Cezary Kościelniak*
Jeśli chcemy ludzi przebudzić do wielkich idei, to wpierw trzeba dać im pewność siebie, która wynika właśnie z sukcesów małych kroków
Dyskusja o ideach dla Polski powinna rozpocząć się od podstawowego pytania: jakiego typu idei modernizacyjnej poszukujemy? Czy mają to być projekty kulturowo-infrastrukturalne, jak w II Rzeczypospolitej budowanej Gdynią czy magistralą kolejową, które wyznaczały Polsce nową tożsamość? Czy też będziemy poszukiwać międzynarodowych projektów politycznych wyznaczających naszą rolę jako lidera dla Europy Centralnej? A może chcemy skupić się na lokalnych sprawach, glokalizacji, czyli budowaniu naszego centrum świata w soczewce prowincji, gdzie nie panuje anonimowa relacja z władzą, tak jak dzieje się to w północnej Italii?
Nie wiemy czego chcemy, gdyż dyskusja o Polsce jest chaotyczna, a jej wpływ na decyzje polityczne płynie różnymi, często ukrytymi strumieniami. Czy mamy w Polsce wielkie idee, które wyznaczają naszą przyszłość? Można powiedzieć, że mamy ich zanadto, gdyż prawie każde środowisko opiniotwórcze co rusz wystawia pod debatę kluczowe idee dla Polski. Toniemy pod naporem konferencji, białych i zielonych ksiąg, raportów o stanie państwa, głównych kierunków działań, map drogowych itp. Lóż mędrców jest więcej niż postulowanych przez nie zmian.
Chyba w żadnym innym kraju tak precyzyjnie nie zdefiniowano obecnego stanu i nie postawiono tylu postulatów rozwoju kraju. Inflacja idei może świadczyć o świadomości przekonań o naszym państwie. Jednak inflacja idei to także kłopot. Wpierw metodologiczny. Trudno w tej powodzi rozróżnić, co jest ideą przyszłości, a co jedynie przyczynkarskim pomysłem.
W debatach często gubi się kaliber spraw. Mieszają się idee „krótkiego trwania” – gdzie postulaty wypływają z określonych kazusów – z generalnymi kierunkami rozwoju. Powoduje to odbijanie się od problemu do problemu. Wniosek z tego chaosu jest taki, że mamy jakąś niezdolność i niechęć do myślenia ogólnego czy projektowania w ogóle, a jesteśmy zakładnikami myślenia krótkowzrocznego. Inflacja idei pokazuje, że tak naprawdę nie wiemy, jakiej Polski chcemy. To ciekawe, że u arcypraktycznych Amerykanów nieustannie pojawia się wizja ogólna. Zarówno u republikanów, jaki i u demokratów dyskutuje się nad tym, czym ma być Ameryka przyszłości i bynajmniej nie jest to li tylko refleksja nadbudowana na teraźniejszość.
Oczywiście blokadą dla wielkich idei jest brak sukcesu w małych kwestiach, w niezrealizowanych obietnicach i źle działającym państwie. Tymczasem, aby przekonać obywateli do wielkich projektów, trzeba mieć sukcesy w małych projektach. „Małe” oznaczają lokalne drogi, dobrze działające przychodnie, przedszkola, które nie będą zamykane 23 grudnia i 2 maja, szkoły z możliwością świetlicy dla wszystkich wracających późno z pracy rodziców, bezproblemową komunikację miejską, niespóźniające się pociągi itd. Innymi słowy, jeśli chcemy ludzi przebudzić do wielkich idei, to wpierw trzeba dać im pewność siebie, która wynika właśnie z sukcesów małych kroków.
Polacy potrzebują swojej własnej, nowej idei jeffersonowskiej, nowego powiewu ducha „self-governance”, której nie powinniśmy tłumaczyć jako „samorządności”, a raczej „samo-działania”, czyli wiarę w autonomiczność, we własne możliwości, w siłę zdrowego rozsądku oraz krytycznego spoglądania na wszelkie autorytety. Wiarę w nadzieję, że możemy odnieść sukces.
Już bez głębokich badań można zauważyć, że Polacy utracili poczucie przedsiębiorczości, ale i przedsiębiorcze marzenia. Wpierw utracili je w wymiarze własnego sukcesu. W moich czasach studenckich (lata 90-te) bardzo popularnym marzeniem wśród rówieśników było własne przedsiębiorstwo. Polacy przechodzili rewolucję kultury korporacyjnej, ale także przedsiębiorczej, która choć kulawa, to jednak się rozwijała. Własna firma oznaczała niezależność. Obecnie kultywujemy wszystko, co nosi przymiotnik „publiczna/y”. Także marzenia są z tych „publicznych”, lepiej być zatrudnionym, wykonującym polecenia lecz (pozornie) stabilnym.
