Michał Dobrzański*
Wyobraźmy sobie taką sytuację: na jednej z dróg w Polsce samochód potrącił pieszego prawidłowo przechodzącego na pasach. Samochód jechał zbyt szybko, kierowca nie zachował ostrożności. W rezultacie człowiek zginął, a kierowca będzie miał traumę do końca życia i sprawę w sądzie. Kto zawinił? Odpowiedź wydaje się prosta – kierowca, pirat, który złamał przepisy.
Oczywiście jest ona prawidłowa w tym sensie, że to kierowca był bezpośrednim sprawcą wypadku i to jego błędy sprawiły, że pojazd, którym kierował, zabił człowieka.
Nieco to jednak skomplikujmy. Wyobraźmy sobie, że nasze wyimaginowane zdarzenie wpisało się w powszechnie znany i powtarzalny schemat wypadków, których w poprzednich latach zdarzyło się tysiące. Dodajmy, że na tym przejściu już w przeszłości dochodziło do bardzo podobnych, niebezpiecznych sytuacji. Powiedzmy, że w ciągu ostatniego półrocza samochody trzy razy potrąciły pieszych, na szczęście nie odbierając im życia. Wiedza o tym, że miejsce to jest niebezpieczne, była ogólnie dostępna zarówno okolicznym mieszkańcom, którzy co jakiś czas przekonywali się o tym na własne oczy, jak i służbom wzywanym do wypadków.
Uwypuklijmy jeszcze jeden fakt: miejsce to, jak każde inne w Polsce, miało swojego zarządcę. A zatem urząd powołany do tego, aby dbać o jego stan i mający wpływ na to, jak to miejsce wygląda oraz jak funkcjonuje w ramach całości sieci drogowej. Zarządca mógł m.in. podjąć decyzje i wdrożyć rozwiązania, które prawdopodobnie sprawiłyby, że użytkownicy (w tym ów feralny kierowca) zachowaliby należytą ostrożność, co pozwoliłoby wyeliminować wiele wypadków.
Dodajmy, że wiedza co do tego, jakie rozwiązania mógłby zastosować ów zarządca, była ogólnie dostępna. Fenomen masowej motoryzacji nie jest niczym nowym, trwa już od dekad. W tym czasie powstało mnóstwo literatury podejmującej temat zapobiegania wypadkom na drogach, a rozwiązania w niej sugerowane zdążyły już zostać zweryfikowane empirycznie – ludzkość zdołała już ustalić, co skutecznie przeciwdziała wypadkom, a co nie.
Nie wiemy z pewnością, czy nasz przykładowy zarządca dysponował tą wiedzą. Wiemy jedynie, że mógł ją z łatwością pozyskać oraz dysponował wiedzą, które środki nie są skuteczne w prewencji wypadków, bo nie wpływają realnie na zachowanie użytkowników. Są to chociażby znak ograniczający prędkość oraz znak „przejście dla pieszych”, nawet na jaskrawożółtym tle. Wiemy o tym z pewnością, ponieważ ignorowanie tych znaków jest tak powszechne, że nie sposób tego fenomenu nie zauważyć.
W miejscu naszego wyimaginowanego zdarzenia – po sygnałach okolicznych mieszkańców, ale jeszcze przed wypadkiem – nasz zarządca dodał jaskrawożółte tło do znaku „przejście dla pieszych”. W chwili, gdy doszło do śmiertelnego potrącenia, był to jedyny środek z szerokiej palety skutecznych i nieskutecznych narzędzi, który zastosował.
Po wypadku podniosły się głosy, iż – jako że do podobnych sytuacji dochodziło już w przeszłości – współwinny temu wypadkowi jest zarządca feralnej drogi. Urzędnicy podkreślili jednak, że to przecież kierowca złamał ograniczenie prędkości i nieprawidłowo zareagował na znak na jaskrawożółtym tle. Przecież to nie urzędnik kazał kierowcy docisnąć gaz i zignorować znak. Bezpośrednim sprawcą był kierowca.
I choć wyżej opisane zdarzenie jest fikcyjne, jego schemat dałby się z powodzeniem odnieść do wielu prawdziwych wypadków na naszych drogach. Czy rzeczywiście nie można powiedzieć, że zarządca byłby tutaj współwinny? Niech każdy rozstrzygnie we własnym sumieniu. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na inny, bardziej pragmatyczny aspekt sprawy, pozbawiony kłopotliwego dylematu moralnego.
Oczywiście, nie jesteśmy w stanie wyeliminować błędów użytkowników dróg, gdyż ludzie są po prostu omylni. Natomiast w gestii zarządców dróg w Polsce pozostaje mnóstwo narzędzi, które pozwoliłyby pomóc użytkownikom unikać tych błędów. Zarządcy ci dodatkowo dysponują zasadniczą przewagą nad użytkownikami – nie ma zagrożenia, że w ramach wykonywania swoich obowiązków zostaną uznani za bezpośrednich sprawców.
I zamiast – w ramach tej przestrzeni – szukać możliwości na jak najskuteczniejsze przeciwdziałanie błędom użytkowników, a tym samym wypadkom i ofiarom, zarządcy koncentrują swoje działania na tworzeniu takich okoliczności, aby całość winy zawsze spadała na użytkowników. W rezultacie ogrom skutecznych i sprawdzonych środków przeciwdziałania wypadkom leży odłogiem. A ludzie wciąż giną na drogach w wypadkach o powtarzalnych schemacie.
Wniosek z tego jest jeden – polscy zarządcy dróg najwyraźniej nie postrzegają zapobiegania wypadkom drogowym za swój służbowy obowiązek. Trzeba więc jak najszybciej zobligować ich do przeciwdziałania wypadkom i wreszcie zacząć ich z tego rozliczać.
*Michał Dobrzański - tłumacz, doktorant w Instytucie Filozofii UW, specjalizuje się w bezpieczeństwie ruchu drogowego
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (1)