Kazimierz Bem*
Marlborough, 20 stycznia 2013
Błyskotliwa i porywająca – trudno inaczej określić drugą przemowę inauguracyjną, którą wygłosił prezydent Barack Obama.
Każdy, kto pamięta mowę sprzed czterech lat, zapewne nie liczył się z takim jej tonem. Wtedy to w rozentuzjazmowanej wyborem Obamy Ameryce i przed liczącym ponad dwa miliony tłumem prezydent-elekt dość długiej i miejscami monotonnej mowie ostrzegał przed czekającymi kraj wyzwaniami. Zdawał się niemal studzić entuzjazm swoich wyborców.
Po czterech ciężkich latach, wyczerpującej i szalenie drogiej kampanii dziś zmęczonym Amerykanom i mniejszej o połowę – ale wciąż imponującej publice – prezydent Obama zdawał się dawać nadzieję i wykrzesał z siebie entuzjazm dla planów na drugą kadencję.
Przemowa była stosunkowo krótka, trwała ok. 20 minut, i za jej myśl przewodnią służyły dwie idee: równości wszystkich obywateli wobec prawa i solidarności społecznej rozumianej jako równe szanse i dla najbogatszych, i dla „dziewczynki urodzonej w wielkiej biedzie”.
Przyznając, że Amerykanów różni wiele – od rasy, religii poczynając – prezydent Obama podkreślał, że nie zwalnia to ich z obowiązku pracy tu i teraz w rozwiązywaniu problemów. Jego przemowa była wyraźnie mniej koncyliacyjna niż cztery lata temu, co zapewne nie jest przypadkowe. Aluzje pod adresem republikanów były wyraźne i, co znamienne, spotykały się z burzą oklasków – zarówno gdy wspomniał o tym, że dekada wojny dobiega końca, jak i gdy stwierdzał, iż ubożsi nie są tylko grupą „braczy”.
Językowym majstersztykiem było nawiązanie do historii USA jako czasu nieustających ruchów zmierzających do rozszerzenia praw człowieka: „Od Seneca Falls, Selmę i Stonewall”. Nawiązał tym samym do ruchu o prawa wyborcze i obywatelskie kobiet, zapoczątkowane konwencją w Seneca Falls (1848), ruchu o prawa wyborcze i obywatelskie ludności murzyńskiej – symbolem ich są pokojowe marsze w Selmie w stanie Alabama (1965) oraz do ruchu o równe prawa cywilne dla osób nieheteroseksualnych – ich symbolem są zamieszki w Stonewall (1969).
Prezydent Obama stał się pierwszym prezydentem w historii USA, który w swojej przemowie wyraźnie odniósł się do praw mniejszości seksualnych, w bardzo poruszający zresztą sposób. Równie gorące owacje zebrały jego zapowiedzi równej płacy dla kobiet oraz walki o to, by amerykańscy obywatele nie musieli stać godzinami w kolejkach, by oddać swój głos wyborczy.
Uroczystości inauguracyjne trwały cały dzień, jutro odbędzie się uroczyste nabożeństwo w anglikańskiej Katedrze Narodowej.
Znakomita przemowa i pokaz swojego mandatu demokratycznego ma przede wszystkim zmobilizować nie tylko Kongres, a właściwie demokratów, ale także poszczególnych wyborców, by poparli bardzo ambitne plany Obamy na drugą kadencję. A to może być trudne.
Choć republikanie zdają się powoli łamać, to rokowania w sprawie redukcji długu publicznego idą jak po grudzie. Demokratom sprzyja fakt braku przywództwa republikanów, którzy nie mogą pozbierać się po klęsce Romneya i dość skuteczna taktyka Obamy w sprawie podatków.
Plany prezydenta Obamy i wiceprezydenta Bidena, by ograniczyć dostęp do broni palnej będą morderczo trudne, choć nie niemożliwe. Grupa posiadaczy broni NRA wydaje miliony na reklamy i spoty polityczne, ale większość Amerykanów chce jakiegoś zaostrzenia dostępu do broni automatycznej. Pytanie, czy nacisk wyborców i administracji wystarczy, by kongresmeni uniezależnili się od NRA?
Obama zapowiedział także reformę prawa imigracyjnego, choć nie ujawnił szczegółów. Znów, będzie mu trudno, gdyż nie udało się jej przeprowadzić nawet republikaninowi Bushowi jr. Wreszcie, administrację Obamy czekają w tym roku ciężkie przeprawy z konserwatywnym, ale nie do końca przewidywalnym Sądem Najwyższym.
Drugie kadencje zazwyczaj są dużo gorsze niż pierwsze. Ale nie zawsze. Prezydent Obama dostał wyraźny mandat wyborczy, by realizować swój program. Przemawiając, starał się tchnąć entuzjazm w swoich wyborców i zwolenników w Kongresie. Oby mu się udało – tak wiele od tego zależy, nie tylko w USA, ale i na całym świecie.
*Kazimierz Bem - prawnik, pastor kalwiński, absolwent Uniwersytetu Yale, współpracownik Instytutu Obywatelskiego. Mieszka w USA
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl




Komentarze
Pokaż komentarze (3)