Niestety użycie przymiotnika „publiczny” oznacza często ukryte marzenie o zbyciu odpowiedzialności na kogoś innego. To państwo, a nie my sami mamy utrzymać rynek pracy, dobrobyt, zaspokoić jak najwięcej potrzeb. Liczenie przede wszystkim na państwo w pewnym momencie staje się niewidzialną pułapką postawy biernego konsumowania, pozbawia kreatywności, a w konsekwencji ogranicza nasz entuzjazm w drodze do zmiany świata.
Poszukując idei samorządności niekoniecznie musimy spoglądać na Jeffersona. Mamy swoje wzorce, ojców XIX-wiecznego Poznańskiego Pozytywizmu, szczególnie postaci Karola Marcinkowskiego, ks. Wawrzyniaka czy Antoniego Chłapowskiego. Marcinkowski założył jedną z pierwszych na świecie szkół zawodowych dla dziewcząt. Drugi z wymienionych jedną z pierwszych na ziemiach Polski kas oszczędnościowo-inwestycyjnych. Chłapowski z powodzeniem modernizował rolnictwo. Nie bez kozery Wielkopolska prowincja należała do najnowocześniejszych wsi w Europie, gdyż tutaj, w lokalnych dworkach, wdrażano na masową skalę nowe technologie upraw, hodowli, melioracji czy nowinek w stylu ochrony pól przed wiatrem.
To też dlatego w Wielkopolsce nie uświadczysz chat ze strzechą czy domów z izbami, a pola mają uporządkowaną strukturę własnościową. Spuścizna Poznańskiego Pozytywizmu to kultura gospodarności u podstaw której stoi metoda polepszania swego otoczenia oraz łączenia postępu ekonomicznego z kulturowym. Przekaz jest prosty: zróbmy sobie zmianę sami, nie czekajmy na zbawcę z centrali. Ale dodajmy od razu: potrafimy (tzn. mamy mądrych ludzi, którzy wiedzą jak) i chcemy to zrobić (tzn. możemy w weekend trochę poświęcić swój wolny czas). Postawa ta odróżnia się jednak od liczenia na „pomoc publiczną”, wymusza kreatywne rozwiązania, wskazuje na kierunki poszukiwań.
Pozytywizm Poznański był możliwy ponieważ ludzie mieli wolę do kooperacji. Drobni właściciele dworków w Wielkopolsce nie byli traktowani jako „pany”, ale inwestorzy. Interesującą historię opowiadał dominikanin, o. Walenty Potworowski, syn właściciela dworku w Goli. Gdy w 1945 do Wielkopolski przyszła Armia Czerwona chłopi pochowali przed czerwonym żołdactwem właścicieli w swych domach. Sowieci nie mogli wyjść ze zdziwienia, dlaczego nie chcą ich linczować, tylko chronią?
Kooperacja w dzisiejszej Polsce została zawłaszczona przez pojęcie „politycznego przymierza”: kooperuję, tzn. utożsamiam się z jakąś partią, na rzecz której działam. Czasami, jeśli to potrzebne, w sojuszu z innymi partiami. Ale z innymi to już nie kooperują, a walczę. Kooperacja musi zostać wyzwolona z partyjniackiego myślenia. I najlepiej można ją rozwijać w małych jednostkach: gminach, osiedlach i powiatach. Brak tej kooperacji wynika właśnie z niewiary, iż można by osiągnąć coś razem; że ten drugi to mój partner.
W katolickim kraju brakuje protestanckiej etyki pracy, gdzie wszyscy działamy pod wspólnym szyldem, waloryzujemy prywatny dobrobyt, którego częścią będzie dobre otoczenie. Otoczenie nie tylko infrastrukturalne, ale i społeczne – do czego potrzeba konsensusu i kooperacji, cech, jakich genetycznie nie uświadczymy w partyjnym myśleniu.
Do tej zmiany trzeba jednak przedsiębiorczych, lokalnych liderów, a nie politycznych janczarów, szkolonych w przypartyjnych młodzieżówkach. Potrzeba wizjonerów potrafiących poza gadaniem coś stworzyć, mających umiejętności intelektualne pozwalające myśleć długofalowo oraz potrafiący wywołać zmianę na najważniejszym poziomie, mezzo, poziomie miast i gmin. Wreszcie potrzebujemy liderów dostrzegających w rzeczywistości więcej niż tylko czubek interesu własnego, a którzy spowodują powrót obywateli do samo-rządności.
*dr Cezary Kościelniak – adiunkt na UAM, zajmuje się polityką szkolnictwa wyższego i zrównoważonym rozwojem. Stale współpracuje z miesięcznikem „Znak” i Instytutem Obywatelskim
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (1)