Weronika Przecherska*
Merkel udowodniła, że jest liderką. Steinbrück nie miał jeszcze takiej szansy. Lecz zamiast z całą zaciekłością o nią walczyć, odpowiada na niewygodne pytania coraz bardziej stremowany
„Jak bardzo na lewo bije pańskie serce?“ – pytał kandydata socjaldemokratów na kanclerza Peera Steinbrücka gospodarz popularnego talk show Günther Jauch. „SPD to partia robotników, ludzi o niskich dochodach, reprezentująca ideę solidarności społecznej“ – Jauch z uśmiechem na twarzy „grillował“ coraz bardziej poirytowanego socjaldemokratę. „Denerwuje się pan?“ – perorował. Mawia się, że obraz mówi więcej niż tysiąc słów. Twarz Steinbrücka mówiła wszystko.
Ironiczny i sarkastyczny. Zapalony szachista i wybitny mówca. Peer Steinbrück jeszcze rok temu wykluczał starcie z Angelą Merkel o fotel kanclerski. Nie przekonywały go nawet zachęty byłego kanclerza Helmuta Schmidta. Oczywiście spekulacje schlebiały czołowemu politykowi SPD, ale miały – jego zdaniem – niewiele wspólnego z rzeczywistością. Ta jednak okazała się, jak to zwykle bywa, zupełnie inna od przewidywań. W efekcie wewnątrzpartyjnej układanki kontrkandydatem Merkel w nadchodzących wyborach będzie właśnie Steinbrück. Komentatorzy już odgwizdali początek wyborczego wyścigu. I, jak samochwalczo gwarantował socjaldemokrata, na pewno nie będzie to wyścig nudny.
Pikanterii tej rozgrywce dodaje z pewnością fakt, że Steinbrück był w latach 2005-09 ministrem finansów w rządzie Angeli Merkel. W świecie polityki uchodzili za „dream team“ i pogromców finansowego kryzysu. Po wyborczej klęsce socjaldemokraci zmuszeni byli jednak przejść do opozycji i polityczne ścieżki Steinbrücka i Merkel rozeszły się. Choć działania kanclerz w trakcie finansowej zapaści zyskały duże społeczne poparcie, krytyków jej polityki nie brakuje. Berlin sprawnie zarządza kryzysem , jednak coraz bardziej widoczne są społeczne nierówności.
Komentatorzy wypominają Merkel brak zdecydowania w podejmowaniu decyzji.Wizerunku kanclerz nie poprawiają też negatywne opinie płynące z zagranicy. Steinbrück, jako kandydat socjaldemokratów i przedstawiciel walczącej o władzę opozycji, miał więc pełne pole do popisu. Mógł punktować rosnące społeczne dysproporcje, odwoływać się do socjaldemokratycznych ideałów czy krytykować poczynania kanclerz. Tak się jednak nie stało.
Peer Steinbrück od początku tej kampanii nie miał szczęścia. Prowokował do dyskusji. Udawadniał, że nie nadąża za procesami kształtującymi dzisiejszą politykę. Ot, choćby kwestia internetu. Złotousty socjaldemokrata nie krył sceptycznego nastawienia do cyfrowych nowinek. Zdawał się nie rozumieć, że korzystanie z Twittera czy Facebooka nie jest dziś modnym widzimisię, ale znakiem czasu. Elementem polityki partycypacyjnej, zakładającej dialog na linii wyborca-polityk.
Media bardzo szybko przykleiły mu łatkę – „kandydat offline“. W wolnym tłumaczeniu na język ery tabletów i smartfonów: nieobecny, nieprzystępny, bez kontaktu z wyborcami. Przychylni komentatorzy próbowali bronić Steinbrücka. Offline, lecz prawdziwy – pisali. Jednak internet szybko podchwycił temat. Pasjonaci komunikacji zamieszczali w sieci listy skierowane do kandydata, tłumacząc dlaczego jednak warto być online. Dziennikarze zastanawiali się, jak bardzo na swojej niechęci do internetu Steinbrück straci w tych wyborach. Sztabowcy poruszającej się coraz lepiej w wirtualnej przestrzeni Angeli Merkel musieli zacierać ręce. Najlepsze było jednak dopiero przed nimi.
Media przyjrzały się też dokładnie pozaparlamentarnym dochodom Steinbrücka. Okazało się, że od początku kadencji wygłosił kilkadziesiąt przemówień. Szacuje się, że mógł zarobić ponad milion euro. Natychmiast wypomniano mu, że w styczniu 2010 roku zamiast w Bundestagu debatować nad budżetem, pojawił się na ekskluzywnym wieczornym przyjęciu. Wreszcie pytano, jak udaje mu się umiejętnie łączyć te pozaparlamentarne przecież obowiązki z wyczerpującą pracą posła? Doniesienia stały się początkiem dyskusji o wielkich pieniądzach i transparentności w polityce oraz jej kontaktów z biznesem. Poirytowany Steinbrück medialną nagonkę próbował nieumiejętnie odeprzeć stwierdzeniem: „transparentność istnieje tylko w dyktaturach”. Ostatecznie jednak zdecydował się na upublicznienie swoich dochodów.
Zwrot w komunikacyjnej strategiinie zmienia jednak faktu, że honoraria byłego ministra finansów są dla przeciętnego Niemca oszałamiające. Jeszcze bardziej kłują w oczy potencjalnych wyborców socjaldemokratów. Równość społeczna, ukrócenie dyktatu pieniądza i wielkich finansowych instytucji są przecież wypisane na sztandarach tej partii złotą zgłoską. Z tak wysokich dochodów trudno byłoby wytłumaczyć się politykowi każdej opcji. Przedstawicielowi socjaldemokracji przyszłoby to podwójnie ciężko. Dla kandydata SPD na kanclerza w czasach szalejącej finansowej depresji, kiedy wszyscy zaciskamy pasa, może to być zadanie ponad siły.
Steinbrück, choć poirytowany, robi jednak dobrą minę do złej gry. Tłumaczy, gdzie, kiedy i za ile wygłosił przemowę czy udzielił wywiadu. Jest sprytnym politycznym graczem i jak na takiego przystało radzi sobie całkiem nieźle. Otwartym pozostaje jednak pytanie, jaki wpływ na jego wyborczy wynik będzie miała ta medialna szarpanina.
Według badania przeprowadzonego ostatnio przez ARD-Deutschlandtrend Merkel przekonuje 50 proc. ankietowanych. Steinbrück już tylko 36 proc. Wyborcy są zdania, że kanclerz sprawdziła się w trudnych momentach. Udowodniła, że jest liderką. Steinbrück nie miał jeszcze takiej szansy. Zamiast jednak z całą zaciekłością o nią walczyć, coraz bardziej stremowany odpowiada na niewygodne pytania.
*Weronika Przecherska – tłumacz, analityk polityczny w Instytucie Obywatelskim
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl



Komentarze
Pokaż komentarze