Płaczliwy ten polski początek czerwca. Skumulowały nam się nad głowami… cumulusy, z których na zmianę: leje. Pada. Młóci równo - jak mawiała moja Babcia. Siąpi, ciurka i mży jak kraj długi i szeroki. Niebo nadal pod burzową pierzynką ale na razie nie pada od dwóch godzin, przynajmniej na południe od Krakowa. I nad Wisłą i nad Wartą pozalewało polskie drogi i piwnice. Z ekranu w kącie salonu leją się łzy. Ludzie załamują ręce i po raz enty wyciągają z domostw podmokły dobytek, zanim odpłynie samodzielnie z wartkim nurtem pobliskiej rzeki. Nie, żebym była złośliwa - nikomu nigdy źle nie życzę - ale jeśli ktoś lubi mieć blisko na ryby to musi liczyć się z „mokrymi konsekwencjami” tej decyzji.
Oczywiście, każdy może zostać ofiarą żywiołu i daleko mi do żartów w tej kwestii. Straty liczą wszyscy, wczoraj przydrożny stragan z truskawkami powitał mnie napisem: „Truskawki, 6 PLN, przy takiej aurze taniej już nie będzie!” Ale jak jest, wiemy. Większa powódź przetacza się przez nasz kraj cyklicznie co około 10 lat. Czy dużo zrobiliśmy w sprawie poprawy stanu bezpieczeństwa powodziowego? Dla ciekawych Projekt Programu Żuławy 2030 (polecam zwłaszcza strony 13 - 21 powyższego dokumentu).
Nasz narodowy gospodarz „tak kraje jak mu materii staje” i pewnie jeszcze dużo wody upłynie w naszych nieuregulowanych częściach rzek, zanim da zielone światło dla kolejnych decyzji o budowie zbiorników retencyjnych takich jak oddany niedawno do użytku obiekt w woj. łódzkim na jednym z odpływów Warty, na rzece Myja. Koszt, bagatela, 22 milionów złotych i cztery lata budowy, ale warte były aktualnego spokojnego snu włodarzy gminy Wróblew i Sieradz.
W tym roku z powodzią walczą także nasi rodacy za oceanem. W Chicago żywioł zniszczył wiele domów, zamknięto szkoły, sparaliżowany jest ruch lotniczy. W Europie to Czesi są w znacznie gorszej od nas sytuacji . Wełtawa wdziera się bezczelnie do stolicy Czech. Ale nasi południowi sąsiedzi podobno wyciągnęli mądre wnioski z ostatniej powodzi i choć straty szacują na około półtora miliarda euro, wiedzą, że po kataklizmach jest szansa na ruszenie gospodarki „z kopyta” z powodu konieczności odbudowy infrastruktury.
Podobno wielodniowe ulewy i podtopienia mają jakiś związek z aktywnością wulkanów. Rzeczywiście, nie brakuje doniesień o uaktywnieniu wulkanów na Filipinach i na Kamczatce. Oby tylko złowieszczy początek czerwca nie przyniósł nam pogody identycznej jak w pamiętnym najbardziej płaczliwym maju Po -Smoleńskim….
A skoro o infrastrukturze już napomknęłam…. Główna droga w naszej wsi, którą przeciętny mieszkaniec Unii Europejskiej nazwałby trasą rowerową, również zamieniła się w wartki, rwący strużkami potoczek. Właściciele nieskanalizowanej części wsi chwycili za łopaty i kopią rowy, by ukierunkować odpływ wody. Nie wszędzie jest to możliwe gdyż miejscowość to naprzemiennie wzniesienia i dolinki. W okolicy rozpoczęto kilkanaście inwestycji budowy domów jednorodzinnych ale na szczęście fundamenty już dawno wylane i mury także zdążyły w większości przypadków obeschnąć. Ulewy rozpoczęły się od przyjazdu cieśli z gór.
Ale cieśle to twarde chłopy, obeznane z kaprysami natury. – „Cy to leje cy to wieje, inwestor zawse szaleje” - żartuje majster ekipy. Krótka wizyta w samochodzie po termos i kanapki, brygada kręci się po placu budowy w pelerynach przeciwdeszczowych. Żadnych przestojów. Od poniedziałku zaczynają w nowej wsi, trzeba się śpieszyć.
- Może krety się przynajmniej utopią w zalanych wodą korytarzach i będzie jakiś pożytek z tego deszczu? – snuje domysły pan Romcio, emeryt, który postawił w naszej okolicy mały domek z drewnianych bali. Do domku chętnie przyjeżdżały na weekendy dzieci i wnuki. Do czasu, kiedy gospodarz zapowiedział: Następnym razem zapraszamy was bez psa! Niszczy rośliny i brudzi na trawniku. Od tej pory dzieci nie przyjeżdżają. Obraziły się bo nie mają co zrobić z czworonogiem na czas wyjazdu. Pan Romek musi ponarzekać. Na deszcz. Na kretowiska, to istna walka z wiatrakami! Na zapracowanie żony, która już dawno nie podziwiała jak ładnie skosił i nasadził nowe krzewy. Ciągle w delegacji. Ciągle w nosem w dokumentach. Na dzieci, że poza własnymi dziećmi świata nie widzą i nie chcą pomagać w ogrodzie. Na grilla - tak! Do kosiarki wołami nie zaciągniesz - kreci głową z dezaprobatą.
Nasz sąsiad obserwuje uważnie budowę na następnej posesji. W razie gdyby coś „partolili”, właściciel prosił mnie o wiadomość. Pan Romek w związku z tendencją do ponuractwa otrzymał od nas skądinąd sympatyczny nick „Kłapouchy”.
Generalnie jako Mieszkańcy z 10- letnim Stażem, poczyniliśmy z Mężem pewne obserwacje natury socjologicznej. A że pogoda mało plenerowa i nic w ogrodzie przekopać się dziś raczej nie da, opiszę nasz przekrój społeczny a Drogi Czytelnik sami podejmie decyzję, czy „wybudować się” na wsi czy raczej poskromić tęsknotę do natury i używać co woli pleneru podczas weekendowych wycieczek czy letnich i zimowych urlopów.
Grupa pierwsza :„Nejtiw Spikerzy”. Urodzeni, wychowani i zakorzeni wielopokoleniowo w tym uroczym miejscu. Hodują kury - nioski, króliki, czasem jedną lub dwie świnki. Za domem mają dwóch braci i jedną siostrę albo dwóch braci, szwagra i brata szwagra z rodzinami. W praktyce cała ulica domów nazywa się Nowak albo Kowalski. Uprawiają warzywnik i poletko z ziemniakami .Pracę we własnym gospodarstwie łączą z pracą najemną w mieście lub sąsiednich wsiach. Drugą i wcale pokaźną grupę stanowią „Dawne mieszczuchy”. Charakterystyczną cechą tychże jest zamiłowanie do kwiatów w skrzynkach na balkonach, stuprocentowe wykończenie domu w kredycie (przynajmniej na zewnątrz), niewielki metraż i brak zwierząt hodowlanych, których substytutem są liczne psy i koty jak najbardziej udomowione. Czasem przy domu dawnego mieszczucha można spotkać eksperymentalne krzaki pomidorów i ogródek ziołowy, rzadziej, warzywny.
Grupa trzecia, to właściciele domków weekendowych, najczęściej drewnianych. Ich cechy rozpoznawcze to naturalistyczny ogród koszony raz w miesiącu, samochód w leasingu, staranny manikiur i modna fryzura gospodyni, charakterystyczna dla ludzi na stanowiskach w korporacjach, zamiłowanie do robienia zdjęć podchodzącym pod płot sarnom, śledzenie obyczajów bocianów i bażantów( nie trzeba tracić czasu na obrządek w obejściu) a także zero drewna do kominka z powodu braku rzeczonego. Również regularne eleganckie przyjęcia na świeżym powietrzu z grillowanym bakłażanem i kolorowymi sałatkami wielowarstwowymi . Acha. Ładne zapachy. Dior, Lancome, te klimaty. Ponadto, brak zmysłu praktycznego, który ujawnia się brakiem wyposażenia domowej apteczki, brak latarki, płynu odstraszającego komary oraz ładowarki do komórki…. A w porze zimowej brak saperki w bagażniku samochodu i brak piasku do posypywania oblodzonej drogi . Jeśli wpadną tu dwa razy w sezonie, w grudniu i potem w marcu, odjeżdżają po kwadransie z powodu nagłego uczucia wyziębienia i tęsknoty za temperaturą plus 26 st .C , jaką mają w swym przytulnym, miejskim mieszkanku w mieście.
Przedostatnią grupą, mało liczną ale wartą odnotowania, jest grupa „tubylców powracających z emigracji miejskiej na ojcowiznę”.
Pan Franek należy do grupy przedostatniej. Cztery i pół roku przekonywał swoją zapracowaną , miejską, elegancką żonę, że da się mieszkać 3 km od sklepów i czerpać przyjemność ze:
- spacerów z wnukami na świeżym powietrzu,
-uprawy ekologicznych warzyw na zdrowe zupki,
- urządzania przestronnego domu.
Pani Franiowa długo się przed przeprowadzką wzbraniała: -To było wyzwanie prawie tak trudne jak dla pierwszych polskich kosmonautów lot w przestrzeń kosmiczną - zdradziła mi pewnego dnia, gdy już się nieco poznałyśmy. - Niby wszyscy wiedzą, że się TAM wybierasz ale co poradzić na miliony wątpliwości? W mieście do lekarza bliżej, do apteki, do kiosku po ulubioną gazetkę, do wnuków w odwiedziny…. Do koleżanek na ploteczki…. Ale męża na ojcowiznę ciągnęło, zaczął straszyć złodziejami, którzy rozkradną pusty, leżący na uboczu wsi dom. A po trzech latach wahań małżonki założył w końcu wnukom warzywnik z ekologiczną marchewka, pietruszką, buraczkami i ziołami. I niemal codziennie przyjeżdżał go podlewać i plewić oraz zbierać plony. I to był sensowny pomysł. Przeprowadzka w śród westchnień rezygnacji Lepszej Połowy jednak się odbyła.
Pani Franiowa bardzo u nas zapunktowała od pierwszego dnia zamieszkania we wspólnocie wiejskiej.Zapunktowała mianowicie poprzez drobny lecz jakże unikalny w skali kraju gest: gdy przechodziliśmy obok ich domu w drodze na spacer z Biszkoptem (labrador) i Sugar ( szlachetna odmiana płci żeńskiej, wielorasowa, przygarnięta ze schroniska), pani wnosząc z uśmiechem kolejny karton z przeprowadzki przystanęła, zawołała psy, pogłaskała je a następnie sięgając do pudełka z psimi ciasteczkami, sprawiedliwie obdzieliła suki, komplementując je w szczerym zachwycicie. Każdy właściciel czworonoga wie, że taki gest życzliwości od kogoś, kto sam nie posiada ani psa ani kota, razu roztapia serce jak wosk. Wywołuje pozytywne myśli i łzę wzruszenia .I ogólnie ociepla klimat. Nasze czworonożne przyjaciółki polizały panią B. w rękę na znak zawartej przyjaźni . A pierwszym pytaniem, skierowanym do nas przez świeżo upieczoną sąsiadkę było: - I jak wy tu w ogóle żyjecie bez sklepów? Bo ja to nie wiem, jak będzie. Mniej pokus: hi ,hi,hi! Ale w niedzielę rano bez świeżego chlebusia? Ja już kupiłam urządzenie do wypieku chlebka. Nie mam prawa jazdy ale mąż obiecuje, że jak odważę się na kurs, to on kupi drugie auto…. Życzymy pani, by się odważyła- No a jak tu jest z wodą? Ja słyszę, że na wsi to często wyłączają wodę…. Pani B. otrzymała więc ksywkę: Nałęczowianka, ze względu na swój śpiewny akcent i sentyment, łączący mnie ze Wschodnimi Rubieżami RP.
Osobną kategorią sąsiadów są Wipy.
O bliżej niesprecyzowanym pochodzeniu . Uprawiający redukowany ostatnio zawód dziennikarski. Ona ma ładny uśmiech i modne, stylowe okulary przeciwsłoneczne. Na pewno nie kupione na przydrożnej stacji benzynowej. Nie znosi zimy. Dużo pracuje, posiada chyba bilet miesięczny na Intercity i Ryanair. Dobrze Poinformowana Sąsiadka z TeFałPe.
Widujemy się głównie na szklanym ekranie, czasem rzucimy przez płot uprzejme „Dzień dobry” i pochwalimy piękny ogród naturalistyczny. Taki Wip trudno się socjalizuje. Wieje od niego rezerwą i chłodem. Ma inny rytm pracy i czuwania, które nazwałabym raczej przedpołudniowym niż nocnym. Nie zobaczysz go na sumie w parafialnym kościółku w niedzielę i to właściwie dobrze, bo w końcu ludzie powinni tam przychodzić po to, by się modlić w skupieniu, bez niepotrzebnych rozpraszaczy. Nie pożyczysz od niego szklanki mąki ani No-Spy. Wip jest taki elegancki, uśmiechnięty i niekontaktowy, że na pewno nic nie piecze a także nie choruje z powodu bezcennego czasu. No, może choruje do zażycia pierszej dawki Gripexu. Potem adrenalina w pracy robi swoje i chory zapomina, że jest chory. Czas. Czas. Jest na wagę złota. Starannie dobiera więc znajomych i nie urządza spotkań przy grillu. Rozmawia życzliwie lecz krótko. Przepraszam, obowiązki…. Wip za to przyciąga inwestorów. I rozsławia dobre imię wsi. Dużo domów już się obok w krótkim czasie wybudowało. Ale w końcu dlaczego piszę tylko o ludziach? Z nudów?
W czasie deszczu nie tylko dzieci się nudzą.
Nasze sunie wracają w tych dniach ze spacerów doszczętnie przemoczone, z ogonami spuszczonymi na kwintę. Zatrzymują się przy kominku i patrzą pytająco. Zimą to było fajne, ciepłe miejsce, teraz coś z nim nie tak…. Biszkopt przynosi mi swoją nadjedzoną zębem czasu piłeczkę i prosi, by z nią zaaportować.
Ale jestem zajęta. Kroję warzywa na zupę, którą nazywam „Klinek na splinek”.
Marchewka? Po pysku obydwu psów zaczyna cieknąć strużka śliny. Oblizują się na komendę. Labrador uwielbia marchewkę w każdej postaci. Byle w małych kawałkach. Nasz rudo-złoty wielo-rasowiec nie gardzi natomiast żadnym warzywem w postaci surowej lub gotowanej obojętnych rozmiarów.Bez zastanowienia rzucam więc pierwszy kawałek soczystej marchewki Labradorce ale ona ignoruje poczęstunek, przysiadłwszy na tylnych łapach. Sugar przechwyca zdobycz. I wtedy dopiero labrador dopomina się o kawałek dla niej. Ach, ta lojalnośc! W psiej sforze obowiązuje przywilej pierwszeństwa miski dla osobnika silniejszego, o wyższej pozycji. A liderem jest przecież starsza sunia, labrador pamięta o tym nawet gdy któreś z nas się pomyli. Lepsza pozycja w sforze, lepsza miska…. To identycznie jak u ludzi, prawda?
No, moja zupka już gotowa. Jeszcze tylko śmietaneczka, odrobinkę kopereczku… kilka grzanek z oliwą… Rozlać zupkę do talerzy….
Pozdrawiam deszczowo lecz radośnie z mojej małej wiejskiej ojczyzny. Acha! Ważne! Byłabym zapomniała:
Radyjko włączyć na właściwą częstotliwość, może ktoś zaśpiewa ładnie?


Komentarze
Pokaż komentarze (1)