Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski
295
BLOG

Państwo wobec kryzysu

Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski Polityka Obserwuj notkę 5

Jan Gmurczyk, Jarosław Makowski*

Donald Tusk nie zapowiedział budowy galerii handlowych czy multipleksów, ale inwestycje w energetykę, naukę i żłobki. Państwo nie wkracza zatem w nowe obszary, lecz wzmacnia działania tam, gdzie jest i musi być aktywne

Marek Magierowski postanowił upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Skrytykował sejmowe wystąpienie Donalda Tuska, jak również nasz komentarz do niego „Inwestycje i bezpieczeństwo”.

Sedno wywodu Magierowskiego jest takie: „Tusk, wybierając ręczne zarządzanie kryzysem, obawia się utraty kontroli nad procesami gospodarczymi. Boi się „twórczej destrukcji”, wrodzonej cechy kapitalizmu, pozwalającej na jego rozwój. Woli sterowanie odgórne – teoretycznie bezpieczniejsze, ale na dłuższą metę zabójcze dla wolnego rynku”.

Wiara Magierowskiego w absolutną skuteczność i nieomylność nieskrępowanej i niewidzialnej ręki rynku budzi nasz podziw. Państwo (zwłaszcza polskie), sądzi publicysta „Uważam Rze”, powinno trzymać się od gospodarki z daleka. Gdy przychodzi kryzys, to – podążając za austriacką szkołą ekonomii – nie należy hamować procesu „twórczej destrukcji”. Trzeba pozwolić zbankrutować wszystkim nieefektywnym podmiotom, co stanowić będzie naturalne oczyszczenie i udoskonalenie kapitalizmu.

Nasz krytyk nie dostrzega w tym miejscu kilku ważnych faktów i zależności związanych z obecnym kryzysem i lekcjami płynącymi z historii gospodarczej. Przede wszystkim, do kryzysu w Stanach Zjednoczonych – które podaje jako przykład braku efektów terapii stymulacyjnej – doprowadziła właśnie ślepa wiara w błogosławieństwo nieuregulowanego rynku. W efekcie wybuchł kryzys finansowy, który następnie wkroczył do sfery realnej gospodarki i rozlał się po całym świecie. Czy lekiem na kryzys wywołany przez zbyt zliberalizowany rynek ma być zatem jeszcze więcej wolnego rynku?

Nie jest też prawdą, że pakiet stymulacyjny w USA nie przynosi owoców. Dziś stopa bezrobocia w Ameryce wynosi ok. 8 proc., a Międzynarodowy Fundusz Walutowy podniósł ostatnio prognozę wzrostu gospodarczego na 2012 rok z 2,0 do 2,2 proc. Nieźle, zwłaszcza że PKB strefy euro skurczy się w tym samym czasie o 0,4 proc.

Poza tym, oceniając politykę antykryzysową należy patrzeć nie tylko na to, co się wydarzyło. Trzeba też uwzględnić to, co nie miało de facto miejsca. Otóż wyobraźmy sobie, że amerykański rząd pozwala upaść wielkim firmom, chcąc wywołać „twórczą destrukcję”. Uruchomione w ten sposób negatywne efekty mnożnikowe sprawiłyby, że do grona bankrutujących firm dołączyłyby też i inne, nawet najefektywniejsze, które działają wspaniale i w żadnym razie nie przyczyniły się do kryzysu.

Mechanizm byłby prosty: fala bankructw wywołałaby powiązany ze sobą spadek popytu ze strony inwestorów, firm i gospodarstw domowych, uruchamiając spiralę deflacyjną. To prawda, w takich warunkach gospodarka zostałaby „wyczyszczona” bardzo dogłębnie, a wszelka nieefektywność wyrwana z korzeniami. Tyle że nastąpiłoby to bez oglądania się na zniszczenia powstałe dookoła.

To w imię deregulacji i wolnego rynku powstały firmy „zbyt duże by upaść” (too big to fail). Dopóki ich uprzywilejowany status w systemie ekonomicznym, wynikający z samej ich wielkości, nie zostanie właściwie uregulowany, ceną za „twórczą destrukcję” zawsze będzie społeczny chaos i załamanie gospodarcze. Bankructwo tego typu firm wywołałoby efekt domina, negatywnie odbijając się na gospodarce. Oczywiście, w obecnych warunkach można by było pozwolić na krach firm „zbyt dużych, by upaść”, ale pytanie w tym miejscu jest następujące: czy wolny rynek ma służyć społeczeństwu czy też społeczeństwo wolnemu rynkowi?

Naturalnie, fundamentem gospodarki powinien być mechanizm rynkowy, ale przecież i on napotyka na własne ograniczenia. W ekonomii funkcjonuje nawet odrębny kierunek badań nad zawodnościami rynku. Państwo w tych warunkach musi być nie ortodoksyjne i sztywne, ale – jak chce premier Tusk – elastyczne. Tym bardziej dziś, gdy wokół panują niepewność i ryzyko.

Szukanie optimum między państwem a rynkiem to kwestia sporna od przeszło dwustu lat i zawsze znajdą się zwolennicy jednego czy drugiego podejścia. Dlatego jeśli premier zapowiedziałby, że Polska zacznie zaciskać pasa i nie będzie inwestycji publicznych, to podniosłaby się wrzawa, że „polskie państwo nic robi”. A tak, gdy dostajemy plan działań państwa, od razu pojawiają się zarzuty, że na dłuższą metę niszczymy wolny rynek.

Zauważmy jednak, że państwo jest sprawne wtedy, gdy dobiera skuteczne narzędzia, by kolonizować kryzysową rzeczywistość. Co więcej, Tusk nie zapowiedział budowy galerii handlowych, domów mediowych czy kinowych multipleksów. W planach są inwestycje w energetykę, drogi, koleje, armię, naukę, żłobki i przedszkola. Słowem – państwo nie wkracza w nowe obszary, lecz dofinansowuje aktywność w tych, w których było, jest i musi być aktywne. Mało tego, Polacy tego dofinansowania oczekują.

Uzasadnienie tych wydatków publicznych jest tym większe, że Polska notuje spowolnienie gospodarcze i wzrost bezrobocia. Działania rządu mogą przynieść dodatnie efekty mnożnikowe, czyli wesprzeć przy okazji koniunkturę w całej gospodarce.

Celem działań rządu nie jest wyrugowanie sił rynkowych, ale ich wsparcie. Dziwne, że Marek Magierowski nie rozumie tak prostej rzeczy.

*Jan Gmurczyk – ekonomista, analityk w Instytucie Obywatelskim

*Jarosław Makowski – filozof, szef Instytutu Obywatelskiego

Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl

Zajmuje nas: społeczeństwo obywatelskie, demokracja, gospodarka, miasta, energetyka. Nasze motto to "Myślimy by działać, działamy by zmieniać".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Polityka