Jan Gmurczyk*
Czy drogi Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej się rozejdą? A jeśli tak, to jakie byłyby tego gospodarcze skutki?
Kryzys strefy euro dobitnie uświadomił decydentom Eurolandu, jak bardzo integracja gospodarczo-walutowa potrzebuje wzmocnienia. Jednocześnie kolejne szczyty unijne, podczas których wykuwano projekty unii fiskalnej i bankowej ukazały, jak wielkie i niewzruszone kryzysem pozostaje chłodne zdystansowanie Brytyjczyków wobec wszelkich pomysłów zacieśnienia integracji europejskiej.
To zdystansowanie obserwujemy zresztą także w kontekście negocjacji nad ramami finansowymi UE na lata 2014-20. Po zeszłotygodniowym szczycie unijnym brytyjski premier David Cameron zarysował jasną alternatywę: albo wydatki UE zostaną zamrożone, albo Brytyjczycy zawetują każdą inną propozycję budżetu.
Skąd ten eurosceptycyzm?
Tę uparcie powściągliwą postawę wobec Europy można uznać za rozczarowującą, ale na pewno nie za niezrozumiałą. Wielka Brytania nie uczestniczy w integracji walutowej, bo woli niezależność polityki monetarnej Banku Anglii, zaś brytyjski funt wciąż cieszy się na arenie międzynarodowej pewnymi względami (choć jego znaczenia też nie należy wyolbrzymiać).
Wyjątkowy status ma przy tym londyńskie City, które wraz z Nowym Jorkiem i Tokio tworzy główną arterię globalnych rynków finansowych. Według danych Brytyjskiego Urzędu Statystycznego w samym tylko 2010 roku korporacje finansowe zapewniły gospodarce Wielkiej Brytanii 123 mld funtów wartości dodanej. Nie dziwi zatem, że każda inicjatywa unijna dotykająca sektora finansowego budzi na Wyspach podejrzliwość.
Zwróćmy też uwagę na orientację brytyjskiego handlu. Na podstawie danych Eurostatu łatwo wyliczyć, że Wielka Brytania w 2011 roku 50 proc. swego eksportu kierowała poza UE. Dla porównania, analogiczny wskaźnik dla eurosceptycznych Czech to 17 proc., euroentuzjastycznej Polski 22 proc., a wszystkich państw unijnych 36 proc. Sytuacja z importem wygląda podobnie.
Wreszcie, Wielka Brytania należy do tzw. grupy płatników netto budżetu unijnego. Komisja Europejska oszacowała, że istnieje przeszło trzydzieści sposobów na określenie bilansu wpłat i wypłat z unijnej kasy, ale najczęściej mówi się, iż Brytyjczycy „dokładają” do UE „na czysto” ok. 4-5 mld euro rocznie.
Tym samym podstaw do powściągliwości w ramach projektu unijnego nie można Wyspiarzom odmówić. Colin Crouch twierdzi jednak, że tak naprawdę pod płaszczykiem brytyjskiego eurosceptycyzmu skrywa się coś znacznie więcej. Nad współudział w budowie globalnej pozycji Europy Brytyjczycy przedkładają po prostu chęć podłączenia się pod korzyści płynące z amerykańskiej dominacji w świecie. Wielka Brytania jest do tego predysponowana – chociażby ze względu na bliskość kulturową z Ameryką.
Trzy drogi
Z tych wszystkich powodów przypadek brytyjskiego członkostwa w UE jest wysoce złożony i stąd jego „trudny” obraz. Z jednej strony interesy ekonomiczne Brytyjczyków w Europie są na tyle silne, że opłaca im się być w UE i mieć wpływ na unijne decyzje. Z drugiej, te interesy nie są na tyle mocne, by zaangażować się w pełni w europejski projekt.
Sęk jednak w tym, że pozostałe państwa członkowskie nie mają tak zawiłych dylematów. Zwłaszcza dotyczy to Eurolandu, gdzie kryzys uprzytomnił decydentom, iż nie można zbyt długo stać w rozkroku między unią gospodarczo-walutową a pielęgnacją poczucia suwerenności. Postawiona przed wyborem „dalsza integracja albo rozpad” strefa euro wybrała integrację.
W tej sytuacji przed Wielką Brytanią stoją trzy scenariusze. Pierwszy i zdecydowanie najbardziej prawdopodobny sprowadza się do tego, że Wyspiarze utrzymają status quo, czyli nie zrezygnują z unijnego członkostwa, ale i nie będą też wyrywni do pogłębiania integracji. Drugi na chwilę obecną graniczy z science fiction, albowiem zakłada, że Brytyjczycy porzucą funta, przyjmą euro i powiedzą po kolei gromkie „yes, yes, yes!” unii fiskalnej, bankowej i politycznej.
Trzeci scenariusz jest również mało prawdopodobny, a mianowicie taki, że Wielka Brytania odłączy się od Unii Europejskiej. Jest to rozwiązanie, które przewija się co jakiś czas w debacie nad członkostwem Brytyjczyków w UE, a dziś – w dobie negocjacji unijnego budżetu, dyskusji nad pogłębieniem integracji i medialnych licytacji, kto pierwszy opuści UE – ponownie powraca.
Lepsza alternatywa?
Pytanie tylko, czy to rozwiązanie miałoby w ogóle sens gospodarczy dla jednej i drugiej strony. Będąc w Europie, po prostu nie da się odżegnać od tej czy innej formy integracji europejskiej. Weźmy na przykład Norwegię, która formalnie do UE nie należy, ale stanowi część Europejskiego Obszaru Gospodarczego, więc i tak musi wdrażać unijne ustawodawstwo w wielu obszarach. Różnica w porównaniu z państwami członkowskimi jest taka, że Norwegowie nie mają głosu w procesie uchwalania europejskiego prawa. Jednocześnie za dostęp do wspólnego rynku łożą na unijną politykę spójności ok. 285 milionów euro rocznie. Mieszkańcy Islandii i Liechtensteinu są w podobnej sytuacji, przy czym płacą odpowiednio mniej.
Innymi słowy, jeśli Wielka Brytania chciałaby zrezygnować z członkostwa w UE, ale zostać w EOG (co można uznać za prawdopodobne), musiałaby biernie dostosowywać się do prawodawstwa unijnego, a jej wydatki na politykę spójności (jeśli przyjąć, że na jednego obywatela byłyby podobne jak w Norwegii) mogłyby łącznie wynosić ok. 3,5 mld euro rocznie. Czyli różnica – w porównaniu z obecną sytuacją – sprowadziłaby się do jednego czy dwóch miliardów euro. To znikomy ułamek brytyjskiego PKB, który według prognoz Eurostatu wyniesie w bieżącym roku ponad 1,9 biliona euro.
Jednakże kto wie, czy i ta skromna poprawa „pozycji netto” brytyjskich stosunków z UE rzeczywiście by się ziściła. Inne pytanie bowiem jest takie, jak wysokie cła pojawiłyby się po obu stronach kanału La Manche, gdyż EOG obejmuje strefę wolnego handlu, ale już nie unię celną. W tych warunkach niewykluczone, że handel między Wielką Brytanią a UE mógłby ulec pewnemu osłabieniu. A i atrakcyjność inwestycyjna Wysp zapewne by ucierpiała.
To tylko kilka wątpliwości, którym trzeba stawić czoła, gdy chcemy rozważać odłączenie się Brytyjczyków od UE. Obraz sytuacji wcale nie maluje się specjalnie korzystnie ani dla jednej, ani dla drugiej strony. Pytanie zasadnicze jest tu bowiem następujące: jaka jest dziś dla Wielkiej Brytanii – i pozostałych państw członkowskich – lepsza alternatywa wzajemnych stosunków niż UE?
UE nie jest taka zła
Okazuje się, że na to pytanie nie tak łatwo znaleźć odpowiedź, bo każda komplikacja relacji gospodarczych pociągnęłaby za sobą koszty. Być może właśnie dlatego David Cameron opowiada się za pozostaniem Wielkiej Brytanii w UE i nie pali się do zorganizowania w tej sprawie referendum.
Niewykluczone jednak, że z biegiem lat ekonomiczne ścieżki UE i Wielkiej Brytanii rozejdą się w inny sposób. Gotowe na pogłębienie integracji państwa członkowskie mogą stopniowo oddalić się od reszty UE, tworząc wokół euro krąg bardziej zaawansowanej współpracy gospodarczej i politycznej, do którego Wielka Brytania nie będzie należeć.
*Jan Gmurczyk – ekonomista, analityk w Instytucie Obywatelskim
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (4)