Dzisiaj na SG wiszą notki związane z sytuacją na rynku pracy młodych Polaków, szansami, które rzekomo są niewykorzystywane, o bezpłatnych stażach jako drodze do zdobycia doświadczenia...
Dyskusja jest gorąca, Pan Igor Janke tylko dodatkowo podgrzał atmosferę pisząc o braku zrozumienia młodych ludzi, którzy za darmo pracować nie chcą i odtrącają rękę, która chce przecież pomóc. Temat jest w gruncie rzeczy bardzo złożony i można go rozpatrywać naprawdę na wielu płaszczyznach. Bo przecież jedną kwestią jest fakt, że uczelnie wyższe nie tylko wypluwają całe rzesze "miernot", których wiedza (często tylko jej imitacja) nie ma żadnego znaczenia w zetknięciu się z wymaganiami rynku pracy, ciągle prowadzą studia na bardzo wielu niepotrzebnych kierunkach humanistycznych, po którym absolwenci tylko zasilają grono bezrobotnych. Uczelnie idą na łatwiznę, bo studia humanistyczne są dużo tańsze w utrzymaniu a więc i dochody z ich prowadzenia są wyższe. W ten sposób automatycznie spada też poziom nauczania studentów, którzy mając w ręku dyplom magistra de facto nie mają zielonego pojęcia czym zajmuje się nauka, której tytuł naukowy właśnie zdobyli. Nie ma się więc co dziwić pracodawcom, że poziom zaufania do takiego pracownika, który doświadczenia nie posiada żadnego jest znikomy i opłacanie pracy takiej miernoty jest zupełnie nieopłacalne. Trzeba postawić się czasem po stronie pracodawcy, który z powodu takiej "miernoty" będzie mniej konkurencyjny, zwłaszcza, że zazwyczaj zwiększanie etatów w danym przedsiębiorstwie ma wiązać się ze zwiększeniem efektywności pracy tego właśnie przedsiębiorstwa. Nic więc dziwnego, że mając na rynku przesyt magistrów "za dychę" nie zaryzykuje zatrudnienie od razu na umowę pracownika, który pracy wykonywać nie będzie. Nie takie było przecież założenie stworzenia tego nowego etatu. Pracodawca jako podmiot w tym układzie nadrzędny ma prawo wybrać sobie takiego pracownika, który po otrzymaniu etatu będzie swoje obowiązku wykonywał sumiennie i prawidłowo i temu właśnie służyć mogą staże i bezpłatne praktyki. Oczywiście problem pojawia się, gdy pracodawca jest zdegenerowany i wykorzystuje takie możliwości i celem jest po prostu odwalenie czarnej roboty przez "niewolnika", za którego w dodatku płacić nie musi. Ale tutaj problemem nie są wadliwe przepisy prawa pracy ale mentalność takiej gnidy. A mentalności zmienić nie zmienią ani protesty, ani apele ani żadne przepisy. Mentalność ludzi zmienia się powoli i musi to trwać a w naszym kraju ciągle wielu pracodawców mentalni tkwi w PRL-u i jeszcze trochę czasu musi upłynąć aby stery przejęli ludzie bez tego obciążenia.
Powoli jednak tracę wiarę, że ten proces zmierza w prawidłowym kierunku, bo mentalność młodych Polaków wcale nie jest lepsza. Jestem nawet gotów stwierdzić, że prowadzić ona może do jeszcze większych problemów polskiego rynku pracy. Mentalność wynosi się z domu, kreuje się ona od najmłodszych lat, podczas wsłuchiwania się w dyskusje rodzicieli, widząc co dzieje się w szkole, jakimś urzędzie, w którym coś trzeba załatwić, widząc co dzieje się u sąsiadów, patrząc w ekran telewizorów, w którym politycy powtarzają jak mantrę najbardziej szkodliwe przesłanie do obywateli: "czy się stoi, czy się leży, 1200 się należy". To przesłanie teraz nieco zmodyfikowane nadal trafia do młodych i utrzymuje ich w niemocy co przekłada się właśnie na ich sytuację na rynku pracy. Bo jak inaczej wytłumaczyć ten boom na wyższe wykształcenie? Gdy miałem 12 lat (teraz mam 26) utarło się mniemanie, że jeśli masz maturę to masz pewną pracę a jeśli skończysz studia i będziesz miał magistra to nie tylko praca ale i kierownicze stanowisko Cię czeka. Słysząc to wielu moich rówieśników zrozumiało to, jako pewny stan rzeczy, który ich czeka, jako "to, co im się należy" i teraz to procentuje. Wyszła ta nasza polska "bylejakość", byle jakie studia skończyć i MAM DOSTAĆ PRACE i KIEROWNICZĄ PŁACĘ!! Więc masowo ruszyli na studia, pierwsze lepsze, marketing i zarządzanie, politologia, socjologia, itp. byle było szybko, łatwo i przyjemnie. Ich zderzenie z rynkiem pracy, który takich jak oni ma na pęczki jest zazwyczaj bolesne i wiąże się z dużym rozczarowaniem, gdy zamiast "należnego" kierowniczego stanowiska jest staż lub bezpłatna praktyka. Zabrakło jakiegoś bufora, który władza powinna założyć na system szkolnictwa wyższego. Wręcz przeciwnie podjęto decyzje o rozwinięciu kierunków humanistycznych, zwiększenie ilości kierunków, dofinansowania szkół prywatnych, gdzie kryterium przyjęć oparte było de facto na tym ile jesteś w stanie za papierek zapłacić i czy jesteśmy w stanie na tym zarobić. Wtedy nikt nie pomyślał, że to psucie polskiego szkolnictwa wyższego odbije się czkawką za powiedzmy 10 lat. Teraz problem jest już poważny i dopiero teraz zaczynający studia zauważyli, że humanistów mamy za dużo i pierwszy raz od wielu lat więcej jest studentów studiów inżynierskich niż humanistów na pierwszym roku. Niestety przez najbliższe 4 lata nadal humanistyczne "miernoty" będą rynek zasilać i doprowadzać do jeszcze gorszej sytuacji. Trochę żal, że potencjał demograficzny i tą zwiększoną ilość młodych ludzi z wyżu demograficznego z lat 80 zmarnowano przez brak strategicznego myślenia władz w początku nowego wieku. Gdyby na początku roku 2000 zainwestowano w inżynierów i w naukę nowych technologii jednocześnie ograniczając ilość studiów humanistycznych może w tej chwili potencjał intelektualny młodych pracowników byłby dużo większy i gospodarka polska mogłaby na tym skorzystać. Zamiast tego mamy nawarstwiający się problem społeczny, który będzie się tylko powiększał.
Co do kwestii staży i praktyk. To pokłosie chorego systemu edukacji i niestety trzeba być na to przygotowanym. Teraz z perspektywy czasu widzę, jak wielkim problemem jest brak zdobywania "praktycznej wiedzy" na uniwersytetach i wszystkich zaczynającym studia radzę zająć się zdobywaniem doświadczenia już od pierwszego lub drugiego roku studiów. Uczelnie jako takie mogłyby ograniczyć się albo do roku lub dwóch nauki podstaw wiedzy i większy nacisk położyć na zdobywanie praktycznych umiejętności. Dopóki jest inaczej trzeba radzić sobie samemu. I tu od razu odniosę się do argumentu jednego z blogerów, który pisał o tym, że nie każdą rodzinę stać na utrzymywanie studenta dziennego, gdy ten w ramach wolontariatu zdobywa doświadczenie a przecież za coś musi żyć. O tym pisze właśnie Igor Janke w swoim poście obok tego nieszczęsnego przykładu proponowanego przez niego stażu, a mianowicie o możliwościach jakie obecnie daje powszechny dostęp do internetu i możliwość samodzielnego uczenia się wielu rzeczy. Jeśli taki student nie może sobie pozwolić na bezpłatny staż, bo musi zarabiać pieniądze może przecież skorzystać z wielu możliwości samodzielnego zdobywania doświadczenia, może coś samemu stworzyć, udzielać się na forach, może stworzyć takie forum samemu, nauczyć się języka html, php czy może programowania we flash'u. Może uczyć się egzotycznego języka, może jakiś internetowy kurs grafiki komputerowej czy obsługi rzadkiego programu księgowego, projektowego itp. Możliwości jest bardzo dużo i tylko od chęci takiego studenta zależy ile będzie miał do zaoferowania przyszłemu pracodawcy... A jeśli przez 5 lat studiów nie robił nic w kierunku rzeczywistego zdobycia wiedzy przydatnej do wykonywania pracy to niech się nie dziwi, że pracodawca nie chce za jego usługi płacić. I żadne marsze oburzonych czy krzyki pod kancelarią Premiera tego nastawienia pracodawcy nie zmienią.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)