Lunka1969 Lunka1969
332
BLOG

Detoks czyli dwa tygodnie off-line

Lunka1969 Lunka1969 Rozmaitości Obserwuj notkę 3

Noc  Świętojańska.  Niebo wystroiło się w gwiazdy. Lśnią jak diamentowy kobierzec niczym suknia od Versace. Po Wiśle płyną wianki, w powietrzu nad Bulwarem Wiślanym rozbłyskują ferie świateł. Trwa pokaz  pirotechniczny. Niesamowite kolory i huk wystrzałów . Gra muzyka. Gwarno, parno. Pachnie piwem. Chłopiec obejmuje dziewczynę. Ona wącha mały bukiecik kwiatów. Początek lata. Początek zauroczenia. Dla tych dwojga reszta świata rozpłynęła się w niewyraźne kontury. Istnieje tylko on. Jego ręce. Uśmiech. Poczucie humoru. Istnieje tylko ona. Jej obcisła sukienka w groszki z prostym dekoltem. A pod nim kształtne piersi. Jej oddech pachnie. Usta gorące jak noc wokół nich. Trwaj, chwilo!

Na początek lata funduję  sobie świadomy cyber-detoks.

Frustruje mnie starzenie się i zmiana konturów twarzy. Zapadnięte, podkrążone z niewyspania oczy. Poranna  drażliwość. Skoki hormonalne. Panie Balzaku, dobijam do pana grupy wiekowej… A  może by tak wytrzymać tydzień, dwa, bez netu? Zamiast tego przeczytać dwie, trzy z książek, które czekają cierpliwie na lepsze czasy? Zresetować się. Poświęcić więcej czasu  swojemu wyglądowi  oraz bliskim. Odbudować nadwątlone przez szybkie tempo codzienności życie uczuciowe, obdzielić najbliższych słowami uznania, pochwalić, dowartościować. Kiedy jak nie u progu lata? Długie godziny światła, ciepło, zieleń w ogrodzie. Nieśpieszne kolacje na tarasie z widokiem na kwitnące wiesiołki i zieloną ścianę lasu za ogrodzeniem?

Zero zerkania „tylko na chwilę” na ulubione strony. Zero polityki. Zero plotek. Spędzę świadome, wartościowe dwa tygodnie. Tu i teraz. Pozwolę  sobie na urlop od przymusu kibicowania niezbyt różowej polskiej rzeczywistości. Zwinę tę śmierdzącą chusteczkę naszego polskiego błotka i wojny domowej. Zwinę ją w supeł i zaniosę do mentalnej pralni ekologicznej. Nie ruszy mnie informacja , kto komu celniej przywalił i jak druga strona to zripostowała. Ani kiecki Gośki kupione z naszych podatków, ani rozwód w  cieniu afery  I Tenisisty i Kolekcjonera PRL nie podniosą mi ciśnienia. Tak mi dopomóż Bóg….. Ale najpierw sprawdzę, co u taty. Trasa :400 kilometrow nie nadaje się na dwa dni. Więc decyduję się na trzy. Rozmowy przez telefon z tatą  ostatnio mnie niepokoją. Wygląda na to, że uparte serce  znów fika koziołki i powoduje uczucia dławienia się i ucisku. Wkrótce wypada coroczna kontrola rozrusznika serce. Wypada tatę na nią zawieźć bo to grubo ponad sto kilometrów w jedną stronę.

Zostawiam laptopa na biurku w gabinecie, pakuję niewielki bagaż i  ulubioną muzykę na podróż, wsiadam do 4-letniego , niezawodnego technicznie  modelu pojazdu dla Lemingów  (kupiłam go zanim uknuto termin leming, więc sorry) i wyruszam na drugi koniec kraju odwiedzić tatę i macochę.

Tata leży w szpitalu na oddziale intensywnej terapii .Początkowo chciałam zrobić mu niespodziankę i przyjechać bez uprzedzenia ale po namyśle zadzwoniłam z trasy. Tatko jest  już w zbyt podeszłym wieku i gwałtowne wzruszenia szkodzą jego słabemu sercu.  – Cześć - zagajam niby to niewinnie - jadę sobie i jest taki piękny dzień, że pomyślałam, zadzwonię i zapytam, jak się czujesz… ?

- No teraz to już znacznie lepiej ale rano myślałem, że to zawał-usłyszałam po drugiej stronie słuchawki. Po kilku godzinach niezbyt przepisowej jazdy po polskich drogach  regionu wschodniego, wbiegam  na salę i odnajduję tatka w kłębowisku  kroplówek i maszyn, monitorujących pracę jego serca.  Uśmiecha się na mój widok. Mój strach topnieje  jak wosk a w serce wstępuje nadzieja, że może  to jeszcze nie ostatni Dzień Ojca w jego życiu… - Tato, szepcę  i przytulam go. - Jak leci?

- Przychodzi baba do psychiatry i żali się na dziwactwa męża:

- Panie doktorze, niech pan ratuje. Mąż codziennie po śniadaniu i wypiciu kawy zjada filiżankę, w której podaję mu poranna małą czarną. Zostawia tylko uszko filiżanki. Lekarz notuje coś, chwilę myśli po czym  stwierdza:-A wie pani, że to rzeczywiście dziwne… bo… uszko jest  właśnie najsmaczniejsze…

Panowie na łóżkach obok czekają na przeniesienie do zwykłej sali chorych. Odpięci od kroplówek zabijają szpitalną monotonię opowiadaniem dowcipów.

- Na sali ogólnej podłączyli właśnie nowy telewizor, na monety. Podejdę  do kiosku, rozmienię pieniądze to dzisiaj nadrobimy zaległości, panie kolego –  człowiek pod oknem mrugnął porozumiewawczo do sąsiada słusznych gabarytów.- Leży tu  każdy jak na pustyni i nie wie, co się dzieje. Komórka mi się rozładowała, czy można pożyczyć od pani? Do żony zadzwonię, żeby  przyniosła ładowarkę i laptopa….

Zaplanowane cztery dni u taty mijają  ani się obejrzałam. Na zmianę nawyków najlepsza jest zmiana otoczenia. Nie brak mi netu gdy jestem  poza domem. Wyłączyłam Internet w komórce. Poskramiam chęć  zalogowania się na komputerze taty. Tata z Internetem zaprzyjaźnił się w bardzo ograniczonym zakresie. Potrafi  sprawdzić prognozę pogody, stronę lokalnej prasy , napisać list w Wordzie i wydrukować go   ale próba nauczenia mojego rodzica  korzystania z komunikatora głosowego spełzła na niczym. Tatko nie ma cierpliwości do niezrozumiałych  ikonek, wszystko się przed nim  jakoś tak dziwnie chowa i ucieka. Podobnie jest z esemesami. Wysyłam je tylko do żony taty. Ona  jest o 15 lat młodsza i bardziej otwarta na nowe technologie.

Na wschodnie rubieże  kraju, na urocze  Pojezierze  Łęczyńsko- Włodawskie dotarła już pierwsza fala wczasowiczów.  Są to babcie z wnukami i rodziny z dziećmi w wieku przedszkolnym, próbujące odpocząć przed najazdem tradycyjnej, turystycznej stonki. Marzyło mi się skorzystanie z uroków tras rowerowych zlokalizowanych wokół jeziora ale los zrządził inaczej. Po odebraniu taty ze szpitala  dopadła nas domowa   awaria  w łazience i zamiast  dotlenić się na powietrzu pedałując na dwóch kółkach, nabiegałam się po fachowcach, których trzeba było wezwać w trybie pilnym oraz po sklepach z wyposażeniem łazienek, gdzie kupiłam nowy brodzik do kabiny prysznicowej. Przy okazji, oglądajcie uważnie towar przed zakupem. W sklepach dostępna jest licha chińszczyzna w atrakcyjnej cenie i właśnie wymieniliśmy ją na brodzik polskiego, sprawdzonego producenta.

W pierwszym tygodniu bez linków, stron i filmików brakowało mi, oczywiście, Salonu 24 oraz Latte24 ale postanowiłam wytrwać w postanowieniu. Mniej okazji to mniej pokus. Nadrobiłam zaległości w rozmowach z tatą oraz rodzeństwem mojej zmarłej Mamy. Niestety, wujcio Józef z kiepskiej formie. Już mnie nie poznał. Trzymał się dobrze do 85 urodzin ale teraz jego demencja jest już wyraźna.

Po powrocie z Podlasia do Małopolski, witamy w domu gości, których do Krakowa sprowadzają sprawy zdrowotne. Zatrzymają się pod naszym dachem przez tydzień. Mama koleżanki  przechodzi konieczną operację i przez kilka pierwszych dni po zabiegu  koleżanka wraz z 5 letnim synem odwiedzają mamę i babcię i podnoszą na duchu. W gronie gości jest też moja ciocia, która wkrótce będzie musiała się poddać operacji okulistycznej. Tematem rozmów jest więc w naturalny sposób zdrowie i … koszty zdrowienia.

Ciocia  postanowiła  pożegnać się z niewygodnymi kilkoma parami okularów. 20 minutowy zabieg laserowy  załatwi problem.  Koszt, 5700 złotych. Razy dwa. Prawe a potem lewe oko. - Jestem stara i często się przewracam-narzeka ciotka. - W tym półroczu zniszczyłam już dwie pary okularów. To drogie cacka. Stresujące  te koszty ale co zrobić? Widzę coraz gorzej. Nie mogę już ani czytać ani zbyt długo oglądać telewizji. Źle mi z tym. Boję się dać sobie pokroić oko ale czy mam inne wyjście? Czekanie w kolejce na NFZ nie ma końca. Nasi goście są zestresowani bo okoliczności ich wizyty nie są miłe. Próbujemy trochę rozbroić napiętą atmosferę. Koleżanka jest  psychoterapeutką  i ma dar genialnego tłumienia wiszących w powietrzu konfliktów. Ciocia po kilku dniach zaczyna marudzić na zmianę rytmu dnia i posiłki o niezwykłych dla siebie porach. Odmawia mi też prawa do wieczornego wyjścia z koleżankami na  marszobiegi. – Ja jestem starej daty i gość w dom to Bóg w dom - gderała.

- Nie możesz nas tak po prostu zostawić bez kolacji i wyjść sobie… Przekomarzam się z ciocią, że lodówka nie jest zamknięta na kłódkę ale rozumiem sens wypowiedzi: Starsze osoby, wychowane w tradycyjnym domu uważają ,że gości należy obsługiwać. Koleżanka na szczęście rozumie, że jesteśmy tylko ludźmi i naturalnie włącza się w rytm domowych obowiązków: rozwiesza pranie,  pomaga w zakupie prowiantu do lodówki. Marzę o tym, by ciocia wpuściła mnie do kuchni ale nie ma mowy. Jest wprawdzie gościem ale apodyktycznym i to ona stawia warunki: rzeczywiście, gotuje świetnie ale niestety, tłusto i tradycyjnie. Zimą może byłabym z tego stanu rzeczy bardziej zadowolona ale w upalne dni marzę o prostych potrawach, takich jak chłodnik i kasza gryczana z kefirem….

W drugim tygodniu do cyber-detoksu dokładam ten na płaszczyźnie realnej. Skoro tłusta kuchnia cioci rozpanoszyła się na cały tydzień w naszym domu, trzeba oczyścić organizm od wewnątrz. Nasz gość, koleżanka mieszkająca  na stałe w dalekim Dubaju, przywiozła  plastry detoksykujące do przyklejania na noc na stopy. Zawarte w plastrach zioła oczyszczają organizm w czasie snu a rano toksyny ujawniają się na opatrunkach w postaci brunatnych, niezbyt przyjemnie pachnących plam. Prawda czy nieprawda? Kto nie sprawdzi, ten się nie dowie. Plastry  działają rzeczywiście powodując przypływ energii, dodatkowo cera również jakby się wygładza i rozjaśniają się cienie pod oczami. Uważam, że są godne polecenia zwłaszcza po kuracji antybiotykowej.

