Ja to tak mam, że nawet jak mi się już nie chcę o tym gadać, to muszę. Jadę sobie tramwajem i nałożyłem słuchawki, licząc że kumpel da mi spokój i nie będzie o nic pytał.
Nic z tego. Nagle poczułem, że zrywa mi słuchawki i pyta:
- Jacuś, a pamiętasz stan wojenny.
Niestety, pamiętam. Niestety, nie było czegoś takiego jak Majdan kijowski. Po tym jak niedzielę przeleżałem na kanapie czytając jeszcze raz czasopisma solidarnościowe z ostatniego miesiąca liczyłem, że teraz się zacznie i w takim mieście jak Łódź dojdzie do zadymy ulicznej na ostro. A tu panie dzieju nic. Przeprowadzono pacyfikację Wydziału Prawa UŁ i w tym samym czasie rozpędzono tłum który się zebrał przed zamkniętą i pilnowaną przez trzech zomoli siedzibą Solidarności. I wszyscy porozchodzili się do domów. I ja też wróciłem do domu, czując gaz łzawiący w oczach.
I nastąpiła cisza i spokój. I dla mnie to było wybawienie. Za pół roku była matura. Wiecie jak to było za „karnawału” tu strajk, tu gazeta, tu plakaty… po szkole człowiek włóczył się po różnych miejscach aż nie było się kiedy uczyć. Cienkiego piwa łyk i dyskusje po świt… Aż tu nagle koniec… Wszystko się urwało… Zostało tylko radio. BBC, RWE, VoA, RFI, Montreal, DeutcheWelle…
„Więc skoro nie masz co robić, to może uczyć by ci się zachciało” – głosu sumienia z dużego pokoju przekrzykiwał Głos Ameryki. I się zacząłem uczyć…
Z tego względu, osobiście stan wojenny oceniam korzystnie. Dał mi te 180 dni spokoju… nudy, że aż uczyć się chciało.
Inne tematy w dziale Polityka