Weronika Przecherska*
„Przeładowanie informacją”, o którym już czterdzieści lat temu pisał futurolog Alvin Toffler, zdaje się dziś osiągać apogeum
41 proc. Brytyjczyków przyznaje się do uzależnienia od swoich smartphone’ów. Amerykanie średnio 8 godzin miesięcznie poświęcają na korzystanie z portalu Facebook. Polacy w ekrany monitorów wpatrują się 40 dni w roku. Czytamy, „twittujemy”, „like’ujemy”, zamieszczamy posty, komentujemy, sprawdzamy pocztę, wysyłamy maile, wpadamy w panikę, nie mogąc znaleźć telefonu… Dość!
„Przeładowanie informacją”, o którym już czterdzieści lat temu pisał futurolog Alvin Toffler, zdaje się dziś osiągać apogeum. My zaś w zderzeniu z tysiącami maili, SMS-ów, newsletterów i komunikatów stajemy się coraz bardziej bezradni. Jesteśmy zdecydowanie lepsi w tworzeniu niż zarządzaniu informacjami, zauważają słusznie autorzy raportu opublikowanego kilka lat temu przez amerykańską firmę Basex. Dodatkowo tworzymy technologie, które bez naszego udziału produkują kolejne treści. Jednocześnie coraz częściej ograniczamy nasze miejsce pracy do przenośnego komputera i telefonu, zacierając granice między czasem wolnym i wykonywanymi obowiązkami.
I powoli zaczynamy zbierać tego żniwo. Mamy większe trudności z koncentracją i podejmowaniem decyzji, częściej jesteśmy podenerwowani i mniej refleksyjni, bywamy nieefektywni. Jednym słowem – „internet nas ogłupia” – bił na alarm w nominowanej do nagrody Pulitzera 2011 książce „Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg” Nicholas Carr. Nic więc dziwnego, że coraz więcej osób przyznaje: jesteśmy zmęczeni siecią, mediami społecznościowymi, (nierzadko) bezcelowym surfowaniem, klikaniem w linki przekierowujące nas do kolejnych artykułów. Specjaliści są jednak zgodni, że to nie nadmiar informacji jest problemem, lecz sposób w jaki je konsumujemy i przyswajamy.
Ta „pokarmowa” metafora to nie przypadek. Amerykanin Clay Johnson, autor książki „Dieta informacyjna”, stawia znak równości pomiędzy „śmieciowym” jedzeniem a nic nie wnoszącymi do naszego życia informacjami. Jedne i drugie pochłaniamy w podobny sposób: szybko i bezrefleksyjnie. Wyłączając rano budzik w smartphonie, w pośpiechu czytamy e-maile. Przeglądając strony internetowe najczęściej zaczynamy od „informacyjnego deseru”, podanego w prostej, przystępnej i przyjemnej dla czytelnika formie. Właśnie tym informacyjnym „ciastkiem z kremem” dzielimy się na portalach społecznościowych ze swoimi znajomymi.
Dalej, bez przerwy sprawdzamy pocztę, sprawiając wrażenie zapracowanych, chociaż nie zawsze przekłada się to na ilość skończonych zadań. Surfując w internecie z reguły szukamy opinii potwierdzających, nie zaś podważających nasze poglądy. W efekcie każdego dnia pochłaniamy olbrzymie ilości pustych informacyjnych kalorii. Czy jednak jesteśmy dzięki temu dobrze poinformowani, bardziej świadomi otaczającego nas świata?
Wręcz przeciwnie. Na potwierdzenie tej tezy Johnson przytacza anegdotę z jednej z waszyngtońskich szkół. 80 proc. zapytanych przez niego uczniów znało rozdzielczość najnowszego modelu komputera wyprodukowanego przez firmę Apple. Żaden z uczniów nie potrafił jednak powiedzieć, jaki procent dzieci żyje w biedzie w ich mieście.
Autor diagnozując społeczeństwo informacyjne, dorzuca jednocześnie cegiełkę w sporze o odpowiedzialność za jakość treści prezentowanych w mediach. Przekonuje, że każdy kolejny „click” na portalach niesie za sobą określone konsekwencje. To czytelna wiadomość dla zarządzających mediami i dziennikarzy: o tym chcemy czytać. Decyzja o publikowanych treściach leży więc tylko i wyłącznie w naszych rękach.
Johnson zachęca w swojej książce do przejścia na „informacyjny weganizm”, czyli świadomą selekcję treści, które oferuje nam internet. Namawia do samokontroli, ustalania priorytetów oraz dokładnego określania czasu, który spędzimy przed ekranem komputera czy smartphone’a. Inspiruje do wybierania informacji, które podważają nasze przekonania i wyobrażenia. Krótko: uczą krytycznego myślenia. Powtarza starą maksymę: skup się na zwyczajach, nie na rezultatach. Odradza „przymusowe wakacje od mediów społecznościowych”, bo krótkookresowa zmiana nie jest równoznaczna ze zmianą sposobu bycia. I znajduje zwolenników takiego myślenia.
Podobnie, jak chcący się pozbyć zbędnych kilogramów zakładają grupy wsparcia, tak i na stronie założonej przez Johnsona spędzający za dużo czasu w sieci mogą podpisać się pod deklaracją: „przechodzę na informacyjną dietę”. Na razie zobowiązanie takie powzięło ponad 6 tys. 600 osób. „Mój czas i uwaga to najcenniejsze, co mam”; „Ograniczam informacyjne kalorie i jestem bardziej produktywna”; „Chcę zrezygnować z informacyjnego szumu” – deklarują czytelnicy książki Johnsona.
Paradoksalnie, dziś największym luksusem staje się bycie poza zasięgiem sieci, towarzyszenie drugiemu człowiekowi. Czy możemy jednak poświęcić uwagę naszym bliskim, stale sprawdzając pocztę i wysyłając SMS-y? – pytała w wydanej kilka lat temu książce „Dan Glück der Unerreichbarkeit – Wege aus der Kommunikationsfalle” (niem. „Szczęście bycia nieosiągalnym – drogi wyjścia z komunikacyjnej pułapki” – przyp. wp) specjalistka ds. komunikacji Miriam Meckel, która również na swoim blogu zobowiązała się do „digitalnego postu”. W opublikowanych całkiem niedawno „Listach do mojego życia” poniekąd odpowiada sobie na zadane wówczas pytanie: „Wyesemesowałam sobie historię życia, wysyłałam odcinki życia jako załączniki w świat, planowałam i organizowałam sobie w Outlooku przebieg dni (…)”. Pomyślcie o tym, siadając następnym razem do komputera.
Korzystałam z tekstu „Eating only dessert: Why your information diet is probably terrible” (aut. Justin Pot) oraz „Being Wired Or Being Tired: 10 Ways to Cope With Information Overload”. Dane dotyczące zachowań w sieci za: Ofcom, Nielsen oraz TNS OBOP Digital Life.
*Weronika Przecherska – ekspertka ds. polityki Niemiec, analityk polityczny w Instytucie Obywatelskim
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (1)