Legutko się pomylił, ale SN też...
Nie należy używać epitetów, tylko nazywać ludzi po imieniu. To pierwsze, co nasuwa mi się po wyroku w „sprawie Legutki”.
Druga rzecz w tej sprawie, to taka, że wszyscy jesteśmy świadkami podawania do publicznej wiadomości kłamstwa w sprawie krzyża, jakoby umieszczanie tego symbolu religijnego pozostawało w sprzeczności z art. 9 EKOPCz. Wszystkie media, jak jeden mąż podają, że obrażeni użytymi wobec nich epitetami licealiści, walcząc z krzyżem w klasie powołali się na wyrok z 2009r. w sprawie znanej jako „włoska sprawa krzyża”. Ani słowa przy tej okazji, że wyrok ten dwa lata później został obrócony w niwecz werdyktem Wielkiej Izby, która uznała, że krzyż jako „symbol bierny” nikomu nie przeszkadza i nie jest jednoznaczny z indoktrynacją, zaś „wyznaniowość negatywna” obrana przez aparat państwowy zaowocowałaby destrukcją społeczeństwa. Licealiści okazali się ludźmi w gorącej wodzie kąpanymi, jako że powołali się na orzeczenie nieprawomocne. Rzetelność dziennikarska nakazywałaby choć wzmiankę na ten temat. Wzmianki tej nie znalazłem. Młode pokolenie wprowadza się tym samym w błąd, jakoby obecność krzyża w szkolnej klasie była zakazana przez Konwencję.
Powstaje pytanie, czy werdykt Wielkiej Izby nie powinien mieć znaczenia w „sprawie Legutki”? Moim zdaniem, fakt, że owi licealiści powoływali się na nic nie znaczące, bo nieprawomocne orzeczenie Trybunału, w międzyczasie uchylone, powinno ważyć w tej sprawie… Ot, młodzi, niedojrzali, w gorącej wodzie kąpani… Powoduje, że wartość negatywnego ładunku użytych przez ówczesnego ministra epitetów oscyluje w pobliżu zera.
Tych młodych, walczących z Kościołem i symbolami religijnymi niestety przybywa, także za sprawą wprowadzania ich w błąd przez media podawaniem „pół-informacji”, „pół-prawdy”, która jak wiadomo również jest kłamstwem, z tym że nieco zawoalowanym… Przybywa tych młodych antyklerykałów, co niedawno zauważyłem oglądając polityczny talk show na jednym z komercyjnych kanałów informacyjnych. Jeden z nich wyraził opinię, jakoby duchowni rzymsko-katoliccy są agentami obcego państwa. Idąc tym tropem – pomyślałem, wsłuchując się w wypowiedź rozgorączkowanego młodzieńca – bł. Jan Paweł II był zdrajcą Narodu, skoro przyjął stanowisko „władcy obcego państwa”. Takie postrzeganie duchownych charakterystyczne było dla bolszewików i komsomolców Rosji i Związku Sowieckiego i było głównym punktem oskarżenia duchownych, wśród nich także ks. prałata Budkiewicza, zgładzonego przez sowieckich katów w trybie mordu sądowego. Procesom towarzyszyły uliczne wiece organizowane przez równie rozgorączkowanych, jak ten w studiu telewizyjnym komsomolców-bezbożników. W Peerelu retoryka ta towarzyszyła procesowi bp. Kaczmarka, czy internowaniu Prymasa Wyszyńskiego.
Jest wspólna nić łącząca tamtych bolszewickich bezbożników i współczesnych młodzieńców podejmujących walkę z religią i obecnością krzyża w Sali Sejmowej, czy też szkolnej klasie. Roman Dmowski, pisząc 80 lat temu o komunizmie dostrzegał nie tylko ten partyjny, dzierżący wówczas władzę w Sowietach, ale także „komunizm poszerzony” obecny także i w Polsce, który tworzyli wrogowie religii, a zwłaszcza Kościoła Katolickiego, zwolennicy anarchii i zepsucia moralnego. Tych młodych, zaciekle walczących z Kościołem, z krzyżem i obecnością innych symboli religijnych należy nazywać po imieniu, a wyprowadzając ich z błędu (tych, których jeszcze da się wyprowadzić), używać argumentacji, jakiej użył rząd włoski broniący obecności krzyża w szkole.
Inne tematy w dziale Polityka