314 obserwujących
890 notek
3844k odsłony
3438 odsłon

Kornel Morawiecki. Jak Piłsudski, jak Grot-Rowecki

Wykop Skomentuj108

Był dla nas jak Piłsudski, jak Grot-Rowecki - mówili o Kornelu Morawieckim młodzi ludzie, których wciągnął do działania w Solidarności Walczącej. Bezkompromisowy marzyciel i wizjoner, a jednocześnie niedbający o swoje sprawy i interesy ciepły, pogodny, wiecznie spóźniający się bałaganiarz, który przez siedem lat nie dał się złapać potężnemu aparatowi bezpieczeństwa. „Był kwintesencją wartości, był politykiem odnoszącym się do spraw fundamentalnych. Miał najwyższy poziom wiarygodności ze względu na związek między czynami a głoszonymi poglądami” – mówił o nim bliski współpracownik Wojciech Myślecki.

Poniżej fragment mojej książki „Twierdza. Solidarność Walcząca - Podziemna armia” poświęcony Kornelowi Morawieckiemu.

Zgrzyt przekręcanego zamka i skrzypienie uchylających się drzwi. Przewodnik wszedł pierwszy. Zdecydowanym krokiem ruszył w stronę pokoju znajdującego się na wprost od wejścia do mieszkania. Bogdan Wiszniewski szedł za nim. Nie powiedziano mu, z kim ma się spotkać. W pomieszczeniu zobaczył mężczyznę. Jego twarz wydała mu się znajoma. „Gdzieś już musiałem go widzieć...” – pomyślał. I nagle olśnienie. To Kornel Morawiecki! Znał go ze zdjęć w prasie z 1981 roku. Zatkało go z wrażenia. Był w jednym pokoju z legendarnym przywódcą Solidarności Walczącej.

Z człowiekiem, którego poszukiwała cała komuna. Wiszniewski wtedy nie był jeszcze członkiem SW, choć z nią współpracował. Tego popołudnia został zaprzysiężony. Bardzo to przeżył.

Krzysztof Zwierz, młody geodeta, dostąpił tego zaszczytu w sierpniu 1982 roku. Droga na spotkanie była długa. Najpierw jechali jednym samochodem, później drugim, potem szli przez piwnice, a następnie przez jeszcze dwie śluzy. W końcu znaleźli się w jakimś bloku. Wjechali na czwarte piętro. „Wszedłem tam i zobaczyłem Wodza. Nie mogłem w to uwierzyć. Czułem się jak członek Armii Krajowej i miałem zaszczyt poznać dowódcę, który będzie kierował walką przeciwko komunie” – wspomina.

– Co możesz zrobić dla SW? – zapytał Kornel Morawiecki.

– Byłem saperem, ćwiczę judo, karate, mogę robić rożne rzeczy. Wycofałem się z zamachu na Jaruzelskiego, żeby służyć w Solidarności Walczącej. Powinniśmy stworzyć grupę dywersyjną, chętnie bym w niej działał – odpowiedział.

Tego wieczoru Krzysztof został zaprzysiężony. „Czułem się, jakbym spotkał Grota-Roweckiego. To był zaszczyt. Nominacja od generała” – mówi z przejęciem. Nie chciał wracać do domu autobusem. „Płynąłem po chodniku, jakbym był w chmurach. Docierało do mnie to, że mi ufają, mimo że jestem całkiem nowy i nie mam rodziny z przeszłością opozycyjną; mimo że mnie nie sprawdzili tak naprawdę, to mi zaufali. Szedłem szczęśliwy przez miasto. Myślałem o tym, co ja teraz zrobię, żeby przyłożyć komunie” – takie emocje przeżywało wielu ludzi, zwłaszcza młodych, którzy pierwszy raz trafi li przed oblicze przywódcy Solidarności Walczącej.

W opowieściach osób, które zetknęły się z Kornelem w latach osiemdziesiątych, nieustannie pojawiają się mocne porównania. „Był dla mnie jak przywódca Powstania, jak Piłsudski, jak komendant AK” – powtarzają ówcześni młodzieńcy. Co ciekawe, ich wyobrażenie i to, jak go traktowali, mocno kontrastowało z jego posturą i zachowaniem. Średniego wzrostu, ciepły, spokojny, miły, słuchający innych. W codziennym zachowaniu nie miał w sobie nic z dowódcy wojskowego, choć niemal wszyscy tak go traktowali. „Był dla nas ojczulkiem, przecież on nie jest zdolny zabić muchy. Nigdy nie podnosi głosu. To dobry człowiek” – mówi Mikołaj Iwanow, który przez wiele lat bardzo blisko współpracował z Kornelem.

Morawiecki po kilku latach ukrywania się stał się wielką legendą Wrocławia i Polski. Opowiadano o nim jak o mitycznej postaci. W wielu miejscach pojawiały się jego portrety, nazwisko było malowane na murach, skandowane na demonstracjach, młodzi chłopcy mówili o nim z niezwykłą atencją. Dla działaczy Solidarności Walczącej był nie tylko autorytetem, ale kimś niemalże świętym. Kiedyś esbecja straszyła bardzo zasłużonego drukarza Krzysztofa Gulbinowicza, sugerując, że mają obciążające go materiały, które pozwolą skazać go na wiele lat więzienia.

A mogą nawet zrobić mu coś gorszego. Chyba że powie im, gdzie ukrywa się Kornel. Gulbinowicz spojrzał esbekom głęboko w oczy i powiedział: „On jest dla mnie jak ojciec. Gdybym go zdradził, to tak, jakbym zdradził swojego ojca. Musiałbym wtedy znaleźć drzewo i się powiesić”.

Organizacja działała bardzo sprawnie, wygrywała wojny z esbecją, przestrzegała sztywnych reguł konspiracji, choć jej przywódca był uroczym bałaganiarzem, który prawie zawsze spóźniał się na spotkania, nierzadko zmieniał podjęte ustalenia i sprawiał czasem wrażenie zagubionego. Iwanow uważa jednak, że w bałaganie Kornela była pewna logika. „Kornel jak mówił, że przychodzi o piątej, to było pewne, że o siódmej przyjdzie. Mówiło się, że tak długo nie wpadł, bo zawsze się spóźniał”.

Wykop Skomentuj108
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka