Pamiętam, że krążyły o nim legendy i zawsze z paczką bibuły przychodziło kilka fotografii z Żoliborza.
Jesienią 1984 bywałem w Warszawie prawie w każdą sobotę. Po wykładach jeździłem na Żolibórz, a koleżanka pouczała się, że nie mówi się pl. Komuny, tylko pl. Wilsona...
Ale ks. Jerzego nie udało mi się tam zastać. Mówiono, że jeździ po całej Polsce...
A później przyszła wiadomość o porwaniu, później były modlitwy, żeby się odnalazł... ale niestety...
Pamiętam pogrzeb i dziesiątki tysięcy ludzi... a później co sobota sterty kwiatów na grobie...
I takie przekonanie, że On jest z nami...