Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski
313
BLOG

Edukacja w dobie globalizacji

Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski Polityka Obserwuj notkę 2

Tomasz Mincer*

Polska szkoła nie tyle potrzebuje dalszej katechizacji, co praktycznej wiedzy o innych religiach i kulturach

Po dyskusjach o in vitro i niekończącej się opowieści z Funduszem Kościelnym w tle, rząd i hierarchowie największego polskiego Kościoła rozmawiali ostatnio o problemie edukacji religijnej. „Egzamin maturalny z religii pozwoli w większym stopniu na kształtowanie w absolwentach szkół ponadgimnazjalnych integralnej wizji świata” – brzmi fragment komunikatuze spotkania Komisji wspólnej rządu i episkopatu.

Większość komentatorów skupiła się na pierwszych słowach cytowanego oświadczenia: „egzamin maturalny z religii”. Mnie zafrapowały za to ostatnie trzy: „integralna wizja świata”. Cóż znaczy tutaj słowo „integralna” – nierozdzielnie związana z całością, z uniwersum? A może rozumieć to należy jako spójną wizję świata? Czy jednak taka wizja – w świecie doświadczanych przez nas różnic kulturowych, migracji społeczeństw, zbierania efektów „mcdonaldyzacji społeczeństwa” – jest jeszcze możliwa?

Wyzwanie i dla Kościoła…

Próbując zrozumieć, o co może biskupom chodzić w tym komunikacie, warto przytoczyć fragment jednego z dokumentów Soboru Watykańskiego II – a konkretnie z Gaudium et Spes.

„Trudniej jest dziś niż dawniej ująć w syntezę różne działy wiedzy i sztuki. W miarę bowiem jak rośnie ogrom i rozmaitość elementów stanowiących kulturę, równocześnie maleje dla poszczególnych ludzi możliwość ujęcia i zharmonizowania tych elementów, tak że typ „człowieka uniwersalnego” coraz bardziej zanika* (…)”.

Być może pragnienie biskupów co do integralnej wizji świata bierze się właśnie z tej soborowej konstatacji. W innych fragmentach dokumentów Soboru mowa jest o przyroście wiedzy, rozwoju technologii, mediów, które non stop mają wpływ na samoświadomość jednostki – świadomość coraz bardziej płynną i niejednolitą.

Czy jednak katecheza w szkole nie stawia tej spójności pod znakiem zapytania? Gdy zestawić chociażby katolicką ocenę moralną procedury in vitro ze stanowiskiem naukowych gremiów, różnicę dostrzega się od razu. A przecież w świeckiej z założenia szkole trudno jest uciec od postoświeceniowego uznania, jakim cieszą się nauki ścisłe czy współczesne osiągnięcia medycyny. I tak podczas gdy Kościół jest absolutnie przeciwny wspomnianej metodzie, Polska Akademia Nauk w stanowisku swego Komitetu Bioetyki mało tego, że nie widzi przeciwwskazań dla in vitro, to jeszcze rekomenduje rządowi refundację tego zabiegu.

Warto dodać, że według PAN rząd powinien „gwarantować każdemu obywatelowi możliwość korzystania z aktualnych osiągnięć współczesnej medycyny reprodukcyjnej i zapewniać wysoki poziom medyczny, bezpieczeństwo zdrowotne oraz efektywność stosowanych zabiegów medycznie wspomaganej prokreacji”. Trudno sobie wyobrazić, że na etapie edukacji ponadgimnazjalnej da się zignorować tak jednoznacznie wyrażone stanowisko reprezentantów środowiska akademickiego. Tymczasem, jak wiemy, w „kwestiach prokreacyjnych” Kościół rzymskokatolicki głosi, eufemistycznie rzecz ujmując, dość wstrzemięźliwe stanowisko.

…i dla państwa

Niezależnie od tego, jak Kościół pojmuje ową integralność wizji świata kształtowaną na lekcjach religii, również państwo musi zadać sobie podobne pytanie. Na ile współczesna edukacja nadąża za dostępnym na wyciągnięcie ręki światem kulturowej i społecznej różnorodności?

Gdy zajrzymy do wstępu Ustawy o systemie oświaty, przeczytamy, że edukacja ma na celu nie tylko poznanie dziedzictwa rodzimej kultury. Celem systemu nauczania jest również „(…) otwarcie się na wartości kultur Europy i świata” (por. wstęp do ust. z dn. 7 września 1991 r. o systemie oświaty). Już chociażby ten fragment mógłby służyć jako argument za faktycznym, a nie pozorowanym (sic!) wprowadzeniem religioznawstwa, filozofii czy też „komunikacji międzykulturowej” do szkół.

Oczywiście, nawet w programie katechezy rzymskokatolickiej czy innych przedmiotów szkolnych, jak np. w wiedzy o kulturze, znajdują się elementy religioznawstwa i filozofii, zwłaszcza chrześcijańskiej. W świecie otwartych granic i masowej turystyki w wymiarze globalnym to kropla w morzu potrzeb. Każdy podróżujący prędzej czy później doświadcza na własnej skórze kulturowego relatywizmu.

Ważne, by tego typu edukację widzieć w szerszym kontekście: społecznym i cywilizacyjnym. Zachodzące przemiany demograficzne mogą w krótkim czasie postawić nas wobec konieczności otwarcia się na pracowników nie tylko z Europy Wschodniej, ale i z innych niż europejski kręgów kulturowych. Jak wówczas sprawdzą się w praktyce zdolności absolwentów polskich szkół do kooperacji i pracy zespołowej w zróżnicowanym kulturowo i etnicznie środowisku?

Tymczasem znajomość podstaw religii, zwyczajów i kultur, nie wspominając nawet o innych niż katolickie wyznaniach chrześcijańskich, nie jest w Polsce najlepsza. Powtarzane przez polskich prawosławnych i ewangelików anegdoty o tym, jak to bywają wypytywani przez współrodaków z katolickiej większości, czy również oni obchodzą Boże Narodzenie, są na porządku dziennym! Osoby wykształcone nie potrafią wskazać na tych z polskich protestantów, którzy tworzyli od zarania kulturę języka polskiego, by poprzestać tylko na Mikołaju Reju czy Samuelu Bogumile Lindem.

Mimo braku stosownej wiedzy teoretycznej, powyższą sytuację ratuje dostępny i katolikowi, i prawosławnemu lokalny kontekst kulturowy, wspólny język, najnowsze doświadczenia historyczne czy tzw. małżeństwa mieszane. Jednak te kulturowe „ułatwienia” w naturalny sposób znikają, gdy zderzamy ze sobą doświadczenia np. emigranta z Indii i mieszkańca Pułtuska.

Rzecz nie w tym, by w polskich szkołach zagościł kolejny, teoretyczny przedmiot bez odniesienia do konkretnej rzeczywistości społecznej. Nie chodzi wszak o suchą wiedzę, gotowy i przyswajalny zbiór faktów i powiązań między nimi, ale również o żywy kontakt z czymś, co jest inne, zróżnicowane i złożone. Stosowny przedmiot, oprócz propagowania implicite postawy szacunku dla inności, wyposażałby uczniów w miękkie kompetencje w zakresie współdziałania w środowisku zróżnicowanym kulturowo.

Jeśli to brzmi zbyt abstrakcyjnie i nazbyt „lewicowo” dla co niektórych publicystów konserwatywnych obawiających się pełzającej rewolucji światopoglądowej i propagowania relatywizmu kulturowego, wystarczy wskazać na istniejące dziś elementy takiej edukacji. W wielu miastach i miejscowościach, gdzie współistnieją obok siebie odmienne wspólnoty wyznaniowe, często o wielosetletnich tradycjach, czymś oczywistym dla lokalnych szkół jest wizyta w tamtejszych miejscach kultu. Takie „interaktywne” lekcje w terenie nie mają przecież na celu religijnej indoktrynacji. Na ogół umożliwiają poznanie historii swej małej ojczyzny.

Lubimy powoływać się na tradycję tolerancji i wielokulturowości dawnej I Rzeczypospolitej. Może czas już przejść od sentymentalnego uwielbienia do praktycznej lekcji tego, co pozwoli nam konkurować i współpracować w coraz bardziej zglobalizowanym i zróżnicowanym świecie.

*„Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et Spes”, cz. II „Niektóre bardziej palące problemy” , p.3. „Niektóre pilniejsze zadania chrześcijan w dziedzinie kultury”, KDK 61.

*Tomasz Mincer – analityk ds. polityki wewnętrznej w Instytucie Obywatelskim, publicysta

Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl

Zajmuje nas: społeczeństwo obywatelskie, demokracja, gospodarka, miasta, energetyka. Nasze motto to "Myślimy by działać, działamy by zmieniać".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka