepszą opiekę zdrowotną.
W ramach programu Polak 2040 zaproponowałbym też rozwiązania, które nie muszą kosztować, a mogą być istotnym ułatwieniem przy podejmowaniu decyzji o posiadaniu dzieci. Na przykład możliwość korzystania z urlopów wychowawczych przez dziadków zamiast rodziców, co poprawiłoby sytuację młodych kobiet na rynku pracy i złagodziłoby skutki podniesienia wieku emerytalnego.
Istotne są też zmiany mające bardziej psychologiczne niż finansowe znaczenie. Na przykład zwolnienie dzieci z naliczanych od osoby opłat komunalnych (wywóz śmieci, opłaty uzdrowiskowe itp.). Żeby istotnie zwiększyć przyrost naturalny, koniecznie jest bowiem wysłanie przez państwo wyraźnego sygnału, że ryzyka i ciężary związane z posiadaniem dzieci społeczeństwo będzie dźwigało na równi z rodzicami. Takim sygnałem byłoby też bezterminowe, wyraźnie kierowane (np. w postaci specjalnych imiennych kart płatniczych) wsparcie dla uczących się dzieci bezrobotnych rodziców. Byłoby nim też stworzenie odrębnych programów mieszkaniowych dla rodzin z dziećmi.
Jednocześnie zwiększyłbym nakłady na wyższą edukację publiczną (może realizowaną także przez prywatne uczelnie spełniające kryteria akademickie), wprowadzając specjalny podatek dla dobrze zarabiających osób, które wykształciły się w systemie publicznym. Nie ma powodu, żeby ci, których renta edukacyjna okazała się odpowiednio wysoka, nie zwracali państwu środków wyłożonych na ich wykształcenie.
Z pewnością wiele osób uzna, że bez względu na źródła finansowania taki program byłby zbyt dużym obciążeniem dla gospodarki tłamszonej przez kryzys (który się prędko nie skończy). Myślę, że przeciwnie. Wydatki na oświatę i szkolnictwo wyższe to w dużej mierze płace nauczycielskie, gdzie mnożnik jest wysoki. Czyli: większość wydatków budżetu szybko wraca do niego jako różnego rodzaju podatki. Byłby to więc silny impuls stymulacyjny dla gospodarki więdnącej wraz z gaśnięciem środków unijnych. A dzieci to skarbonka wymuszająca większą konsumpcję prywatną i skłaniająca rodziców do zabiegania o wyższe dochody, czyli do zwiększania wydajności pracy.
Także na rynku pracy zastąpienie babć i dziadków przez rodziców będzie na ogół sprzyjało większej wydajności. Wreszcie całodzienna szkoła uwolni potencjał zawodowy osób, które dziś zajmują się dziećmi po szkole, a szkolne żywienie stworzy miejsca pracy i – jeśli będzie racjonalne – przyczyni się do poprawy sytuacji zdrowotnej, zmniejszając wydatki służby zdrowia i zwiększając wydajność pracy w przyszłości.
Nawet w krótkim okresie bilans może więc być lepszy niż inwestycje OFE. Opodatkowanie lepiej zarabiających absolwentów zmniejszy zaś regresywny charakter polskiego systemu podatkowego i przyczyni się do zmniejszenia nierówności społecznychi, co też sprzyja wzrostowi. Duże znaczenie dla wzrostu gospodarczego i dochodów państwa będzie też miało ograniczenie drenażu mózgów, czyli emigracji ze względów socjalnych osób, których wykształcenie finansował budżet. Nasze inwestycje edukacyjne będą w mniejszym stopniu wspierały gospodarki bogatszych państw Unii. Większe nakłady na szkolnictwo wyższe zmniejszą zaś liczbę marnowanych talentów.
Dużo tego. To prawda. Ale kiedy chce się uzyskać istotną zmianę społeczną, potrzeba zmasowanych działań. Jak nie ma sensu zarzucać zbyt rzadkiej sieci, gdy chce się złowić ryby, tak nie ma sensu strzelać z pojedynczych pomysłów, gdy chce się wywołać poważną społeczną zmianę. A potrzebujemy bardzo poważnej zmiany, która przełamie społeczne poczucie osamotnienia (i faktyczne osamotnienie) powodujące lęk przed prokreacją i zapobiegnie marnowaniu talentów kolejnych roczników niesocjalizowanych, źle kształconych i emigrujących w swojej cennej części.
Nie może to jednak być kolejna „Wielka Reforma” – robiona na kolanie, dziurawa, generująca więcej problemów i kosztów niż korzyści, a potem demontowana, odwoływana i naprawiana przez następne rządy. Żeby taki polityczny zwrot miał praktyczny sens, musi być spójnym, dopracowanym w szczegółach programem.
Musi też być uzgodniony przez wszystkich znanych dziś pretendentów do sprawowania władzy przynajmniej w następnych dwóch kadencjach. Po pierwsze dlatego, że decyzja prokreacyjna jest zbyt ważna, by miały na nią wpływ nawet bardzo szczodre obietnice państwa, jeżeli jest poważne ryzyko, że po wyborach państwo się z nich wycofa. Po drugie dlatego, że taka polityka nie ma żadnego sensu, jeśli nie jest kontynuowana co najmniej przez dwie dekady. To nie znaczy, że żadne jej elementy nie mogą być zmieniane. Ale trwałość logiki musi być zagwarantowana.
Takie porozumienia były mniej czy bardziej formalnie zawierane i realizowane m.in. w krajach skandynawskich przy obu powojennych falach reform polityki społecznej. Polska kultura polityczna jest bardziej konfliktowa i mniej kooperacyjna. Ale gdy chodzi o tego rodzaju program, możliwy jest konsens wszystkich sił poza najbardziej radykalnymi neoliberałami.
Gdyby to się udało, Polak 2040 zmieniłby nie tylko mechanikę rozwoju, ale też destrukcyjną kulturę polityczną, która od dwóch dekad jest jednym z największych polskich problemów. Warto przynajmniej spróbować.
*Jacek Żakowski – komentator tygodnika „Polityka”, autor serii wywiadów „Rozmowy Żakowskiego” oraz publicystyki na temat polityki krajowej, ekonomii i problematyki globalnej. Kierownik Katedry Dziennikarstwa Collegium Civitas. Autor kilkunastu książek – ostatnia „Zawał. Zrozumieć kryzys”.
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (16)