Jedenastego września 2001 roku spędziłam wraz z rodziną w Stanach Zjednoczonych. Z tego dnia zapamiętałam drobiazgowo każdy szczegół. Smak porannych płatków Kellogs , popity lodowatym mlekiem. Pośpieszne szczotkowanie zębów i porannego całusa, złożonego na ciepłym czole śpiącego jeszcze męża. Gest sięgnięcia po torebkę i klucze do samochodu.
Gdy zamykam oczy, widzę wszystkie zapamiętane obrazy w rozdzielczości HD. Słowa, krzyki, dźwięki, ciszę. I czuję pulsujący ból w potylicy. Potężny jak fala tsunami. Od WTEDY aż do dziś tak właśnie reaguję na falę stresu. Od dziewięciu miesięcy mieszkaliśmy z mężem i synkiem w Stanach. Jedna z firm, zajmująca się projektowaniem infrastruktury dla telefonii komórkowej zaproponowała Ślubnemu tak zwany ”short term asignment ”. I tak moja Bardziej Praktyczna I Skrupulatna Połowa została liazonem. Kimś w rodzaju łącznika technicznego, help desku i konfesjonału, trzy w jednym. Bardzo niewdzięczna funkcja. Do zadań osoby na tym stanowisku należało zarządzenie pracą zespołu inżynierów z Rosji oraz z Polski, wykonujących części projektu dla zleceniodawcy w USA i Kanadzie.
Jedenasty września 2001 roku , 8.15 rano , przedmieścia Chicago. Widzę siebie zziajaną, z włosami w nieładzie, z kubkiem gorącej kawy w ręku, z ważącą ze dwa kilogramy podręczną torbą z drobiazgami pod pachą i nieco sennym pięciolatkiem, bezskutecznie próbującym się obudzić. Idziemy w kierunku samochodu. Poranek jak każdy. Dużo spraw i planów. Po drodze do pracy muszę odwieźć synka do przedszkola. Wczorajszy wieczór nieco nam się przedłużył więc tego ranka malec nie był w specjalnie dobrej formie. Jeden z kolegów syna z przedszkola obchodził wczoraj urodziny i z tej okazji zaprosił przyjaciół do klubu na kręgle i tort. Tłumaczę, że przyjadę po niego po obiadku i leżakowaniu i wybierzemy się do parku, wypróbować nowy scooter ( hulajnogę). Synek odpowiada bezbłędną angielszczyzną z akcentem nie do podrobienia. Urodzony native speaker z dziewięciomiesięcznym stażem za granicą…. Zasypuje mnie pytaniami, nie może doczekać się piątku i wyprawy na plażę .Nietypowe godziny pracy ze względu na różnicę czasu na osi Polska-Rosja- USA, powodowały, że mąż czasem wstawał po czwartej rano na pierwszą telekonferencję. Tego dnia również tak było. Dlatego po zakończonym tzw. „Kollu”, oznaczającym w informatycznym żargonie telefoniczne spotkanie specjalistów w celu omówienia „statusu”, Moja Druga Połowa mogła jeszcze na godzinę przyłożyć głowę do poduszki. Dziś już nie pamięta co mu się wtedy przyśniło. Chyba Polska. Do jego obowiązków należało regularne zdawanie sprawozdań na kwartalnych spotkaniach w Krakowie. Ale żaden najczarniejszy koszmar senny nie mógłby się równać z tym, czego tego dnia przyszło nam doświadczyć.
Dochodziła 8.55. Jechałam właśnie ulicą o nazwie Rand Road kierując się z miejscowości Palatine w kierunku Buffalo Grove. I nagle zauważyłam dziwne zachowanie kierowców dookoła. Wszystkie samochody zwolniły. Wydawało się raczej, że jadą w kondukcie pogrzebowym. Nie dostrzegłam w okolicy żadnego wypadku, ulicą nie jechała też żadna „Trójca Święta”, jak nazywa się nieco przewrotnie 3 radiowozy służb ratowniczych, policji i pogotowia, wzywanych standardowo do każdego zdarzenia na drodze. Na twarzach ludzi dostrzegłam wyraz paniki. Odruchowo przekręciłam gałką radia, by usłyszeć, że zwariowany rytm roc’n’rolla został zastąpiony przez kilkanaście sekund utworu: „ Only time” Enyi. Dżingiel : „ Breaking news” i wiadomość, jeszcze niepotwierdzoną, że w New York City porwany wcześniej samolot wbił się w północną wieżę WTC. Dziennikarze mojej ulubionej stacji radiowej WLIT prawdopodobnie wpatrzeni w ekrany telewizyjne nie wiedzieli jeszcze, że nie był to przypadek lecz skrupulatnie, długofalowo zaplanowane wydarzenie, które przeszło już do historii jako II Pearl Harbor w historii USA.
