Kiedy bierzesz do ręki pilota, otwierasz istną Puszkę Pandory. Tandetna rozrywka. Powtórki seriali. Politycy, którzy tłumaczą się, dlaczego nadal warto wierzyć w cuda… I jakie czynniki zaważyły, że nasz kraj został niedoszłą Zielona Wyspą. Informacje, z których najlepsze są te, w których występuje jakiś denat lub człowiek, który cudem wymknął się Kostusze spod kosy…. Czy to smart „tiwi”, czy nieco „głupszy model” z konwerterem, pamiętający czasy telewizji analogowej, od Skwierzyny po Siekierczynę. Wypluwa z siebie sieczkę. A czas płynie. I nie wraca. Media atakują zalewem reklam produktów, które bezwzględnie musimy mieć by żyć dłużej, lepiej, szczęśliwiej, efektywniej. Bombardują dramatycznymi newsami. Nie spędzajmy upałów przed telewizorem bo podniesie się nam ciśnienie i zejdziemy z tego świata, nie doczekawszy polskiej złotej jesieni…
Alarmują spodziewanym atakiem terrorystycznym. I zamiast cieszyć się pełnią lata, martwimy się kryzysem. Śnimy o niestrzeżonych kąpieliskach, wężach, wypuszczonych z klatki przez nieodpowiedzialnego właściciela, o plajcie biura podróży, w którym zostawiliśmy oszczędności z ostatniego roku. Gdzieś w Stanach wylądował znów awaryjnie samolot z Irlandii a karetki pogotowia rozgrzane są do czerwoności od dodatkowych kursów. Rzut oka na termometr:40,8stC.
Stop. Używam pilota po raz drugi. I bez telewizji było dziś gorąco. W Niemczech pada dziś deszcz, jest 20 stopni. Zazdroszczę koleżance, która może wyjść na spacer w kaloszach, z parasolem. Ale, hejże! Ależ mamy krótką pamięć! Nie tak dawno narzekaliśmy na przedłużającą się zimę i deszczowy początek lata! I co z tego, że jest strasznie gorąco? Kiedy w końcu wygrzać kości i poleżeć na pachnącej koniczyną trawie jak nie w sierpniu?
Oczywiście, pod warunkiem, że wcześniej zdołamy oderwać się od ekranów i głośników i posłuchać w zamian cykania świerszczy .
Dziś o 14.30 znalazłam się, niestety, w sercu Krakowa. Na rozgrzanej ulicy nad którą unosiła się fala upalnego powietrza dając uczucie uwięzienia w piekarniku.
Opustoszałą ulicę przeciął jakiś zabłąkany przechodzień, zmierzający tylko w sobie znanym kierunku. Moja wizyta w mieście odbyła się w wyniku stanu wyższej konieczności. Nawet w klimatyzowanych biurach ludzie wzdychali dziś, zazdroszcząc tym, co na urlopie, daleko stąd. W drodze powrotnej do domu, myślę, jak próżną istotą jest człowiek. Kilka miesięcy wcześniej, w kwietniu, narzekaliśmy na śnieg i chłód, marząc o ciepełku, świeżych owocach prosto z krzaka i długich wieczorach w ogrodzie.
Nadeszło lato. Długie wieczory, burza kwiatów, cykady na łące, fantastyczne, ciepłe światło do robienia zdjęć. A tu nagle kilka dni z temperaturą powyżej 30 stopni i zaczynamy kwękać. Lato to czas zapachów, namiętności, zauroczenia, barw i spadających gwiazd. Tak wyobrażam sobie niebo. Ciepłe, pachnące, kolorowe. Gościnny gospodarz częstuje soczystymi owocami a dzień jest wystarczająco długi i na pracę i na marzenia. I na długie rozmowy z przyjaciółmi pod rozgwieżdżonym niebem…. Ale romantyzm romantyzmem a nasze organizmy marzą o ochłodzie. Przeczytałam, że łatwiej przeżyć upał stosując kilka tricków:Pierwszy z nich to
Domowa lemoniada imbirowa.
Składniki:1,5 litra lekko niegazowanej, schłodzonej wody mineralnej, Sok z dwóch średniej wielkości cytryn. Kilka plasterków świeżego korzenia imbiru. Kilka listków świeżej mięty,5-6 kostek lodu.3 łyżeczki cukru lub miód do smaku
Wyciśnięty sok wlewamy do wody, dorzucamy pokrojone plasterki imbiru, dodajemy lód, miętę i energicznie mieszamy zawartość. Lemoniadę należy przechowywać w lodówce. Na tropikalne upały skutecznie pomaga trick numer dwa: położenie na kark kompresu ze zmoczonego w zimnej wodzie ręcznika i krótki odpoczynek z nogami uniesionymi powyżej poziomu tułowia. W podręcznikach zawierających mądrość chińskiej i tybetańskiej medycyny na temat leczenia poprzez dietę wyczytałam, że niektóre potrawy mają właściwości wychładzające. Należą do nich m.in. wszelkie owoce cytrusowe. Tak więc zaprzyjaźniam się dziś z ananasem i brzoskwinią. Choć mądre źródła polecają również banany, melony i arbuzy. W wersji świeżej ale także w postaci koktajli, owoców zmiksowanych z jogurtem. Fajnym pomysłem są również domowe mrożone sorbety. Wystarczy zmiksować dowolny owoc, np. banana lub ananasa, włożyć go do kubeczka po małym jogurcie, wbić patyczek do lodów i zamrozić. Pycha! Jednak uwaga na niektóre owoce bo zamiast ochłodzić, mogą działać napotnie! Choć mamy sezon na maliny, często zapominamy, że mają one właściwości rozgrzewające. Pieczenie tarty z malinami odłożę chyba na mniej tropikalna aurę. Chyba, że zamiast wyżej wspomnianych, położę na tarcie świeże brzoskwinie i ananasa! Na pewno darować sobie można wszelkie potrawy zawiesiste, smażone, z dodatkiem kapusty lub ciężkie sosy. Ja głosuję na chłodnik z buraczków a na deser domowy koktajl z jogurtu naturalnego i borówek! A na kolację dwie szklanki imbirowej lemoniady zamiast bułeczek z dżemem wiśniowym! Wieczorami, po 21 dokładnie wietrzymy cały dom ( wtargnięciu komarów i much zapobiegnie kilka kropli olejku goździkowego, którym nasączymy waciki kosmetyczne i zostawimy na parapetach). W ciągu dnia staramy się trzymać okna zamknięte i osłonięte roletami.
Na letnie zmęczenie i brak energii życiowej najlepiej zmusić się do rozsądnej dawki wysiłku fizycznego to trick numer trzy. Oczywiście, zalecany wieczorem, gdy zrobi się już chłodniej).
Pani Grażynce, naszej sąsiadce, która zaktywizowała do wieczornych marszobiegów kilka miejscowych pań, w tym również i mnie, nie straszne upały. Tylko sobie znanymi sposobami nasza liderka powiększa grono pań, maszerujących regularnie 3-4 razy w tygodniu po wsi z kijkami do nordic- walking. W związku z gorącą aurą zmieniła się tylko nieco godzina treningów. Spotykamy się nie wcześniej niż o 21.
Cel: minimum 6 kilometrów rekreacyjnego dotlenienia. Inwestycja: 60-90 minut. Obowiązuje: wygodny strój, sportowe buty i dobry humor. Zero kosztów zakupu karnetu! Efekt: śpimy jak susły, zwiększa się poziom endorfin, coraz bardziej uzależniamy się od tych wspólnych wyjść! Oczekiwania: zrzucenie kilku kilogramów. Ale jesteśmy realistkami i zadowoli nas nawet mały sukces( powiedzmy, 3 kilogramy mniej).
Przedwczoraj któraś z pań zaproponowała: dziewczyny, może pójdziemy trasą wąwozem z górki niedaleko rzeczki? Pomysł przedni, o 22 nad rzeczką pieściła nas cudowna bryza chłodnego powietrza i tylko żałowałyśmy, że nie zaaplikowałyśmy sobie preparatu na komary…. w miejscu, gdzie „plecy tracą swą szlachetną nazwę”J.
Im nas więcej, tym trening jest weselszy, bardziej urozmaicony i mija niepostrzeżenie. Tropikalny wieczór kończę, spacerując po spragnionym wody ogrodzie, z wężem w dłoni. Nucę utwór „The Passenger”, „Wrong Direction”. To ze świata. A z krajowych wykonawców włóczy się za mną prawie całkiem nowa ale już znana z netu i z koncertów grupa :”Lily Hates Roses”. Śpiewają po angielsku. Choć to grupa Made In Poland. Ładne. Dobrze zaaranżowane. Klimatyczne! Wokalistka fascynuje mnie barwą głosu. Niby nic skomplikowanego: gitara i wokal. Ale to niezwykły duet! Poszperajcie w necie! Nie mogę się od nich uwolnić. Ogród pije wodę, roztacza letnie zapachy róż, groszku pachnącego, bazylii i lawendy.
Lato, choć trochę narzekam, że nie ma czym oddychać, kocham cię bardzo. Gorące temperatury, tak jak gorące uczucia, gorące wspomnienia i gorące dyskusje, dodają życiu szczypty magii i są jak dobrze przyprawiona potrawa. A że tęsknimy za odrobiną wytchnienia w chłodzie? Nie martwię się, bo to już wkrótce!
Ładnie o naszej niekonsekwencji w myśleniu śpiewa Anna Maria Jopek: „ Jednocześnie chcemy ,żeby były święta i czereśnie. Jednocześnie chcemy żyć na jawie, we śnie”.
Dobrej nocy, dobrych, gorących snów!


Komentarze
Pokaż komentarze (5)