Cezary Kościelniak*
Amerykańskie wybory są już na finiszu. I powiem szczerze, że mam ich już dosyć. W Polsce wiele narzekamy na pazerność polityków. To, co dzieje się w USA, z pewnością przekroczyłoby nasze wyobrażenia.
Subskrybuję newsletter obu kandydatów i kilku nieliczących się partyjek. Okazuje się, że stałem się bardzo atrakcyjnym korespondentem. Dwa razy dziennie Barack Obama wysyłał mi maile z prośbą o zaangażowanie, niewielkie, choćby 3 lub 5 dolarowe. Nie pomogło, więc zaczął do mnie pisać Joe Biden.
Jednocześnie o to samo poprosił mnie Mitt Romney. Też nie pomogło, a jak wiadomo, gdzie diabeł nie może… więc zaczęły do mnie pisać żony kandydatów na prezydenta. I tak mógłbym szczycić się mailami od pań Michelle i Ann, oczywiście z prośbą o pieniądze. Chwyty Obamy: „to już moja ostatnia kampania” (więc daj mi kasę), lub: „to ostatni dzień, kiedy możesz coś wpłacić na Baracka” nie powstrzymały politycznej chciwości. Chodziło bowiem o ten konkretny dzień, a w kolejnym można było prosić o kasę od nowa, nie na Obamę, a na Partię Demokratyczną.
Co ciekawe, niewiele listów – prawie żaden – tyczył się programów, projektów na przyszłość oraz reform. Chodziło raczej o emocjonalny przekaz, dość ubogi intelektualnie. Gdyby przedstawiać kampanię wyborczą w USA od strony pieniędzy, to dla przeciętnego Polaka byłaby ona szokiem.
Obserwując jednak polityków świata zachodniego, mam poczucie, że niewiele różnią się od naszych. Oskarżając ich o niskie loty i brak kompetencji, często nie zdajemy sobie sprawy, że tam, w „lepszym” świecie, jakość polityki nie jest aż tak różna od naszej. Kłopot w tym, że wielu obserwatorów życia politycznego traktuje takich jak ja – ciągle zdziwionych światem politycznym jako zbyt mało merytorycznym – za naiwnych.
Ale czy rzeczywiście to my jesteśmy naiwni? Czy wpajając od podstawówki dzieciakom, że wiedza jest kluczem do sukcesu, a intelekt i racjonalne myślenie przewyższa emocje i chaos, rzeczywiście tkwimy w błędzie? Tymczasem politycy potwierdzają, że to siła emocji oraz skuteczność prymitywnego przekazu jest źródłem sukcesu w świecie, a nie wiedza czy umiejętności intelektualne. Widać to zresztą po kwalifikacjach osób zajmujących kluczowe stanowiska.
Czy nie doszliśmy do punktu, gdzie demokracja stała się zakładnikiem wyborczych emocji, a realny świat domeną zduszonych przez władzę obywateli? Obywateli obwołanych mianem „naiwnych”, starających się nie emocjonalnie, a racjonalnie wybrnąć ze swoich bolączek dnia codziennego?
Obecny system demokratyczny przeżywa kryzys i mam poważne wątpliwości, czy system ten utrzyma się przez kolejne dekady, jakkolwiek trudno wyobrazić sobie alternatywę dla niego. Z emocjami jest jak z wojną – ta zwykle trwa krótko. A, jak mawiał Napoleon, trudno siedzieć na bagnetach.
Bez względu na wynik wyborów w USA cieszy mnie, że za parę dni kandydaci przestaną się mną interesować.
*Cezary Kościelniak - adiunkt na UAM, zajmuje się polityką szkolnictwa wyższego i zrównoważonym rozwojem. Współpracownik miesięcznika "Znak"
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (14)