Czy są jakieś granice w robieniu z siebie kretyna? Czytając ostatnią wypowiedź Romana Giertycha, chyba nie. To zrozumiałe, że adwokat musi tak dobierać słowa, żeby w jak najlepszym świetle przedstawić swojego klienta. O debilu powie – nie błyszczał, o utracjuszu – nie skąpił, a o pijaku – za kołnierz nie wylewał. Jednak to, co oznajmił mecenas Giertych, pełnomocnik Radka Sikorskiego w sprawie podsłuchiwania polityków, świadczy albo o skrajnej, wywołującej śmieszność pokrętności, albo o znacznym intelektualnym ograniczeniu.
Otóż Roman Giertych twierdzi, że wielu w Polsce „uważa tak jak on (Radek Sikorski), że sojusz z Amerykanami jest pozytywny, ale ma też swoje minusy”.
To bardzo twórcza interpretacja słów Radka Sikorskiego, które brzmiały: „Wiesz, że polsko-amerykański sojusz to jest nic niewart. Jest wręcz szkodliwy… Bullshit kompletny.”
A może Roman Giertych nie do końca orientuje się w znaczeniu słowa „pozytywny”? Chociaż po adwokacie, byłym ministrze edukacji i wicepremierze można by się spodziewać jako takiej znajomości mowy ojczystej. Czy można zatem mieć do kogoś takiego zaufanie? Kompromitacja totalna.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)