Arabskie kobiety  regularnie chodzą do łaźni na zabiegi  detoksykacji skóry. Zabieg to swoisty trzy- godzinny rytuał, w trakcie którego  wykonywany jest piling oraz masaż i zabieg polewania biczami wodnymi .Do pilingu używane jest specjalne  półpłynne mydło z wyciągiem z oliwy z oliwek.

15 czerwca w Zjednoczonych Emiratach Arabskich zaczął się okres Ramadanu czyli duchowego oczyszczenia. Czas, kiedy to od świtu do zachodu słońca nie wolno  uprawiać seksu, spożywać żadnych posiłków ani pić napojów. W tak  gorącym, pustynnym klimacie oznacza to praktycznie skazanie na całodzienną bezczynność. Okres ten w kalendarzu zależy od fazy księżyca i co roku przypada w terminie wcześniejszym o 10 dni w stosunku do poprzedniego roku. Nasza koleżanka barwnie opowiada o obyczajach w swojej drugiej ojczyznie. Synek koleżanki , urodzony na emigracji w mieście, wydartym pustyni, jest oczywiście  zahartowany do wysokich temperatur. Jak jest w Polsce, Maciusiu? –pytam  go o wrażenia po przylocie. Jest zimno i wszędzie są wandale-odpowiada malec.

Koleżanka dodaje, że na twarzach rodaków bardzo brak jej uśmiechu. Jesteśmy postrzegani jako naród bardzo nieżyczliwy  i rozpychający się łokciami w miejscach publicznych takich jak autobus czy poczekalnia u lekarza. Po wyjeździe cioci koleżanka przyrządza lekkie danie jarskie typowe dla kuchni arabskiej: tabulę. To sałatka, w skład której wchodzi między innymi odrobina kaszy kuskus, kilka pęczków natki pietruszki, cebula, odrobina pomidora i parę kropel cytryny. Pyszna i pożywna dawka  mikro i makroelementów, bomba z witaminą C w roli głównej. Maciuś konstruuje samochodziki z elementów lego, skupiony na  skrupulatnym studiowaniu instrukcji. Założę się, że wyrośnie na równie genialnego architekta jak jego tata. A ma być z czego dumny. Tata Maćka jest jednym z dwóch polskich architektów, którzy pracowali przy budowie Burdż Khalifa (Wieża Khalifa), inaczej zwana  Kwiatem Pustyni. Jest to obecnie najwyższy budynek na świecie. Tata Maćka mówi, ze istnieją  techniczne możliwości podniesienia wieży w górę o parę metrów gdyby komuś  na świecie przyszło do głowy pobić rekord Dubajczyków. Inwestycja, choć oddana do użytku z poważnymi niedoróbkami technicznymi, to oczko w głowie szejka Muhammeda ibn Raszid al Maktum, władcy Dubaju. Polak potrafi! Polak to brzmi dumnie!

Na pożegnanie naszych gości, spędzamy kinowy  wieczór w babskim gronie.

Dołącza do nas zaprzyjaźniona Celinka. Specjalizacja ze stomatologii zachowawczej, kobieta - Napoleon. Jeden z lepszych fachowców w branży. Wie, czego chce od życia. Bardzo udane, zdolne dzieci. Elegancki gabinet, stali pacjenci. Egzotyczne podróże. Dusza towarzystwa. I zatańczy i wypije. Łatwo nawiązuje przyjaźnie.

A na dodatek  każda nasza wizyta u niej w „sprawach służbowych” za stresującego wydarzenia zawsze zamienia się w towarzyski event. Unieruchomiona na fotelu z otwartą buzią jako jedyny niemiły fragment leczenia wspominam zaledwie ukłucie zastrzyku znieczulającego…. Potem już słyszę tylko anegdotki, zabawne i celne recenzje nowości filmowych(Cela to zapalona kinomanka). Pani doktor nie drenuje też nadmiernie portfela pacjentów i zawsze uczciwie przyznaje, czy może dać gwarancje na wykonany zabieg, czyli czy ząb rokuje na przetrwanie roku. Cela zasłynęła w naszej rodzince  powiedzonkiem: - Nie mówię, ze nie jestem dumna  ze stanu twojego uzębienia ale ty mi nigdy nie dasz nic zarobić…- usłyszał pewnego razu mój 17-letni syn, który poza zabiegiem ekstrakcji dwóch mlecznych górnych jedynek przed dziesięciu laty nigdy jeszcze  nie doświadczył potrzeby borowania i zakładania plomby. Nie ze strachu tylko z powodu zdrowych zębów. Wzięłam sobie do serca dwie zasady Celinki: krople Zymafluor  podczas wyrzynania się mleczaków oraz przyzwyczajenie dziecka do picia wody mineralnej i nie podjadania słodyczy w sytuacji, gdy nie ma możliwości wyszorowania zębów. Poskutkowało zadziwiająco dobrze!

Na spotkanie Celka przychodzi w czerwonej sukience. Uśmiechnięta. Ale to uśmiech sceniczny, to chyba naturalne, że każdy stomatolog lubi się uśmiechać i robi to swobodnie i z wdziękiem. W jej oczach czai się cos niepokojącego. Kłótnia z mężem czy  nastoletnim synem? - zastanawiam się.

- Jestem na detoksie - mówi bez ogródek - potrzebuję trochę wsparcia i wygadania się.

Detoks od męża. Dużo w życiu przemeblował. Nauczył pokory, wycisnął sporo łez. Ale  ta walka trwa już  od 10 lat. I Celinka  przestała liczyć, że coś się zmieni.  Tak, tak, wie, że jest silniejsza i bardziej przedsiębiorcza a także bardziej towarzyska od niego. Zauważyłam nawet, że od paru lat wyjeżdżała na wczasy ze znajomymi i dziećmi.  Bez  zajętego  karierą męża. Ale kogo dziś  dziwi kobieta na wycieczce objazdowej bez męża? Czasem warto dać sobie wzajemnie od siebie odsapnąć. Pracoholizm i  wyścig małżeński kto osiągnie i zarobi więcej czasem okazuje się jednak ślepą uliczką.On po pracy potrzebował wielu godzin ciszy i spokoju by dojść do siebie po stresującym dniu z klientem. Ona, przeciwnie, zawsze odżywa wśród ludzi, gdy rozmawia, tańczy, sączy  latte i dzieli się z innymi myślami. On jest domatorem. Telewizja, kapcie, mrukowaty, skręcony w paragraf przed telewizorem. Jedyne znaki życia to intensywna praca kciuka na telewizyjnym pilocie. – Jeśłi przed każdym, nawet nieczęstym wyjściem muszę używać forteli by wyciągnąć go z domu do ludzi, po pewnym czasie mam dojść i wychodzę sama.  On najchętniej siedziałby w domu i nie odzywałby się do nikogo. Dla mnie ludzie są jak powietrze. Bez nich życie nie ma sensu - mówi smutno.

- Po okresie negacji jestem w fazie buntu - nasza przyjaciółka  rozkleja się lekko  po drugim drinku. Zdaję sobie sprawę , że burzymy wszystko, co dotąd zbudowaliśmy i to mnie przeraża. Ale ja sama nie uratuję tego związku, do tanga trzeba dwojga. Nie, nie mamy nikogo. To nie z powodu zdrady ten rozpad. Po prostu mówimy innymi językami i gdy rozmawiamy, słyszymy coś innego, sprzecznego z intencjami.  Miotamy się. On co parę tygodni chce wrócić. Ale nie można dzieciom urządzać takiego cyrku. Muszą mieć jakąś stabilizację. Wydawało się, że stabilizacja zawodowa  może być fundamentem szczęścia i tarczą, chroniącą przed prozaicznymi problemami życia. Ale w małżeństwie jak w ogrodzie. Wzajemne rozmowy i zrozumienie są dla miłości jak  odżywka dla roślin. Bez  wzajemnej komunikacji związek robi się chłodny i drętwy. Zaczynasz coraz więcej czasu spędzać bez niego i po paru miesiącach orientujesz się, że jest ci z tym dobrze…. Dobrze ci z tym, że nikt się na ciebie ciągle nie obraża. Że nie wpędza w poczucie winy.

- Mentalnie już  się rozstaliśmy. Jeszcze tylko trzeba zrobić porządek w papierach. Ale bez pośpiechu. Bo, kto wie? Może to jeszcze wszystko się jeszcze odmieni? Może wystarczy parę miesięcy detoksu aby się pozbierać? Żal ściska mi krtań. Co powiedzieć. Milczymy.

Milczymy i gładzimy  rękę Celinki. Zasługuje na  szczęście. Zasługuje na fajnego faceta. Boże, myślę sobie patrząc na nią. Tyle lat próbowała  ratować ten związek. Ale jeśli,  tu pozwolę sobie użyć metafory , załoga samolotu ma podzielone zdania dokąd staek poprowadzić, jeden pilot leci do Bangkoku a drugi upiera się przy Dublinie i szarpie sterami w przeciwnym kierunku , to  statek powietrzny skazany jest na katastrofę. Na stole przed nami kilka stron w notesie zapisanych nazwiskami terapeutów.  Dziewczyny, bierzcie i notujcie. I umawiajcie się na wizyty zanim nie będzie już czego ratować. Nie ma związków idealnym, w każdym trzeba czasem zrobić przegląd, tu i ówdzie naoliwić, wyrzucić częśc balastu ponad siły. Żeby dało się dalej żyć. Wśród znajomych powstał już nawet ranking   najskuteczniejszych gabinetów.  Dużą popularnością cieszą się weekendowe dni skupienia dla małżeństw, prowadzone przez świeckich moderatorów i duchownych, np. przez Dominkanów. Do terapeuty chodzi się już jak do dentysty… I… pomódlcie się za nas bo nie wiem, jak będzie…. W kolejnym drinku widać dno. Lokal za chwilę już zamkną. Wychodzimy. Kieruję więc nie piłam. Mogę kontynuować mój detoks. Cela wrzuciła mi na twardy dysk mnóstwo tematów do przeżucia. Spróbuję się tym zająć off Line…..

- Boże, szepcę w myślach. -Proszę, pozwól  tej fantastycznej, wartościowej dziewczynie i i jej facetowi  przemówić do siebie tym samym językiem, którym  rozmawiali  21 temu na Bulwarach Wiślanych w Noc Świętojańską. Kiedy patrzyła mu z pożądaniem w oczy i wąchała przyniesiony przez niego bukiecik kwiatów. I pozwól mu, Boże, zobaczyć w niej znowu tę dziewczynę w obcisłej sukience w groszki, podkreślającą zgrabną sylwetkę i  kształtny biust. Pomóż mu  porozmawiać z nią językiem, który nie rani, który wybacza. Jeśli zechcesz, możesz ich przeprowadzić przez ten sztorm . Pomóż im,proszę, jeśli nie jest jeszcze za późno.

Lunka1969
O mnie Lunka1969

Bez Pana Boga, zielonej herbaty, książek, zwierząt przy boku, radia przy uchu,nie byłabym sobą. Wierzę w prawdziwą przyjażń i miłość. Cenię ludzi, mających dystans do własnych wad. Czasem troszkę nostalgicznie, czasem filozoficznie. Z sercem na dłoni. Nie znam się na polityce. Bliżej mi do psychologii i literatury.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Rozmaitości