Ja- słoik….
stoję sobie w wydzielonej dla ciebie części spiżarni wynajętego do spółki mieszkania w wielkim mieście. Moje wnętrze zawiera matczyną i babciną troskę, miłość i domową strawę. Obok tego dużego , o pojemności jednego litra, kilka ćwiartek i cztery malutkie, po majonezie kieleckim.
Wypełnione zapachem sadu , do którego jest tylko kilka kroków od domu. W słoneczne, jesienne popołudnie wspólnie wypełnialiście wiele koszy dojrzałymi owocami . Rozmawialiście o wyjeździe do miasta na studia. O nowych perspektywach. O tęsknocie mówiły głównie one. I o syndromie pustego gniazda. No, tak. Zamartwianie się na zapas to specjalność kobiet w twoim domu. Podobnie jak zapasy w słoikach. Zupełnie niepotrzebne. Jakby znowu groziła nam wojna i kartki na żywność. Po co taszczyć taki ciężki, dzwoniący szklanymi wypukłościami plecak i zrywać sobie bark? Miejscy studenci chodzą do barów, trattorii lub ostatecznie na stołówkę studencką. No, proszę was, ja musze się integrować z ludźmi. Taaak?
Matka z babcią pakowały te słoiki, ku mojemu cichemu przyzwoleniu, na wyścigi, do studenckiej torby i obiecywały, że jak będzie ci smakowało, to podczas następnej wizyty w domu zrobią więcej sztuk. Poczęstuj, Kasiu, koleżanki. Pamiętaj, herbata z malinami odpędza przeziębienie. A tu masz, dziecinko, pstrąga w galarecie, w malutkich słoiczkach smalec ze skwareczkami z domowego świniobicia. Plastikowe pudełka włóż od razu do zamrażarki. Masz w nich bigos, pierogi i filety z kurczaka. Nie panierowałam . Mniej kalorii. Tak, jak lubisz. Tak, tak, nie przepadasz może za smalcem ale weź, no, weź… Jak dodasz kwaszonego ogóreczka na świeży chlebek to będziesz miała apetizer po wykładach, zanim podgrzejesz sobie obiad…
Jaka ta babcia niedzisiejsza, wzdychasz. Jak im wyjadę w mieście z tym smalcem, co oni o mnie pomyślą? – przelatuje ci przez głowę. A mimo to po chwili zastanowienia wypakowujesz wszystkie słoiki. Wspólna chata, wspólne rachunki to i wspólny prowiant.
W trzecim tygodniu pobytu poza domem, po pierwszym zachłyśnięciu się możliwościami spędzania wolnego czasu w sposób tak bardzo odmienny od danego ci dotychczas w twoim poprzednim wcieleniu, wiejskiej dziewczyny z zapadłej prowincji, zaczynasz trochę tęsknić.
Ale nie zawsze odbierasz komórkę a na esemesy odpowiadasz z jednodniową zwłoką.
To taka lekcja dla nich, że mają już dorosłe dziecko, żeby wyłączyli opcję nadopiekuńczości. Przecież świetnie dajesz radę. Ściągnęłaś już na laptopa najważniejsze materiały z „Chomika”, masz kartę do bibliotek i wiesz już, jak korzystać z katalogów największych wypożyczalni w mieście.
Pstryknęłaś już I Phonem zdjęcie rozkładowi zajęć na uczelni i z niedowierzaniem kręcisz głową, że mama musiała kiedyś tracić czas na ręczne spisywanie grafika. I że uzupełniała go zawsze o nowe zmiany również odręcznie. Ach, co za głupie, zacofane, zgrzebne czasy przedkomórkowe. Czasy eksplozji czarno- białych odbitek xero. Czasy bez ogródków kawowych w rynku. No, tak, piło się wtedy „fu -siarę” Super Select ze szklanki z tandetnym, posrebrzanym uchwytem. I pewnie nie zwracano uwagi na to, że podczas picia łyżeczka tkwiła w szklance.
Już pobieżny rzut oka na ładnie ubrane dziewczyny i facetów na ulicach centrum wielkiego miasta weryfikują twoje samopoczucie w kwestii ciuchów. Upychasz po kątach okazyjnie kupione w prowincjonalnym ciucholandzie bluzeczki z tzw. dobra metką.
Co z tego, że kiedyś ktoś kupił je w dobrej dzielnicy Londynu czy Mediolanu, skoro ty nie pamiętasz ich pierwotnego zapachu. Skoro nie zdjęła ich na twoje życzenie z manekina ekspedientka w butiku z markowym towarem. Nie przyznasz się, że plamy na bluzce jakimś cudem sprałaś a największą zaletą bluzki , która swoje najlepsze lata miała na początku twojej nauki w liceum, są jej ciekawe guziki . No i nieźle wygląda z twoim ulubionym wisiorkiem. Jednak po obejrzeniu własnego odbicia w kilku eleganckich witrynach, wrzucasz ja w kąt szafy. Tak wygląda i tak spaceruje Prowincja po ulicach wielkich metropolii naszego kraju. Jutro do kolekcji rzeczy wyrzuconych dołączy bezsensowna, brązowa sukienka a we czwartek- źle skrojone spodnie. Kompletnie nie pasują do twojej figury- jak orzekła anielsko ubrana Dominika. Zjawiskowa cera. Super buty. Pewność spojrzenia. Sto procent asertywności. Dobry materiał na prawnika.
Któregoś popołudnia zabiera cię do modnego baru wegetariańskiego. Pożycza na tydzień kasę na sałatki i zdrowe soki przecierowe. Tu warto bywać. Tu podgrzewamy nastroje, opisując uczelnianą rzeczywistość. Tu nadajemy życiu rumieńców planując, czerpiąc wzajemne inspiracje i tu także świadomie, zdrowo, i świeżo zasilamy nasze ciała w nową, niezbędna do życia energię, czerpaną ze świadomie przyrządzonego pokarmu. Tu nowoczesność pokonuje zmorę- Tradycję.Tu możemy spotkać Irvin, która rozdaje ulotki informacyjne i kupony rabatowe z prezentem niespodzianką: darmowym wejściem na próbne zajęcia kursu jogi. Żyć świadomie. Stanąć na głowie bez lęku. Mentalnie i fizycznie. Doznać przebudzenia. Pokonać ograniczenia. Medytować. Doświadczyć mocy. Odkryć, jakie kamienie, kolory i zwierzęta dominują w naszej aurze. Czy jesteśmy tygrysem, lwem a może małpą lub żmiją? Jakkolwiek absurdalnie to brzmi, jesteś przecież dorosła. Czas na pożegnanie z prowincjonalnymi zabobonami. I czas na samodzielne decyzje. Nikt nie przeżyje twojego życia za ciebie. Nikt nie nauczy się życia lepiej niż popełniając błędy, eksperymentując. Po co powielać znajome schematy? Z tchórzostwa? Nie, nie jesteś tchórzem! Jesteś nowoczesna! Ahoj, przygodo! Żegnaj, prowincjo! Żegnaj, ciemnogrodzie. Żegnajcie, uprzedzenia! Żegnaj, szmateksie! Mam ambicje pozostania tu. Tu jest moje miejsce na ziemi.
Wierzysz, że na drodze do wydostania się z Prowincjonalnej Doliny , pachnącej kompleksami, smalcem i lumpeksem ale i jakimś, tanim sentymentem, stoi tylko twoja własna, ciągle zastraszana wyobraźnia, w której czujesz na sobie potępiający wzrok babki i zrezygnowany, matki.
I gdy zaglądasz któregoś późnego wieczoru do mieszkania i widzisz chłopaków, popijających wódeczkę, bez żalu wykładasz na stół swoje zapasy w słoikach. Odsuwasz je od siebie jak poparzona. Jak diabeł wodę święconą. Byle tylko nie wyjść na sentymentalna idiotkę.
- Mam dla was prezent do wódeczki, smalec i ogórki. Pasuje jak znalazł. Bierzcie szybko bo się rozmyślę.
To ostatnie słoiki, jakie przywiozłam z domu. Nie będę więcej zrywała barku, ważą strasznie dużo.
