Budzimy się jak na komendę i ziewamy. Potem przychodzi czas na poranny stretching, energiczne liźnięcie w ucho oraz obowiązkowy psi ukłon. My, psy, wychowywane na prawach domowników, mamy swój kodeks honorowy a także przyjacielskie rytuały wyrażania pozytywnych uczuć. Pan narzuca coś w naprędce na piżamę i wybiegamy na poranny spacer .Nos przy nosie. Dwie dyszące mordki. Poranna gra w berka, jazda obowiązkowa. Niestraszny nam mróz ani mżawka. Uwielbiamy podmuchy wiatru w naszych gęstych, wypielęgnowanych futerkach. Ja mam od początku niepisane prawo do pierwszeństwa w bramie. Ta smarkula, Labradorka Biszkopt, wychowana w tym domu od szczeniaka, truchcikiem przemierza znajome rewiry, czasem zrobi zygzaka i przepłoszy żyjące w zaroślach stada bażantów. Innym razem pogoni zająca lub zatrzyma się posłusznie na komendę” Stop!” by pozwolić rodzinie saren uciec w pobliski gąszcz bezlistnych o tej porze drzew. Czy to zachowanie godne psa? Ja trzymam się raczej nogi właścicieli. No, może robię od tej zasady kilkuminutowy wyjątek. Podnoszę wtedy tylną łapkę… Albo biegnę sprawdzić, czy nie ma mnie za najbliższą, pokrytą szronem wierzbą.
705
BLOG
Pies pod nożem -historia pewnej rekonwalescencji
Dziś wszystko wygląda jednak trochę inaczej . Pani jest spięta. Najwyraźniej czymś się martwi. Spogląda na zegarek i…. spacer też jest wyraźnie krótszy.
Nie dostaję śniadania choć wyraźnie słyszę szczęk miski w sąsiednim pomieszczeniu i rytmiczne mlaskanie Labradorki. Moja współtowarzyszka ma nieposkromiony apetyt i jest , oczywiście, proporcjonalnie do swego apetytu ,pulchniutka i przymilna z natury.
Czuję nieprzyjemne ssanie w żołądku.
Tymczasem pani pakuje do auta mój śpiwór, smycz i kaganiec. Ojej, szykuje się jakaś grubsza wyprawa! W bagażniku obijam się o krawędzie bocznych schowków. Dlaczego Biszkopt została w domu?
Wyskakuję z samochodu i nim zdążyłam się wycofać, klapa bagażnika za mną zamyka się gwałtownie. Wciągam w nozdrza odór formaliny i medykamentów.
Czuję ponowne burczenie w brzuchu. Ja chcę do domu na śniadanko!
Przekraczamy drzwi gabinetu doktor Basi. Tu zostaję dokładnie zbadana i zważona. Trwają jakieś ustalenia.
Jeszcze tylko ukłucie strzykawki i pewnie wrócimy do domu.
Pani delikatnie, jakby na przeprosiny, drapie mnie w ucho.
Kontury jej twarzy rozmazują się ale słyszę wciąż znajomy, kojący głos, który wydobywa się jakby z głębokiej studni.
-Jestem tu, piesku… Nigdzie nie odejdę. Poczekam aż będzie po wszystkim.
Po wszystkim? Czyli po psie?
Ktoś woła mnie po imieniu, strzygę uchem i ostrożnie łypię jednym, zamglonym, sennym ślepiem.
Chciałabym wstać ale czuję, ze ciało nie jest mi posłuszne i waży chyba tyle, ile dwadzieścia psów razem wziętych. Unoszę łeb ale opada bezradnie na zimny blat stołu.
Nade mną świeci dziwne, ciepłe słońce na długim statywie. Mimo tego czuję dreszcze.. Młody asystent przykrywa mnie ciepłym pledem. Wciągam w nozdrza ostry zapach. Nie czuję zapachu pani. Nie ma jej przy mnie.
Osoby w zielonych kitlach oglądają coś prze szkoło powiększające i wrzucają eksponat do słoika z jakąś cieczą.
W głowie wiruje mi karuzela. Doktor Basia pojawia się raz na górze, raz na dole a potem widzę ją do góry nogami. Śmieszne uczucie. Czy ona umie latac? Mgła, mgła, mgła. Czuję suchość w gardle. Wyobrażam sobie stojącą w przedpokoju miskę z wodą i wyciągam do niej tęsknie język. Nic z tego. Miska znika.
Budzi mnie głos pani. Zrywam się pośpiesznie ale ostry ból unosi mnie z gwałtownością mieszkającego za płotem rotwaillera i powala z powrotem na zimny, stalowy stół operacyjny.. Boli. Znowu drżę z zimna.
Pan asystent zakłada mi na łeb dziwny abażur. Jakiś czas potem, gdy karuzela w głowie wiruje coraz słąbiej, wychodzimy powoli z gabinetu . Czuję powiew świeżego powietrza i słyszę uspokajający głos pani.
- Już się nie gniewam o dziurę w drzwiach, którą wygryzłaś gdy zostawiliśmy cię samą na kilka godzin. Co prawda musieliśmy je naprawiać ale, niech tam! - szepcze mi pani prosto do ucha. Zapomniałam też o worku śmieci, który rozerwałaś przedwczoraj… Chociaż musiałam je zbierać pół godziny…
Mam też w nosie butelkę John’y Walkera, którą pod przymusem sprezentowałam wrednemu naciągaczowi, który twierdził, że zniszczyłaś mu lakier przy lewym błotniku, uderzając kagańcem w maskę. Jak można komuś podrapać lakier plastikowym kagańcem? To był absurdalnie marny cwaniak, , prawda? – pani nadal głaszcze moje ucho i jest to tak przyjemne, że niemal zapominam o targającym me ciało bólu.
- Przepraszam, że dziś nie dostałaś śniadania ani kolacji- dodaje pani z wyraźnym poczuciem winy. - I że musiałaś dziś trochę pocierpieć. To wszystko dlatego, żebyś znowu była zdrowa i wesoła…
Nic z tego nie rozumiesz, prawda? Czasem musi trochę poboleć aby można było dalej żyć, chodzić na spacery i aportować patyki.
Pani patrzy w mój pytający, nieco jeszcze nieprzytomny wyraz ślepi.
„Zarozumiałością oraz bezczelnością człowieka jest mówienie, że zwierzęta są nieme, tylko dlatego że są nieme dla jego tępej percepcji.”
Mark Twain –
Zanotowała tego wieczora pani na swoim blogu.
A ja? Cóż. Zdrowieję. Pani wzdycha uspokojona bo dałam jej znać merdaniem ogona, na tyle energicznym, na ile pozwoliła mi dzisiejsza, marna, pooperacyjna kondycja, że wszystko będzie OK. Tak czuję. I ona najwyraźniej to zrozumiała. Odpływam więc w sen, który, jak przed chwilą usłyszałam, jest najstarszym lekarstwem świata . A przed zaśnięciem myślę: Proszę, zdejmijcie mi z głowy ten okropny abażur… Przecież Biszkopt będzie się turlała ze śmiechu, jak mnie zobaczy w takim karnawałowym przebraniu….


Komentarze
Pokaż komentarze (7)