-Boże, wojna w Stanach? Niemożliwe!- pomyślałam w panice. Chwilę wcześniej w radio podano, że prezydent George W. Bush nie przerwał zaplanowanej wizyty w szkole podstawowej, na Florydzie, którą wizytował w ramach propagowania programu rządowego. Wytrzymał aż do powiadomienia go o ataku na drugą wieżę. Całe 16 minut! Gdyby działo się coś poważnego, prezydent od razu wyruszyłby do NYC- przebiegło mi przez głowę. I uspokoiłam się na chwilę.
Wiedziałam, że w razie zamknięcia przedszkola mąż będzie miał do pokonania zaledwie jedno piętro by odebrać dziecko. Firma zadbała o dobre warunki, jedną z dogodności było firmowe przedszkole dla dzieci pracowników.
W momencie zagrożenia przez głowę galopują szalone myśli. Zamach terrorystyczny? Czy zaatakują również Chicago? Przypominam sobie opowieść Brzydszej Połowy przy wczorajszej kolacji. Tydzień temu przylecieli z Polski koledzy na kilka tygodni, podciągnąć do przodu robotę. I na weekend wybrali się do Nowego Jorku. Zrobili też zdjęcia na tarasie widokowym WTC. Jeden nawet zostawił sobie bilet wstępu na pamiątkę. Na szczęście, wszyscy wrócili już do Chicago.
Oni tak.
Ale co dzieje się z ludźmi w tym piekle?
Oszołomiona nowiną o atakach przypominam sobie wysłuchany niedawno reportaż o przedszkolu, mieszczącym się w jednym z budynków. Czy zawaliła się właśnie ta wieża? Myślę o ofiarach. O tym, że mogło zginąć wiele maluchów. I także o tym, że właśnie jakieś dzieci tracą matki i ojców. Ilu ludzi mogło zginąć? Dużo. Jezu…. Ręce na kierownicy drżą. Krajobraz za oknem rozmazuję się. Ale nie płaczę. Mam w Nowym Jorku rodzinę. Czy pechowo znaleźli się nieopodal feralnego miejsca? Jakoś przebywam pozostałe 8 mil i wpadam do domu mojej chlebodawczyni.
Elizabeth, wice -prezes jednej z czołowych firm konsultingowych, rozczochrana, bez makijażu, ubrana w piżamę, klęczy na dywanie swojego gabinetu, próbując dodzwonić się jednocześnie z telefonu stacjonarnego i dwóch komórek. Obok niej kręcą się dwa koty, Rosie i Max, dwuletnia córeczka dopija poranną porcję mleka z butelki. Synowie już odjechali do szkoły.
Nikt nie odbiera słuchawki więc Liz po kolei nagrywa wiadomości na dwa z dostępnych numerów. Pod trzecim słyszy tylko sygnał „numer zajęty”.
-„Suzi, błagam, odezwij się! -krzyczy, ocierając łzy.- Czy wyleciałaś tym samolotem United Airlines „175” o 8.00 z Bostonu?”
Suzi jest młodszą siostrą Liz. Od roku mężatką. Wiem, że mieszka w Bostonie i spodziewa się dziecka. Tego ranka miała lecieć na delegację do L.A. Nie da się zakląć rzeczywistości.
Na biurku szefowej dostrzegam plastikową buteleczkę tabletek Aleve. Zgarniam ją wraz z córeczką Liz i na nogach jak z waty wchodzę na pierwsze piętro do pokoiku dziecięcego. Dalszy ciąg rozmowy pani prezes dobiega do mnie za pośrednictwem urządzenia o nazwie elektroniczna niania. Ubieram dziecko w co popadnie. Mała marudzi, żąda zabawy. Pracuję jako baby sitter. Niestety, niczego innego nie dało się załatwić bez zezwolenia na pracę. Ale chlebodawczyni docenia moje uniwersyteckie wykształcenie i cieszy ją fakt, że porozumiewam się poprawną angielszczyzną. Jestem traktowana na prawach domownika, z szacunkiem. Plusem pracy i miłym wytchnieniem po przedpołudniowym kieracie z maluszkiem są wyjazdy ze starszymi chłopcami do ekskluzywnych klubów sportowych na zajęcia pozalekcyjne. Zżyłam się z rodziną, wiem, że wkrótce wracamy do kraju i traktuję tę pracę jak fajną przygodę. Podreperowanie finansów i możliwość odłożenia na upragniony samochód w krótkim czasie to była kusząca perspektywa.
Nic tego dnia nie jest już potem takie same.
Po kilku godzinach, ogarnięte rozpaczą z powodu dramatyzmu sytuacji, wiemy, że dwoje z bliskich współpracowników Liz z Nowego Jorku prawdopodobnie zginęło w miejscu pracy. Najbliższe godziny pokażą, czy jakimś cudem udało im się uciec. Relacje telewizyjne wyglądają trochę jak film z pogranicza science-fiction. Jesteśmy jak posągi, zastygłe przed ekranami. Przestałyśmy liczyć czas. Stanął w miejscu. Nie mam wiadomości od rodziny z Nowego Jorku.
Telefon Suzi, siostry Liz także milczy ale na info- linii „United” udaje się potwierdzić, że Suzi nie było na liście pasażerów. Dzień wcześniej zmieniła plany. Ponieważ ruch lotniczy został wstrzymany do odwołania, do Bostonu trzeba będzie wrócić drogą lądową. Mama Liz daje jej znać, że młodsza córka szczęśliwie wylądowała w Kanadzie. Na razie pasażerowie zostali zatrzymani na terytorium Kanady gdyż zamknięto granicę z USA. Ulga. Ale tylko na chwilę. Dzwonią telefony i słyszymy wiele szlochów i dramatycznych historii.
Liz niemal cały dzień rozmawia przez telefon z koleżankami, mężem, partnerami z firmy. Głos ma już spokojny ale bladość twarzy zdradza, przez co przeszła.
Po południu w trzy minuty wskakuje w sukienkę i bez mycia zębów, z fryzurą od wczoraj, pędzi do szkoły, odebrać synów. Przed szkołą powiewają na masztach flagi, dziś zsunięte do połowy i ozdobione czarnymi wstążkami. Jak co dzień, patrol policji pilotuje wyjazd dzieci ze szkoły. Dziś w nieco okrojonym składzie. Wśród rodziców ogromne poruszenie. Ludzie zamierają w bezgłośnych uściskach, witając swoje pociechy. Płaczą. Pocieszają się i komentują poranne wydarzenia. Nauczycielki rozdają przygotowane dziś przez dzieci symbole narodowe, flagi z napisami „UNITED WE STAND”, które rodzice zatykają w miejsce anten samochodowych. Dzieci mają wpięte w ubranka domowej roboty broszki z koralików. Układają się one w charakterystyczne narodowe barwy: biało-czerwono- niebieskie.
Plakat przy głównym wejściu do budynku szkoły zapowiada, że w przyszłym tygodniu odbędzie się charytatywny koncert na rzecz pomocy rodzinom poszkodowanym w ataku, szczególnie zaś rodzinom poległych strażaków. Jestem pod wrażeniem siły tego narodu. Nie roztkliwiał się zbyt długo w „chocholim tańcu” i „rwaniu szat”. Szybko zorganizował się i przekuł tragedię w triumfalną manifestację jedności z poszkodowanymi. I w konstruktywną pomoc. I od razu zaczął wcielać pomysły w życie.
Po odebraniu dzieci ze szkoły Liz zwalnia mnie wcześniej do domu. Normalnie wieczorem poszłaby jeszcze na kurs robienia domowego makaronu ale dzisiaj zajęcia pewnie będą odwołane. Wysiadam z auta Liz i szukam w torebce kluczy do własnego samochodu. Jak kamień w wodę! Naciskam klamkę: otwarte! Kluczy nie ma jednak ani w torebce, ani w żadnym zakamarku wnętrza samochodu. Czyżby upadły na chodnik? Są! Dostrzegam je w zamku… bagażnika. Zostawiłam je tam na cały dzień! Nikt nie ruszył kluczy i nie odjechał dwuletnią Toyotą! Nikomu nie przyszłoby to do głowy na tym osiedlu…. TEGO dnia….
Wracam do domu w szpalerze samochodów, ozdobionych flagami. Ze sklepów znikają resztki koszulek, pozostałych na wyprzedażach po Święcie Niepodległości 4 lipca. Wszyscy ubrani w barwy narodowe. Przy ulicach stoją dzieci z rodzicami. Zatrzymują samochody, machając długimi, charakterystycznymi strażackimi butami. W bucie brzęczą monety: Ludzie dorzucają swoje datki bez słów. W podziękowaniu piękny uśmiech i skinienie rąk. Przypinam do kurtki trójbarwną broszkę i myślę: Ameryko, dasz radę!
Niektórzy Polacy, mieszkający w Chicago, po ochłonięciu z pierwszych wrażeń mówili: - No, sami sobie tych terrorystów wyszkolili! To częściowo ich własna wina!
Nie podzielam tych opinii. W społeczeństwie wielonarodowościowym, gdzie panuje wolość wyznania, liberalne przepisy w zakresie pozwolenia na posiadanie broni i konstytucyjnie zagwarantowane prawo do szczęścia i rozwoju osobistego, odmówienie obcokrajowcowi pozwolenia na szkolenie w zakresie pilotażu mogłoby być odczytane w tamtych czasach jako „niepoprawne politycznie”. Ale druga strona medalu była też taka, że „lew, pewny swej mocy sprawczej stracił czujność i przespał ostrzeżenia”.
W kolejnych dniach po zamachu gazety i kolorowe pisma przyniosły więcej drobiazgowych doniesień potwierdzających bohaterstwo Amerykanów. Najbardziej wzruszający był przypadek przejęcia kontroli nad sterami samolotu przez pasażerów lotu 93 z Newark do San Francisco i udaremnienie planowanego ataku na Biały Dom. W kolejnych wieczornych audycjach radiowych WLIT wielu słuchaczy snuło osobiste wspomnienia na temat tych osób. I ich pożegnań z rodziną przez telefon komórkowy. Wykorzystanie telefonu komórkowego aby powiedzieć ostatnie świadome słowa przed śmiercią, słowa : ”Kocham was, żegnajcie”, zapadły mi w serce bardzo traumatycznie.
Ten najtragiczniejszy we współczesnej historii USA dzień zrewolucjonizował hierarchię wartości obywateli Ameryki . Nagle ponad status materialny, komfort, zakupy i dobre jedzenie zaczęli doceniać najbliższych i zwracać uwagę na jakość spędzanego wspólnie czasu oraz dzielenia się uczuciami.
Wróciłam wieczorem do domu. Wyściskałam najbliższych. I poczułam się starsza o tysiąc lat.
„Jutro? Pojutrze? To już nie mój problem”. Jakie myśli mieli w sercach ginący ludzie? Czy w ostatniej chwili doznali pociechy, jak przed wiekami męczennicy, ginący za wiarę?
Bo przecież ofiary były swego rodzaju bohaterskimi męczennikami….. Niech dobry Bóg ukoi żałobę rodzin. Niech ci, którzy tego poranka nie zdążyli sobie powiedzieć miłych słów i już nie będą mieli takiej szansy, wypowiedzą je jeszcze raz, podnosząc głowę w kierunku Nieba. Każde dobre słowo ma sens. Nawet wypowiedziane po śmieci tych, do których miało być skierowane. Przecież liczą się dobre intencje…. Nigdy nie jest za późno, by powiedzieć: KOCHAM…. I PRZEPRASZAM….. I ostatnia myśl tamtego dnia: Niech będą dzięki Bogu najwyższemu za DZIŚ. że możemy sobie znowu powiedzieć: „Kocham cię”…. Tamtego wieczoru te słowa w wielu domach nabrały zupełnie nowego znaczenia.
Jednocześnie tak bardzo zatęskniłam, by wyściskać najbliższych w kraju, że trudno opisać to uczucie prostymi słowami. Zrozumie to jedynie ktoś, kto spędził Boże Narodzenie, Wielkanoc i taki dzień jak 11 września 2001 po drugiej stronie Wielkiej Wody.
Ps. Gorące pozdrowienia dla przyjaciół z Chicago. Również dla Barbary oraz Tadeusza z Nowego Jorku. Myślę o Was ciepło, kochani!


Komentarze
Pokaż komentarze (5)