Tyle, ile moje prowincjonalne kompleksy- przychodzi ci na myśl. Ale już nie wypowiadasz na glos tej myśli. Zbyt boli.
Jedyne nici porozumienia jakie cię łączą z kolegami z prowincjonalnego liceum na pierwszym roku, to wzajemne pożyczki kasy i przywożenie pieniędzy od rodziców tym, którzy w danym tygodniu mieli „zbyt dużo nauki na kolokwium” by pojechać odwiedzić starych w rodzinne strony.
Wspólne esemesy lub wiadomości na portalach, typu : uruchomili nowy kurs busa do nas w piątki wieczorem… lub : Luśka, skontaktuj się z domem, umarła ci babcia. Tyle. Od drugiego roku większości ludziom rodzice doładowywali już konta komórek i środków na karcie debetowej za pomocą stałego zlecenia w banku. Nie było sensu tak często jeździć. Niech im się zagoi syndrom pustego gniazda. Może sami odkryją nowe powołanie zamiast tak się nami zamartwiać.
Jesteś w połowie drogi: juz nie słoik i jeszcze nie człowiek sukcesu. Raczej, aspirująca do tego miana.
Jeździsz na warsztaty twórczego rozwoju by porzucić dawne ograniczenia. Porzuciłaś tych, co ci prawili kazania, co jest grzechem i jak masz żyć. Porzuciłaś mentalnie tych, którzy straszyli cię piekłem i potępieniem.
Znasz wpływ kolorów na poziom energii człowieka. Gdy budzisz się rano, odprawiasz szamański rytuał z zawieszeniem wzroku na Łapaczu Snu. Ściskasz w dłoni ulubiony amulet, który przynosi szczęście.
Joga, możliwość osiągnięcia stanu relaksu, spokoju i błogiej koncentracji to twój klucz do sukcesu.
Nie wierzysz w żadne bajki typu uzdrowienia dzięki interwencji świętych ale wierzysz w uzdrawiającą moc gongu, w uzdrawiającą moc wypowiadania monotonnym głosem jednej frazy, która ma zbliżać do jedności ze wszechświatem, makrokosmosem, własnym ego. Wierzysz w pechowa trzynastkę, horoskopy, numerologię. Nie wierzysz politykom, mamie i babci. Wierzysz tylko własnej intuicji.
Myślisz, że pokolenie, czerpiące inspiracje zewsząd jest szczęśliwsze niż te z dawnych lat? Wzajemnie zantagonizowane tytuły prasowe i stacje radiowe napędzane żądzą zysku za wszelka cenę. Pokolenie mobilnych papkożerców. Podróżujemy, szacujemy, porównujemy. Jesteśmy elastyczni, otwarci, nowocześni. Ale i podatni. Wiwat nowe. Wiwat odważne. Wiwat myśli z pazurem. Wilcze myśli lub diable myśli? Zabobony , śluby, tkwienie w nieudanym związku bez miłości- do lamusa! Po co tracić czas na wspomnienia i refleksje? Idziemy na całość! Odkrywamy nowe możliwości. Otwieramy się na nowe przygody i doświadczenia. Tęęęczowo nam i radośnie!
Zaraz, jak to leciało w tym infantylnym serialu, przy którym babcia tak często się wzruszała?
„ Życie, życie jest nowelą, której nigdy nie masz dosyć, wczoraj biały, biały welon, jutro białe, białe włosy”.
Babciu, co za bzdury. Dzisiaj białe włosy ma tylko kobieta zapuszczona . Kobieta wyzwolona i świadoma dba o fryzurę i starzeje się dużo, dużo później niż w twoim wieku. A biały welon? No, kiciu, nie opuszczę cię, dopóki nie spłacimy kredytu, żeby nie komplikować. A potem to się zobaczy. Przecież kitu sobie wstawiać nie będziemy, halo!
Babciu…. I co tak patrzysz, na mnie z wyrzutem z tego zdjęcia? Pewnie nie bardzo podoba ci się to, co widzisz? Oj tam, oj tam! No, nie uprzedzaj, taaaaak?
Babciu, trudno nie wierzyć w nic…..


Komentarze
Pokaż komentarze (9)