"Od słowa do słowa
Od zmierzchu po świt
nieśmiało i śmiało
zachłannie jak nikt
od szeptu do szeptu
od świtu po zmierzch
szukamy w nas wciąż
czułych miejsc"-
śpiewa w jednym ze swych utworów Natalia Kukulska. Dlaczego cytuję tekst jej piosenki?
Bo wczoraj również zaczęło się "od słowa do słowa". Nie było jednak wcale nastrojowo, jak w piosence Natalii.
Poszło o protest przeciwko wszechobecnemu narzekaniu. Poszło o nadmiar żółci. Poszło o to, że nadepnełam na odcisk zmęczonemu zaciskaniem pasa Autorowi. Że ośmieliłam się mieć inne, bardziej optymistyczne refleksje po wizycie na największej imprezie wydawniczej w kraju, na 17 edycji Krakowskich Targów Książki. Wyśmianej nawet przez mojego ulubionego Bloggera. i obowiązkowo upolitycznione.Skończyło sięna wycieraczce, na która wyrzucił mnie jeden z najbardziej szanowanych na tym Salonie bloggerów. Przytakneło mu od razu ochoczo grono Klakierów.
W moim komentarzu wspomniałam, owszem, o wizycie w muzeum i przyjemności, wynikającej z obcowania ze sztuką . Dlaczego ją wspomniałam? Bo autor załamywał ręce,że nikt nie poznał się na PIĘKNIE okładki jego ostatnio wydanej książki i że nikogo nie zaciekawiło : czyj to obraz?
Wyjaśnilam więc, że moim zdaniem targi książki to miejsce, w którym podziwiamy bardziej treść książek niż wygląd okładki. Miejscem zaś podziwiania malarstwa są galerie. Tyle i tylko tyle!
Niechże więc autor wspaniałomyślnie wybaczy Intelektualistom z Croppa ich faux pas. Może trzeba naradzić się ze sztabem specjalistów nad alternatywna metoda promocji, która przyciągnie upragnionych Czytelników, Miejscem leczenia złego samopoczucia nie powinien być publiczny wpis lecz zacisze kozetki psychoterapeuty i tyle.
Poniżej wklejam link rzeczonego bloggera z innej strony, wyjasniający nieco przyczyny jego "niżu nastrojowego".
źródło::http://toyah1.blogspot.com/
Bardzo przepraszam, ale dziś wyłącznie w sprawie dramatycznie osobistej. Otóż wygląda na to, że przez to, że wydaliśmy tę książkę o zespołach, to tak bardzo wyproszone wsparcie dla bloga ustało. Od trzech dni, owszem, książka się systematycznie sprzedaje, natomiast, jak idzie o codzienne wpływy jesteśmy na czystym zerze. Od trzech dni nie wpłynęła marna złotówka. Biorąc pod uwagę fakt, że pierwszych realnych pieniędzy ze sprzedaży książki spodziewamy się dopiero na początku grudnia, czyli po pokryciu kosztów druku, no i zamknięciu rozliczeń za listopad, jak na dziś, jesteśmy całkowicie unieruchomieni.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)