Skala zaangażowania obywateli Ukrainy w polską gospodarkę pokazuje, że nie można traktować ich obecności jako zjawiska marginalnego. W 2026 roku ponad 770 tys. Ukraińców oficjalnie pracuje w Polsce. To około 6 proc. krajowej siły roboczej. Ich praca przekłada się więc nie tylko na sytuację poszczególnych firm, ale również na produkcję, usługi, konsumpcję, podatki i składki odprowadzane do państwowego systemu.
Dla przedsiębiorców najważniejsza jest przewidywalność. Firma, która planuje rozwój, musi wiedzieć, czy za kilka miesięcy będzie dysponowała odpowiednią liczbą osób zdolnych do realizacji zamówień. Nagła zmiana zasad zatrudniania cudzoziemców albo stworzenie atmosfery zniechęcającej ich do pozostania w Polsce może zwiększyć ryzyko prowadzenia działalności.
W praktyce oznaczałoby to konieczność konkurowania o pracowników, których już dziś brakuje w wielu sektorach. Przedsiębiorstwa mogłyby zostać zmuszone do podnoszenia wynagrodzeń, ograniczania części zamówień albo przesuwania terminów realizacji. Dla większych firm problemem mogłoby stać się również utrzymanie odpowiedniej skali produkcji.
Ekonomiczny koszt takiej sytuacji nie pojawia się jednak od razu w statystykach. Najpierw może być widoczny w decyzjach przedsiębiorców: rezygnacji z części kontraktów, ostrożniejszym planowaniu zatrudnienia czy odkładaniu inwestycji. Jeżeli firma nie ma pewności, czy będzie mogła zapewnić sobie odpowiednią kadrę, jej skłonność do podejmowania długoterminowych zobowiązań naturalnie spada.
W przypadku Polski ma to dodatkowe znaczenie, ponieważ konkurencja o pracowników odbywa się w ramach całego europejskiego rynku. Osoby, które zdobyły doświadczenie zawodowe i przystosowały się do funkcjonowania w Polsce, mogą w razie pogorszenia warunków szukać zatrudnienia w innych państwach. Dla zachodnich gospodarek taki odpływ oznaczałby dostęp do pracowników już przygotowanych do pracy w europejskim środowisku.
Polska mogłaby wówczas znaleźć się w niekorzystnej sytuacji: ponieść koszty integracji i adaptacji pracowników, a następnie utracić część efektów gospodarczych ich obecności. Nie chodzi przy tym wyłącznie o liczbę zatrudnionych osób. Każdy pracownik uczestniczy również w konsumpcji, płaci podatki i składki oraz tworzy popyt na towary i usługi.
Do tego dochodzi kwestia demograficzna. Polska, podobnie jak wiele innych państw europejskich, będzie musiała mierzyć się z rosnącym udziałem osób starszych i presją na systemy finansów publicznych. W takich warunkach znaczenie osób pozostających w wieku produkcyjnym będzie rosło. Aktywność zawodowa cudzoziemców może być jednym z elementów łagodzących skutki kurczących się zasobów pracy.
Nie oznacza to, że każda forma migracji jest automatycznie korzystna albo że państwo powinno zrezygnować z kontroli nad polityką migracyjną. Dyskusja o zasadach pobytu, bezpieczeństwie czy integracji jest uzasadniona. Różnica polega jednak na tym, czy rozwiązania są projektowane z uwzględnieniem ich rzeczywistych konsekwencji ekonomicznych, czy przede wszystkim jako element politycznej rywalizacji.
Właśnie tutaj pojawia się problem dla ugrupowań wykorzystujących antyimigracyjny przekaz. Hasło może być skuteczne podczas kampanii, ale gospodarka reaguje na nie inaczej niż wyborca. Przedsiębiorca patrzy na dostępność pracowników, koszty działalności i możliwość realizacji kontraktów. Inwestor ocenia stabilność otoczenia biznesowego. Państwo musi natomiast brać pod uwagę wpływy podatkowe, demografię i długoterminowy potencjał gospodarczy.
Dlatego konsekwencje antyukraińskiej retoryki mogą być znacznie szersze, niż sugeruje sama debata polityczna. Jeżeli kolejne decyzje lub komunikaty doprowadzą do odpływu pracowników, Polska nie tylko straci część zasobów rynku pracy. Może również zwiększyć koszty funkcjonowania przedsiębiorstw i osłabić swoją pozycję w konkurencji o inwestycje i kapitał.
To szczególnie istotne w przypadku Prawa i Sprawiedliwości oraz innych ugrupowań konserwatywnych, które próbują łączyć politykę gospodarczą z coraz ostrzejszą narracją dotyczącą migracji. Mobilizacja określonej części elektoratu może przynosić polityczne korzyści, ale nie rozwiązuje problemu niedoboru pracowników. Co więcej, może go pogłębić, jeśli część aktywnych zawodowo Ukraińców wybierze inne państwa.
Ostatecznie pytanie nie brzmi więc tylko: ilu Ukraińców powinno mieszkać w Polsce? Równie ważne jest pytanie, jaką gospodarkę Polska chce budować w warunkach starzenia się społeczeństwa i rosnącej konkurencji o pracowników. Jeżeli odpowiedzią ma być rozwój przedsiębiorstw i utrzymanie konkurencyjności, polityka migracyjna nie może być kształtowana bez uwzględnienia rachunku ekonomicznego.
Polityczny zysk z antyukraińskich haseł można osiągnąć szybko i łatwo zmierzyć wynikami wyborczymi. Koszt gospodarczy może natomiast ujawnić się dopiero po latach — w postaci mniejszej liczby inwestycji, wyższych kosztów pracy, problemów kadrowych i słabszego wzrostu. Właśnie dlatego decyzje dotyczące Ukraińców powinny być oceniane nie tylko przez pryzmat bieżącej popularności, ale również tego, jaki rachunek wystawią polskiej gospodarce w przyszłości.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)