Wielu polskich (ale przecież nie tylko) polityków poszło z duchem czasu i pozakładało blogi, w których dzielą się swoimi przemyśleniami z potencjalnymi wyborcami i sympatykami. Swoją aktywność na takim blogu traktują różnie.
Zdarzają się tacy, którzy w blogosferze są niezwykle aktywni, piszą notki, dyskutują z komentarzami pod nimi i generalnie szanują czas internautów, którzy zechcieli na jego blogu zawitać i go przeczytać.
Są tacy, którzy swoją obecność na blogu traktują jako jeden z obowiązków, które spadły na nich wraz z duchem czasu i aby nie zostać w tyle postanowili takiego bloga założyć i w miarę regularnie coś tam zawsze napisać, żeby nikt nie mógł im zarzucić, że są zupełnie oderwani od rzeczywistości czy wyborców. Tacy "blogerzy" komentują notkami aktualne wydarzenia, przedstawiając najczęściej "linię partii", którą reprezentują. Rzadko kiedy można z nimi podyskutować, na komentarze w 90% nie odpowiadają i śmiem wątpić, czy taką notkę i reakcje na nią w ogóle czytają.
Trzecią kategorię polityków "blogerów" stanowią Ci, którzy założyli bloga w kampanii bądź pod presją swoich speców od PR i traktują swoje blogi jako słupy ogłoszeniowe i jako kolejne miejsce, w którym dany manifest można opublikować. Tacy "blogerzy" tak naprawdę w ogóle nie pojawiają się przy komputerze, w najmniejszym nawet stopniu nie są zainteresowani reakcjami blogerów na notkę. Paradoksalnie najczęściej właśnie na takich "słupach ogłoszeniowych" ilość komentarzy jest najwięcej -> patrz blog Jarosława Kaczyńskiego, pod którym zawsze ilość komentarzy jest olbrzymia a w nich najczęściej ujawnia się wiara i bezwarunkowe poparcie dla takiego "blogera"
Dlaczego o tym piszę?
Bo w związku z podpisaniem ACTA, co najmniej dwie z w/w kategorii blogerów mogą zniknąć. Gdy już umowa międzynarodowa, jaką jest ACTA, zostanie ratyfikowana i prawo własności intelektualnej będzie chronione z urzędu wielu z "blogerów" drugiej czy trzeciej grupy będzie miało nie lada dylemat. Najczęściej za tworzenie takich tekstów przeznaczonych na blog odpowiedzialni są asystenci zatrudniani przez tych "blogerów". Czasami bardzo pokrótce tylko polityk przedstawi swojemu asystentowi co powinien napisać a już sam tekst "tworzy" asystent, co wynika z wiecznego braku czasu polityków, czasami z braku umiejętności poprawnej polszczyzny, braku biegłości w obsłudze edytorów tekstu. Po to na asystenta zatrudnia się zdolnych, młodych ludzi, żeby samemu nie musieć wypełniać wszystkich tych obowiązków, które służą budowaniu wizerunku. Czy robią to dobrze czy źle, to już jest odrębna kwestia. Mimo iż nie jestem sympatykiem niektórych polityków z prawej strony sceny politycznej mam szacunek do ich inteligencji i czasami treści na ich blogach są tak niespójne i tak pozbawione logiki, że niemal pewny jestem, że nie były stworzone przez samego posła czy europosła tylko przez jego asystenta. Jako przykład podam choćby blog Ryszarda Czarneckiego czy Zbigniewa Kuźmiuka.
Jednak jeśli mamy chronić prawa autorskie z urzędu, tak jak to przewiduje ACTA to pod tekstem na blogu powinien podpisywać się AUTOR a nie ZLECENIODAWCA... czyli dla przykładu Pan europoseł Czarnecki powinien na swoim blogu teksty pisać samodzielnie a gdy tekst stworzył jego asystent, to powinien go zamieścić na blogu "XXXXXXXX" - asystent europosła Czarneckiego" lub w podpisie na blogu ZLECENIODAWCY dodać dopisek, że to nie Ryszard Czarnecki jest autorem itp. W przeciwnym przypadku, podpisanie własnym imieniem i nazwiskiem tekstu nie będącego własną twórczością będzie złamaniem prawa autorskiego i będzie karane z urzędu.
Pozostaje wiara, że publikacje R. Czarneckiego w poważnych magazynach jak choćby w Newsweeku, którego przed chwilą przeczytałem jest jego autorstwa a nie asystenta. Bo przecież to też łamałoby ACTA i prawo autorskie...
342
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze